Moje zasady

Moje zasady

Nie, Pawełku, naprawdę dobrze, że przyjechałeś! Pani Irena usiadła naprzeciwko syna, podparła podbródek drobnymi piąstkami i uśmiechnęła się promiennie. Tak bardzo tęskniłam. Jedz, jedz, kochany. Dać ci jeszcze kotleta?

Paweł przecząco pokręcił głową.

Niedobre? mama od razu się zaniepokoiła, wyprostowała. Jej twarz, dotąd pogodna i zrelaksowana, natychmiast się napięła, brwi podskoczyły. Przecież jak zwykle robiłam A ojcu mówiłam, że nie jadasz wieprzowiny Przecież mówiłam! Co, czuć coś dziwnego?

Irena aż się roztrzęsła. Tak się cieszyła na przyjazd Pawła, narobiła jedzenia, jakby miał przyjechać oddział wojska, a ona szefowa kuchni polowej miała wszystkich wykarmić, ogrzać, przytulić. A tu taki wstyd synowi kotlety nie smakują

Nie, mamo, nie zaczynaj znowu! Wszystko pyszne, mówię ci! Tylko już więcej nie dam rady.

Paweł odłożył ostrożnie widelczyk, malutki i filigranowy przy jego wielkiej, niedźwiedziej łapie, poprawił serwetkę, równie maleńką, jak chusteczka dziecka. Aż dziwne, że z tak drobnej Ireny wyrosło takie chłopisko. Ale to po ojcu, Michale ten też kawał chłopa. Przy nim Irka zawsze wyglądała jak dziewczynka.

Wszystko było wyśmienite, jak zwykle! syn wstał, podszedł, pogładził matkę po ramionach, jakby ciepły płaszcz jej zarzucił. Od razu zrobiło się jej ciepło i bezpiecznie To co chciałaś omówić? Mów, bo zaraz muszę jechać. Z Danutą mieliśmy jechać do galerii, Romka trzeba ubrać.

Danuta tak lubił mówić na swoją żonę Paweł, trochę po staropolsku była kobietą porządną, serdeczną i nad wyraz ładną.

Paweł, gdy zobaczył ją kiedyś na ulicy, zapatrzył się tak, że aż wpadł na słup oświetleniowy. Rozciął brew, polała się krew. Danusia, przestraszona, odwróciła się, patrzy zdumiona, a Paweł pociera słupek, bojąc się, że to on go zepsuł

Potem poszli razem na pogotowie. Danusia była wtedy młoda, naiwna, rozbrajająca. Całą drogę pytała, czy mu się nie kręci w głowie, trzymała pod ramię. Co miał powiedzieć? Oczywiście, że się kręci! Bo z nim Danuta sama uroda!

Pobrali się. Teraz mieli syna Romka, Danusia pracowała jako logopedka. Często uczniowie odwiedzali ją w domu, co było bardzo wygodne mogła zająć się domem, nie biegała po cudzych mieszkaniach. Paweł co rano jeździł do pracy, wyrzucał Romka do szkoły nie byle jakiej, Danusia załatwiła mu miejsce w renomowanym liceum biologicznym. Wszystko układało się dobrze, żyli spokojnie i zgodnie, pełni troski i miłości.

A czemu Danusia nie przyjechała? zapytała pani Irena, sprzątając ze stołu. Wiedziała przecież dobrze, że żona Pawła ma dzisiaj zajęcia prywatne, nawet w weekendy nie przerywa lekcji, ale chciała jeszcze trochę zatrzymać syna, nie miała śmiałości poprosić go o przysługę.

Przecież mówiłem ma dziś dwóch uczniów. A Roman Pawełowicz, Paweł uwielbiał tytułować syna z właściwą powagą, odrabia lekcje. No, co takiego?

Mężczyzna wziął od mamy filiżanki, ostrożnie, jakby były z kryształu, odstawił do zlewu. Chwycił mamę za ramiona, spojrzał jej w oczy. Mamo, co się dzieje? Przestraszyłaś mnie. Ojciec chory? Czemu zamknął się w pokoju i nie wychodzi? Wzięliście kredyt i daliście się oszukać? Zastawiliście mieszkanie, nerkę i wszystko, co się dało? Ktoś was szantażuje? Albo znalazł się mój zaginiony brat bliźniak?

Paweł uśmiechał się, zadowolony ze swoich żartów. Świat wokół był lekki, radosny, wiosenny.

Siadł posłusznie na gest matki, pogładził się po wystającym brzuchu, przeciągnął, rozkładając szeroko ręce, uderzył dłonią o kuchenny blat. Tak… Maleńkie to mieszkanie, co tu gadać Nie tak jak u nich z Danusią tam trzy duże pokoje, loggia, kuchnia przestronna. Dla wszystkich miejsca starczy i jeszcze zostanie. Mieszkanie dostali od krewnych Danusi. Ci kiedyś dostali je za zasługi naukowe i potem wyjechali gdzieś na prowincję, do natury, blisko ziemi, przekazali Danusi klucze. Jesienią przysyłali ziemniaki, buraki, ogromny i dziwaczny topinambur i mnóstwo astrów. Boże, te astry! Po prostu cud świata promienne, puchate, w niewiarygodnych odcieniach. Astry i worki z warzywami przyjeżdżały okazją, w bagażniku citroëna wujka Stefana, dawnego właściciela. Za co on tak kochał Danusię, Paweł nie wiedział, ale Stefana szanował i zawsze pomagał mu reperować samochód. Po jego mieszkaniu chodził w krótkich spodenkach z palmami i cieszył się życiem.

Chciałam cię o coś zapytać Irena nabrała powietrza, zawahała się, podsuwając synowi talerzyk z piernikami. Pamiętasz panią Marię?

Paweł się trochę spiął, ruszył brwiami.

Jasne, mamo! kiwnął w końcu głową. Czuć było zapach miodowych pierników, z grubą warstwą lukru, więc Paweł nie wytrzymał, wstał, nalał sobie jeszcze herbaty, sięgnął po największy piernik z wizerunkiem warszawskiego Zamku Królewskiego.

No bo pani Maria… To znaczy pani Marciniak, dostała skierowanie do waszego szpitala wojewódzkiego, musi leczyć oczy, mają zrobić operację Nie znam dokładnej diagnozy, ale to coś poważnego

Paweł jadł i słuchał. Panią Marię pamiętał doskonale była ich sąsiadką, bardzo pomagała mamie, zajmowała się małym Pawłem, gdy rodzice pracowali. Pani Marciniak od zawsze chodziła w ogromnych, okrągłych okularach, przez co wydawała się wytrzeszczona, a jej rzęsy za szkłami wyglądały jak skrzydła nietoperza.

No i? spytał Paweł, bo mama zamilkła, machinalnie zmiatając okruszki, znak, że się denerwuje.

Chciałabym żeby na czas leczenia zamieszkała u was z Danusią. Wynajem mieszkania kosztuje fortunę, a do hotelu by nie dojeżdżała. Sił już nie ma Wiem, że obca osoba w domu to ciężko, ale tylko na jakiś czas No i ja się jej czuję winna, ona właściwie cię wychowała.

Paweł przestał żuć, upił duży łyk herbaty, wytarł usta serwetką, wzruszył ramionami.

No No bąknął. Jakoś nie planował dzielić domu z panią Marią, będzie musiał na jakiś czas schować szorty w palmy I Danusia nocą na kuchnię w koszuli już nie wyskoczy, a tak ładnie jej w niej Ale jak trzeba, to trzeba. Jasne, nie ma sprawy! Kiedyś ona pomagała mnie, teraz ja jej! powiedział z uśmiechem. Poczuł się taki szlachetny, troskliwy, porządny facet, że aż odetchnął z dumy. Danuta będzie z niego dumna, mama też. Pani Maria zasłużyła, by na stare lata ktoś się o nią zatroszczył! powiedział, jeszcze bardziej z siebie zadowolony.

Za oknem słońce rozbłysło, jak aureola nad głową. Mama szczęśliwa i rozpromieniona. Dzwony pobliskiego kościółka zadźwięczały radośnie, aż dusza śpiewała.

Tak? Naprawdę? Ojej, Pawełku, to jest CZYN! zachwyciła się Irena. Jestem szczęśliwa, że wyrosłeś na takiego czułego, dobrego chłopaka.

Podrapała go po głowie. Gdyby tu była Danusia, skrzywiłaby się, przedrzeźniając te czułości. Zawsze trochę się śmiała z tej matczynej adoracji.

Ale jej nie było, więc Paweł znów mógł się poczuć małym chłopcem, chwalonym przez najważniejszą kobietę w jego życiu.

Paweł rozmarzył się, opuścił bezwładnie ręce na stół.

Ale trzeba spytać Danusię matka szepnęła nieśmiało. Paweł coś mamrotał, że Danusia nie będzie miała nic przeciwko, a potem przysunął się do jej ręki, prawie przysypiając ze szczęścia, że jest taki szlachetny To ja zaraz zawołam panią Marię, dogadacie szczegóły

Irena wyszła z kuchni, w pokoju zaszeleściła gazeta ojciec się uwijał, a Paweł, chwilę podumał, wyciągnął komórkę i zadzwonił do żony.

Danusia słuchała uważnie, tuszując jedno oko i celując w drugie.

Na ile to? spytała w końcu.

No chyba na dwa tygodnie. Danusiu, trzeba pomóc Trzeba się troszczyć Paweł jakby się tłumaczył. Operacja, a nie ma gdzie mieszkać.

Ale przecież ona będzie w szpitalu zaczęła Danusia, ale mąż wszedł jej w słowo.

Tak, ale po operacji musi wracać na kontrole. Ma jeździć tam i z powrotem godzinę w jedną stronę? Danusiu, jesteś super gospodynią, a pani Maria bardzo porządna i sympatyczna. Dogadacie się

Wiesz wzdychnęła Danusia coś mi się to nie podoba. Pamiętam ją z naszego wesela. Patrzyła na mnie z góry. Ona mnie nie lubi, twoja ciocia Mania.

Nie Mania, a Maria. Lubi! Nawet bardzo! I z Romkiem pomoże, jest

Paweł, naszemu synowi szesnaście lat. Czym mu może pomóc pani Maria? zaśmiała się Danusia, zrobiła dzióbek w lusterku. Ale zaraz zrezygnowała z makijażu, bo się zmartwiła.

Wszystkim, Danusia. To mądra kobieta, życie zna! perorował Paweł. No i co, nie masz nic przeciwko?

Danuta była zdecydowanie przeciwko, ale nie miała odwagi powiedzieć tego wprost, by nie urazić męża.

Dobrze. Kiedy przyjedzie? spytała sucho.

Z drugiej strony rozległy się szmery, potem Paweł powiedział: w niedzielę.

W tę? Czyli jutro?! spojrzała wokół na lekki domowy chaos Danuta. Typowy nieład normalnej rodziny, ale taki, którego nie pokazuje się obcym!

Nikt, poza rodziną, go nie oglądał. Uczniów przyjmowała zawsze w kuchnio-jadalni, gdzie było jasno i przestronnie, w inne zakamarki nikt nie zaglądał. Goście? To sprzątanie generalne, od sufitu po podłogę. Danuta, w odróżnieniu od koleżanek, bardzo wstydziła się codziennego nieporządku. Zawsze ukrywała niedoskonałości.

A ta ciocia Mania będzie chodzić wszędzie! I pomyśli, że Danuta fatalna gospodyni!

Czyste podłogi i porządek w mieszkaniu to porządek w głowie! powtarzała mama Danusi. Pierwsze, na co ludzie patrzą, to porządek. A ty, Danusiu, to bałaganiara! Nie wstydź się, jesteś przecież dziewczyną, powieś tę bluzkę, spódnicę

Danusia przymknęła oczy, potrząsnęła głową jakby mama dalej tam stała, a ona wciąż była dziewczynką karconą za bycie bałaganiarą

W następną poprawił Paweł.

To jeszcze zdążę westchnęła Danusia. Pójdę przekazać nowinę Romkowi

Jeszcze zostało trochę czasu, by ogarnąć dom, wyczyścić, poukładać, wyprać i powiesić wszystko jak należy

Roma przyjął wieść o wizycie starszej pani, która kiedyś niańczyła Pawła, dość obojętnie. Przyjedzie i co z tego?

No już, mamo! Żyjmy jak zwykle i będzie dobrze rzucił filozoficznie przyszły biolog Roma, patrząc jak matka biega z odkurzaczem. To nasza ekosfera, tu bytujemy. A ona nowy gatunek, musi się przystosować. Przetrwa to dobrze. Nie trudno. Niech się adoptuje!

My nie bytujemy, Romku, my zarastamy! A w tygodniu nie będę mieć czasu. Pomóż, weź drugi odkurzacz! Nie chcę się skompromitować przed jej znajomymi. Jeszcze powie babci Irenie i będzie!

Babcia Irena wszystko o tobie wie! I wcale się nie przejmuje Roma wzruszył ramionami i poszedł.

Danuta miotała się coraz bardziej, ale zaraz przyszedł jej pierwszy uczeń Andrzejek, pulchniutki i sepleniący. Andrzejek pilnie ćwiczył motorek, czerwienił się z wysiłku, do szerokiego uśmiechu rozczulał Danusię, a ona omiatała kuchnię wzrokiem: co jeszcze schować, co wypolerować

Okna! przypomniała sobie jak grom z jasnego nieba. Jeszcze nie myłam okien!

Szyby mają być tak przejrzyste, że aż nie widać, że są! znów słyszała w głowie głos mamy. Czyste okna to znak dobrej gospodyni, Danusiu! A ty tylko rozmażesz i zostawiasz smugi

Paweł wrócił, oderwał żonę od sprzątania, całą drogę do galerii opowiadał, jaką wspaniałą opiekunką była pani Maria, a Danuta tylko kiwała głową.

Tato, już wiemy, przyjedzie twoja druga mama. Zamknijmy ten temat! nie wytrzymał Roma.

I Danuta była mu za to wdzięczna

Do następnej niedzieli czas minął błyskawicznie, jakby ktoś wrzucił bieg na maksa.

W sobotę Paweł pojechał po panią Marię, Danusia odwołała wszystkie lekcje i szykowała dom na przyjazd gościa.

Roma został wysłany do fryzjera, pies Dyzio wykąpany i wygłaskany, a okna błyszczały tak, jak mama kazała.

Danusiu, będziemy koło trzeciej uprzedził Paweł. Nie przejmuj się, zajmijcie się swoimi sprawami. Pani Maria bardzo się martwi, że przeszkadza.

Dobrze, rozumiem. Czekamy na obiad.

Danusia postanowiła upiec kurczaka, ugotować ziemniaczki, zrobić sałatkę Wszystko, jak należy.

Wstała o siódmej rano, wyprawiła Romka na spacer z Dyziem, sama wskoczyła pod prysznic, zanuciła Hej sokoły, doprowadziła się do śpiewającej euforii, narzuciła szlafrok i zabrała się za zęby. Nagle huk zamka, głos Pawła, babskie pogaduszki, Dyzio szczeka, Roma jęczy w tle.

Zapocone lustro pokazało Danusi, w jakim to ona odświętnym stanie ma powitać gościa

To my Paweł uśmiechnął się do żony, która z pastą do zębów i w szlafroku patrzyła, jak ciągnie wielką czerwoną walizkę, a za nim kroczy rozpromieniona pani Maria. Pani Maria podziwia, chwali dom, wnętrza, zachwyca się wszystkim, jest zauroczona. Ale Danusia wie przecież, że jej włosy w nieładzie, kurczak surowy, a Dyzio wytarzał się w błocie już brudno Znów jest złą panią domu. Pani Maria marszczy usta, przestępuje przez kałuże z łap, patrzy na uciekającą Danutę, a ta ucieka do łazienki się ogarnąć.

Tu jest twój pokój otworzył drzwi Paweł. Rozgość się. Zaraz coś przekąsimy. Przebiorę się tylko.

Pani Maria podziękowała i zamknęła za sobą drzwi.

Czemu jesteście tak wcześnie?! syknęła Danuta, wychylając się zza drzwi. Nie spodziewałam się! Nie byłam gotowa! Paweł, wstyd!

Paweł, siedząc na łóżku, patrzył na żonę odbitą w lustrzanej szafie, zachwycał się jej sylwetką, ramionami jak gałązki brzozy

Co? oderwał się od widoków.

Mówię, czemu tak wcześnie? Danusia już w sukience, poprawiała włosy. Zapnij mi zamek.

A Pani Maria miała dziś wizytę u lekarza, zapomniałem. Pojechaliśmy wcześniej machnął ręką, podszedł do żony, chciał pocałować, ale ona go zbyła.

A czemu ma tyle rzeczy? zapytała.

Nie wiem. Wy, kobiety, już tak macie. Handlarki, tyle powiem!

Paweł był bardzo zadowolony z żartu

Usiedli do śniadania. Danusia usmażyła jajecznicę, Roma, widząc mamę w rozsypce, pokroił chleb, zrobił kanapki.

Pani Maria weszła ostatnia, spojrzała na kuchnię. Zostawili jej miejsce przy Romku.

Smacznego. Bardzo tu przytulnie. Danusiu, pamiętam, jak dałam wam na ślub porcelanowy serwis z makami Macie go? Albo może nie wam?

Danusia wzruszyła ramionami. Serwis roztrzaskał się dzień po ślubie. Paweł upuścił wszystko ze schodów na klatce.

Paweł skupiony jadł. O makach i porcelanie nic nie pamiętał.

Pewnie dałam komu innemu Danusia nalała wszystkim kawy.

A mi tu ciągnie zaczęła narzekać pani Maria. Mogę się przesiąść na twoje miejsce?

Roma podniósł głowę, spojrzał na matkę. Ta rozłożyła bezradnie ręce.

Paweł przybrał postawę obrońcy, zaraz wszystko załatwi!

Danusiu, przesiądź się. Źle by było, gdyby panią Marię owiało przed operacją! podniósł żonę, jak taborecik, przesunął bliżej siebie, a gościa posadził na jej miejscu.

Pawła wychowywałam od pieluch przypomniała nagle pani Maria. Ile się z nim natrudziłam. Jadł słabo, potem się poprawiło. Bardzo trudny był z niego chłopak.

Danusia się zakrztusiła, Roma uśmiechnął się złośliwie.

A ty, młodzieńcze, idź rób lekcje. Paweł zawsze robił rano, od razu mu lepiej szło dodała Maria, zebrała Rominą zastawę, zerknęła na gospodynię. Danusia chciała się odezwać, nie miała odwagi.

Roma, kończąc herbatę już na stojąco, obrażony poszedł do siebie.

Po śniadaniu pani Maria poszła do swego pokoju, coś tam przestawiała, zawołała Pawła żeby przesunął telewizor.

Macie tu mało książek powiedziała, odprowadzając Romka na piłkę. Romkowi by się przydał Dostojewski. Mam swoją kolekcję, popracujemy wieczorem, zobaczymy, co wie, a czego nie wie twój syn, Pawleczku.

Tak jest, ciociu Mario. Bo u nas tylko ta piłka podchwycił Paweł, mrugnął do syna, wręczył mu torbę z butami.

Wiedział, że ciocia Maria wszędzie wozi Dostojewskiego, stawia go na stoliku w kawiarni, w teatrze, zasypia z nim na nocnym stoliku. Pewnie nie przeczytała ani strony, za to wygląda poważniej. Nawet do szpitala weźmie, by pielęgniarki widziały, jaka to wykształcona kobieta.

Odprowadzili Romka, Paweł też wyszedł.

Kiedy musisz wychodzić? spytała Danusia panią Marię.

O, właściwie za godzinę. Danusiu, czy Romka ma już dziewczynę? Paweł miał już w szóstej klasie. Taka była Różyczka, bardzo ugodowa, jak z plasteliny. Cudna, prawda? A, swoją drogą, przydałoby się psa przesunąć z kanapy. I szafkę na buty, bo się potykam. O, już patrzcie, przewróciłam wszystko! Takie buty to szkodliwe dodała, widząc rozsypane obuwie. No dobrze, dziękuję za gościnę!

Pogłaskała Danusię po ramieniu i zniknęła w windzie.

Danusia została, zamknęła drzwi

Mamo, czemu ona wszystkiego zakazuje? Nawet Dyzia przegoniła z kanapy, a on może na niej leżeć! My pozwalamy! narzekał Roma, wracając z treningu i głaszcząc psa. Dyzio smętnie wzdychał.

Taka już jest Przemyśl to, Romku. To tylko na trochę. Wytrzymasz

Danusi było wstyd przed synem, przed psem, że nagle przestała być gospodynią własnego domu. Nic jednak nie mogła z sobą zrobić. Jak się oprzeć kobiecie, która zmieniała pieluchy jej mężowi?

Wieczorem pani Maria zarządziła produkcję gołąbków dla każdego była robota, a Paweł wręcz nosił ją na rękach.

Z każdym dniem było ciekawiej. W poniedziałek pani Maria nastawiła budzik, wszystkich zerwała z łóżek, trzeba było robić gimnastykę.

Kiedy was operują? spytała w końcu Danuta, dysząc po ćwiczeniach. Maria, specjalistka od fitnessu, ustawiła timer na telefonie, ćwiczyli w systemie czterdzieści-dziesięć.

Roma od razu odpuścił zdrowy tryb życia, poszedł do szkoły. Paweł natomiast ćwiczył dzielnie.

Dasz radę, Danusiu! Jeszcze chwila! dopingował żonę.

Więc kiedy? powtórzyła Danusia.

Jutro mnie przyjmują. A potem Paweł, będziesz mnie odwiedzał? melancholijnie zapytała Maria.

Przecież tylko dwa dni! Operacja prosta! zdziwił się Paweł, ale przytaknął…

Poniedziałek był trudny. Danusi jedno zajęcie po drugim się odwoływało dzieci chore, kto wyjechał, kto nie mógł przyjść.

Telefon dzwonił, za oknem krakały wrony, pani Maria u siebie słuchała Niemena. Dziwny jest ten świat aż ściany drżały, potem ciągnęła Jednego serca. Maria podśpiewywała, tupała. Przez matową szybę drzwi Danuta widziała, jak gość tańczy.

Zatrzymała się w korytarzu, popatrzyła, westchnęła

Ona tak ma, jak się denerwuje wyjaśnił Paweł. Wtedy albo słucha Niemena, albo śpiewa.

Wieczorem, znudzona denerwowaniem się, pani Maria zawołała Romka, chciała czytać z nim Raskolnikowa, ale chłopak odmówił. Pani Maria zrobiła wielkie oczy, wysłuchała wszystkiego, co Roma sądzi o Dostojewskim, o gościach w ich domu, zadrżała, gdy Roms trzasnął drzwiami, potem zawołała Danusię. Ta gadała przez telefon, w locie tłumaczyła, że przyjedzie, przywiezie dziecko do Białołęki, bo Andrzejek jest zmęczony i nie może dojechać.

Nie! danutę dopadła pani Maria, wyrwała jej telefon. Nie i jeszcze raz nie! Jeżeli chcecie, by wasz syn był człowiekiem, by miał zajęcia z najlepszym logopedą w stolicy, przywieźcie go tu natychmiast! W innym wypadku sama sobie jesteście winna! Syn kiedyś też nie będzie chciał do was przyjeżdżać, bo będzie zmęczony! Macie pół godziny. Nie przywieziecie skreślam z grafiku! Kim jestem? Sekretarką Danuty Pawłowskiej. Do widzenia.

Oddała telefon Danusi, spojrzała w okno. Danuta się wahała, stukała nogą, oddychała ciężko, w końcu wybuchła. Nawet Roma przyszedł posłuchać.

Wie pani co, pani Mario?! Niech się pani nie wtrąca w moje życie i moją pracę! Gołąbki niech pani robi w swojej kuchni! I nie obchodzi mnie, ile pieluch zmieniła pani mojemu mężowi! Wystarczy! Proszę się nie rządzić! Czytajcie sobie Dostojewskiego, ćwiczcie, ale nie u nas! I pies będzie leżał tam, gdzie ja mu pozwolę, a nie pani! I konserwy kupię, choć mówiła pani rano, że niezdrowe. To moje życie, mój dom, moi uczniowie i sama zdecyduję, co robić. Mam nadzieję, że operacja pójdzie pomyślnie i szybko wróci pani do siebie. Bardzo na to liczę!

Roma zaczął klaskać, pies zawył i przytulił się do Danusi, a pani Maria odwróciła się, uśmiechnęła się.

Danusia aż zgłupiała. Myślała, że zaraz będzie awantura. Ale

I dobrze, Danusiu. Nigdy, słyszysz, nigdy nie bądź zbyt uległa. Mów własne, mocne nie, chyba że to kwestia życia i śmierci. Bardzo mi się podobasz. Bałam się tylko, że jesteś zbyt miękka, za bardzo się przejmujesz. Nie ma co. To twoje życie, rób jak chcesz. Nie chcesz, bym tu mieszkała powiedz wprost. Proste. Wtedy i w tobie będzie spokój. Odwagi, Danusiu! Żyj jak chcesz. Przepraszam cię, przesadziłam. Zawsze byłam prowokatorką, Paweł wie No, nie patrzcie tak na mnie! Bardzo się boję przed operacją. O, Dyzio, ty to masz dobrze! nachyliła się, pogłaskała psa. Chcecie marmolady? Przywiozłam pyszną jabłkową. Roma, zjesz?

Chłopak przewrócił oczami. Kobiety są dziwne ale aż tak?…

Rozległ się dzwonek do drzwi. Przywieźli pulchnego Andrzeja na zajęcia. Po lekcji też dostał kawałek marmolady. Matka poprosiła Danusię o łaskę.

Czy może zadzwonić do pani sekretarki? zapytała cicho.

Nie trzeba. Pański syn jest dzielny.

Danuta puściła oko do sekretarki

Wieczorem, gdy Paweł i Roma grali na konsoli, pani Maria usiadła wygodnie i opowiadała, jak Paweł tapetę drapał, jak niemal się utopił na stawie, gdy lód się załamał, a ona czołgała się na brzuchu, wyciągała go i poiła herbatą

A ta Różyczka mi się nie podobała dodała. Bez charakteru Nie lubię takich. I serwisu mi nie szkoda. Na szczęście się zbił, za to macie szczęśliwe życie! Paweł mnie kocha, wszystko mi wybacza Ty też mi wybacz, Danusiu. Dzięki za schronienie. Jesteś świetna

Topniała marmolada na talerzyku, za oknem świtał różowy brzask.

Już czas szepnęła pani Maria. O ósmej muszę być w szpitalu

Paweł posadził ją w samochodzie, pojechali przez puste ulice. Danusia pojechała z nimi, siedziała obok, czuła, jak gość drży.

Zadzwonię wieczorem poprawiając jej płaszczyk, powiedziała cicho Danusia. I nie dyskutuj! A potem wracasz do nas.

Pani Maria kiwnęła głową. Dobrze zamieszkać u młodych, wesoło tu. Szczególnie Roma ją ciekawi, taki niepokorny. Ale jak sam mówi, to jego naturalne środowisko nie da się go zmienić, można go tylko obserwować i badaćPo południu zadzwonił telefon. Głos pani Marii był lekko zachrypnięty, ale wybrzmiewała w nim ulga.

Operacja dobrze poszła, Danusiu. Dwie godziny, wszystko pod kontrolą, lekarze mówią, że wszystko będzie dobrze. Jutro wypis, a potem kontrola za tydzień. Myślę, że już nie jestem ciężarem, tylko gościem. Mogę?

Danusia poczuła, jak coś się w niej rozluźnia. Spojrzała na Pawła, który przytulił ją mocniej, i na Romka, który właśnie wyjmował talerzyki na kolację. Dyzio jak zwykle zajął kanapę.

Będzie nam miło odpowiedziała cicho.

Wieczorem cała trójka Danusia, Paweł i Roma usiedli przy kuchennym stole. Dłonie splatały się na obrusie, rozmowa snuła się spokojnie, lekko. Po tylu dniach napięcia coś jakby się przeczyściło w powietrzu można było znów oddychać pełną piersią.

Wiesz, mamo, jak wróci pani Maria, możesz jej powiedzieć, że Dyzio wygryzł dziurę w poduszce i to była jej wina, bo go przegnała zażartował Roma, łamiąc kromkę chleba.

Powiem uśmiechnęła się Danusia. I wiesz co jeszcze? Tym razem nie będę latać ze ścierką i bać się o smugi na oknach.

Za oknem wiosenny wieczór pełen był miękkiego światła, jak obietnic nowych początków. Paweł złapał Danusię za rękę. Roma popatrzył i kiwnął głową.

Bo w naszym domu żyjemy po swojemu. I niczyje zasady, nawet bardzo doświadczone, nie zmienią tego, co jest naprawdę ważne.

Dyzio zaszczekał, jakby przytakiwał. A Danusia poczuła, że wreszcie to naprawdę je przyjęła nie tylko gościa, ale i siebie samą, ze wszystkimi niedoskonałościami.

I tym razem do snu nie ścigała już jej żadna presja, żaden wstyd przed cudzymi oczami. Tylko cisza, spokój i rodzinna bliskość. Bo czasem największy porządek to ten, który wreszcie robimy w sobie.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × 5 =

Moje zasady