– To Kropka? Ja ją nazwałem Choinka. Całe rano tu biegała – od razu było widać, że się zgubiła. A po…

Guzik? Ja ją nazwałem Choinka. Cały ranek tu biegała. Od razu widać, że się zgubiła. A potem grzecznie przysiadła mi przy nogach. No to wsadziłem ją do auta, żeby nie zmarzła, biedulka uśmiechnął się mężczyzna…

Tosia, no powiedz, jak można mieć takiego pecha? Ile razy mówiłam, że ten Witek to nie jest chłop dla ciebie! beształa Antoninę mama.

Kobieta stała ze spuszczoną głową. Choć ledwo co skończyła trzydzieści siedem lat, czuła się jak uczennica, która przyniosła do domu pałę. A jeszcze bardziej bolało i gryzło ją poczucie niesprawiedliwości do siebie, do nieudanej rodziny i do swojej małej córeczki. Bo tuż przed najbardziej magicznym świętem zostały same, bez taty.

Odchodzę od ciebie rzucił Witek tego wieczoru niedbale, jakby nic nie znaczyło. Tosia nawet nie od razu załapała, o co mu chodzi.

Odchodzisz? Ale dokąd? spytała machinalnie i postawiła przed nim talerz gorącego barszczu.

Tosiu, naprawdę, ty jesteś z innej planety. Serio nie rozumiesz poważnych spraw! Jak ja z tobą wytrzymałem przez te wszystkie lata? przewrócił teatralnie oczami Witek.

Tosia nie zdążyła nawet nic dopytać Witek wziął ją pod sumę i rozwinął temat sam:

Ja już tak nie mogę! Twoja wiecznie wyjąca psina, córka ciągle chora. Żadnej romantyki, Tosia. Spójrz na siebie, do czegoś się doprowadziła? Witek zakończył tyradę.

Tosia chciała spojrzeć na swoje odbicie w szybie kredensu, ale z oczu popłynęły łzy i tylko stała na środku kuchni zupełnie sama.

Witek nie znosił łez. Spojrzał z żalem na barszcz, wstał i zaczął się pakować…

Suczka Guzik, wyczuwając, że coś jest nie tak, zaczęła kręcić się wokół nóg Tosi, skomląc i próbując pocieszać.

Wreszcie mam święty spokój bez tego twojego wycia rzucił Witek przez próg, zarzucając torbę na ramię.

Witek, a co z Ewunią? szepnęła Tosia, już wyobrażając sobie, jak bardzo ich pięcioletnia córeczka się rozczaruje, kiedy się tego dowie.

Coś wymyślisz, jesteś matką przecież odpowiedział Witek, wyszedł przy akompaniamencie żałosnego skomlenia Guzika…

Tosia całą noc spędziła na kuchennym krześle, tuląc pieska. Guzik lizał ją po rękach, próbując dodać otuchy. Wiedział, że wydarzyło się coś strasznego.

Przez parę dni Tosia nie miała odwagi nic powiedzieć mamie. Ta co trochę dzwoniła, pytała, jak leci. Tosia szybko odpowiadała, że wszystko w porządku i wyłączała telefon.

A z pracą jak? Znalazłaś coś? Bo jak cię ten twój Witek-leniuch zostawi, to z czego żyć będziesz? narzekała matka, odwiedzając córkę.

Wtedy Tosia pękła i rozpłakała się, opowiadając mamie, że z robotą kiepsko nikt nie chce jej zatrudnić a Witek zniknął już parę dni temu.

Starsza pani tylko westchnęła ciężko. Takiego obrotu się nie spodziewała.

Z nim to od początku wszystko było jasne. Pięć lat razem, dziecko, a ten dalej ani ślubu ani nic! zbulwersowała się mama Tosi.

W głębi duszy było jej szkoda niezaradnej córki i wnuczki.

I co teraz? westchnęła z rezygnacją.

Tosia bezradnie rozłożyła ręce.

Coś wymyślę, pójdę do przedszkola jako pomoc, razem z Ewą powiedziała cicho.

Pff, długo na pensji opiekunki nie pociągniesz, jeszcze pies do wykarmienia podsumowała sucho matka, która zresztą za zwierzakami nie przepadała, a Guzika, którego Tosia przygarnęła z ulicy, wręcz nie znosiła.

Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zamilkła, widząc jak córka walczy z płaczem.

Dobra, już przestań rozpaczać. Pomogę wam. Będzie trzeba, to Ewunię ci popilnuję próbowała pocieszyć Tosia.

Tak minął kolejny tydzień.

Tosia zdążyła znaleźć pracę w przedszkolu. Od tej pory chodziły tam razem z Ewą. Dziewczynka była zachwycona.

Mamusiu, a może weźmiemy Guzika do przedszkola? Byłby naszym pomocnikiem, a babcia przestanie narzekać, że znowu musi z nią wychodzić. Guzik mógłby myć miski i nas pilnować podczas drzemki śmiała się Ewa.

Tosia obejmowała córkę, śmiejąc się razem z nią. Jednak zaraz oczy jej zachodziły smutkiem, bo Ewa, niezmiennie, pytała:

Mamusiu, tata niedługo wróci? Zobaczysz, zdąży na Sylwestra?

Nie miała serca powiedzieć córce prawdy. Wymyśliła coś o pilnej delegacji i dzwoniła do Wita, próbując go przekonać, by się z nimi zobaczył, ale ten tylko krótko:

Tosia, nie przeszkadzaj mi układać sobie życia na nowo. Powiedz Ewie, że jestem superagentem na tajnej misji. Szybko nie wrócę. No, jakby co, nie widziałaś gdzieś mojego krawata? Bo na Sylwestra nie mam się w co ubrać jęknął i się rozłączył.

Tosia długo jeszcze myślała, jak przeżyć tego Sylwestra sama. I jak wszystko wytłumaczyć Ewie?

A potem zdarzyło się coś niespodziewanego. Babcia zabrała wnuczkę do przychodni, bo dziewczynka była lekko przeziębiona. Wychodziły właśnie zza rogu, gdy nagle wpadły na Witka.

Tatusiu! Jesteś! wybiegła do niego Ewa, szczęśliwa.

Witek aż się wzdrygnął. Próbował się uśmiechnąć, ale cicho powiedział córce, że tak wyszło, ale z mamą już nie będą razem mieszkać. I po chwili uciekł za swoimi sprawami.

Może jeszcze do ciebie przyjdę, jeśli się uda rzucił na odchodne.

Ewa stężała i cicho wyszeptała:

Nie musisz już więcej przychodzić.

Wieczorem jej temperatura znowu wzrosła. Dwa dni później pojawił się u nich doktor.

Ewa nie chciała z nikim rozmawiać i nawet nie próbowała wyzdrowieć.

To pewnie stres, dzieci tak czasem mają rozłożył ręce lekarz, gdy dowiedział się, co się wydarzyło.

Tosia miała do siebie pretensje.

Powinnam była od razu Ewie wszystko szczerze powiedzieć. Jest mądra, zrozumiałaby mówiła do mamy, która tylko kręciła głową…

Dwa dni później przyszło nowe nieszczęście. Babcia wyszła z Guzikiem na spacer, spiesząc się i zostawiła smycz w domu. Wtedy psiak postanowił się zbuntować.

Gdy starsza pani znowu na niego nakrzyczała, Guzik wyrwał się i pobiegł na oślep w drugą stronę.

No to sobie posiedź na dworze, może zmarzniesz, to szybciej wrócisz mruknęła babcia i poszła do wnuczki z lekarstwami.

Ale dziewczynka, dowiedziawszy się, że Guzik zniknął, całkiem odmówiła jedzenia i picia. Na nic tłumaczenia Tosi, że na pewno znajdą psiaka.

Jak znajdzie się Guzik, to wtedy coś zjem powiedziała uparcie do ściany.

To przez ciebie, Tosia, tak ją rozpuściłaś, dziewczyna ci się spod kontroli wyrywa, a ja ci mówiłam… zaczęła mama Tosi.

Lepiej, żebyś Guzika pilnowała, a nie mi kazania prawiła w końcu zirytowała się cicha zwykle kobieta.

Wiecie co, ja tylko się dla was staram obraziła się matka i wyszła.

Tosia znów została sama. Cały wieczór łaziła dookoła bloku.

Ewa wreszcie zasnęła. Tosia nie traciła nadziei, że Guzik sam trafi do domu. Ale na próżno. Zziębnięta wróciła do mieszkania, w którym po chwili usnęła niespokojnym snem…

Rano Ewa zawołała:

Mamo, śniła mi się prawdziwa choinka! Ubierałyśmy ją i znalazłyśmy Guzika! opowiedziała podekscytowana.

Tosia uśmiechnęła się smutno. Na stole stała mała plastikowa choinka, najlepsza na co ją było stać w tym roku. Święta tuż-tuż, dziewczyny przygotowywały się jak mogły.

Ale Ewę zasmuciło, że choinka musi być prawdziwa, pachnąca, wysoka, tylko wtedy spełni się sen.

Bez prawdziwej choinki Guzik się nie znajdzie, zobaczysz płakała.

Tosia westchnęła. Na porządną choinkę najzwyczajniej nie było jej stać. Dzwoniła do mamy, ale ta nawet nie chciała przyjść:

Dla ciebie pies ważniejszy od rodziny! Pomyśl o tym, rzuciła obrażona.

Tosia zrozumiała, że na babcię nie ma co liczyć. Dobrze, że jutro weekend.

Ewa czuła się kiepsko i cały dzień nie wstała z łóżka. Kiedy wszystko było gotowe do wieczoru sylwestrowego, dziewczynka rozżaliła się na nowo:

Nie ma choinki, mamo. I Guzik nie wróci, tak samo jak tata…

Tosia głaskała ją po głowie i łkała cicho. Potem poprosiła sąsiadkę, przemiłą staruszkę, by została przy córce i wybiegła szukać Guzika…

Mróz szczypał w twarz, śnieg tańczył w świetle ulicznych lamp. Ludzie mijali ją uśmiechnięci, z naręczami zakupów. Ale Tosia szła zatroskana, szukając swojego psa.

Gdzie ty jesteś, maleńka? szeptała, przebiegając w kółko te same uliczki.

I wtedy wyszła na niewielki targ z choinkami. Stary pan w kożuchu dreptał w miejscu przy ostatnich drzewkach. Tosia zatrzymała się.

Choinkę? Jeszcze dwie mi zostały, mogę zniżkę zrobić zachęcił ją sprzedawca, zmarznięty i pośpieszny.

Pewnie czeka już na niego rodzina… żona nakryła do stołu, dzieci wyglądają przez okno… przemknęło Tosi przez myśl.

W tym momencie para młodych ludzi radośnie kupiła jedno z drzewek.

To jak, bierze pani? Ostatnia została, z dostawą pomogę zagaił sprzedawca.

Tosia bezradnie rozłożyła ręce. Nie miała przy sobie gotówki, a te resztki w domu i tak nie wystarczyłyby na takie cacko.

Zawstydziła się i wtedy zauważyła kilka gałęzi leżących w skrzyni auta.

Czy mogłabym zabrać te gałązki…? Jeśli są niepotrzebne? zapytała cicho.

Sprzedawca spojrzał na nią łagodniej.

Bierzcie, czemu nie. Pomogę pani do domu donieść odpowiedział i podał jej spory pęk gałęzi.

Tosia podziękowała i jakoś głupio poczuła, musiała się wytłumaczyć:

Wie pan, córka chora… marzy tylko o choince, pies się zgubił… jakoś tak wszystko naraz, żadna atmosfera świąt…

Starszy pan słuchał jej z uwagą. Jego też niedawno zostawiła żona, bolało go, że nikt na niego nie czeka. I wtedy podszedł do nich ktoś nowy:

Ile za tę choinkę? zapytał, patrząc na ostatnią.

Już sprzedana, może tam dalej jeszcze coś jest wskazał drugiego sprzedawcę.

Tosia spojrzała na niego zaskoczona.

Pomogę pani tę choinkę zawieźć, dobrze? uśmiechnął się delikatnie.

Nagle wydał się Tosi zupełnie nie taki surowy, jak wyglądał na pierwszy rzut oka.

Ale ja nie mam pieniędzy, już mówiłam speszyła się.

Słyszałem odpowiedział cicho mężczyzna.

A potem wydarzyło się coś naprawdę magicznego, jakby z filmu świątecznego.

Otworzył samochód, a Tosia zobaczyła na siedzeniu śpiącą Guzik, owiniętą w gruby sweter. Pies ocknął się, zamachał ogonkiem i rozpoznał właścicielkę.

Skąd pan ma Guzika? ledwo wydusiła Tosia ze łzami w oczach.

Guzik? Ja ją nazwałem Choinka. Od rana się tu czuła, od razu widać zguba… A potem przylgnęła mi do nóg, więc wsadziłem do auta, żeby nie zmarzła, bidulka zaśmiał się mężczyzna.

Nazywał się Paweł. Kochał zwierzęta i świetnie dogadywał się z dziećmi.

Od tamtego dnia w domu Tosi zrobiło się jakoś jaśniej i cieplej. Może to magia świąt, a może taki był plan losu

Tyle wiadomo, że odtąd byli szczęśliwi. A Guzika czasem, tak po cichu, nazywali jeszcze Choinką.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 + dziesięć =

– To Kropka? Ja ją nazwałem Choinka. Całe rano tu biegała – od razu było widać, że się zgubiła. A po…