Trzy nici. Trzy losy.
Co ona powiedziała? Weroniko, nie dosłyszałam, co? Krystyna Wiktorowna pochyla się nieco do przodu i w bok, bliżej idącej obok przyjaciółki, Weroniki Pawłownej.
Weronika szczegółowo tłumaczy, o czym rozmawiały przed chwilą mijająca ich mama z córką, siedmiolatką.
A bo w ich szkole jakiś łobuz, a ona mu zwróciła uwagę
Weronika mówi głośno, na całą ulicę. Krystyna słucha jej uważnie, nie przerywa, a potem, obejrzawszy się, odnajduje wzrokiem tamtą dziewczynkę i kiwa za nią głową.
Dobra, czysta dziewuszka. Tylko jakaś taka przekombinowana! podsumowuje.
Dlaczego? dziwi się Krystyna Wiktorowna, łapie przyjaciółkę pod ramię i ciągnie ją do przodu, bo zielone światło pali już długo, a samochody czekają grzecznie, aż dwie starsze kobiety przejdą przez jezdnię.
Co? Nie słyszę, Krysia, co? pyta Weronika, rozgląda się niespokojnie, ściska torebkę i drobnym krokiem pędzi w stronę chodnika.
Pytam: czemu przekombinowana? powtarza głośno Krystyna.
Aaaa Po prostu.
Krystyna Wiktorowna nie zawsze lubi tłumaczyć swoje przemyślenia. Czasem z lenistwa, a czasem bo jej się wydaje, że to oczywiste.
Dziewczynka wzięła na siebie naprawianie łobuza? Wychowuje go niby dorosła? Nie, kochani, tak się nie rozwiązuje problemów To nie przejdzie!
Krystyna kręci głową do własnych myśli, a Weronika wzdycha. Czasem z tą swoją tajemniczością Krystyna bywa nie do zniesienia. Ale bez Krysi świat byłby jeszcze trudniejszy: za głośny, zbyt zmieniony.
Krystyna Wiktorowna i Weronika Pawłowna są sąsiadkami. Mają nietypowe mieszkania, każde z własnym wyjściem od razu na ulicę, żadnych klatek, schodów, wind. Obie mieszkają w jednym z budynków dawnego dworu, przed laty należącego do szlachcica, potem przekazanego ważnej postaci ze świata kultury, który po naradzie z żoną urządził w głównym gmachu gimnazjum, a oficyny przeznaczył na pracownie dla artystów. Los nieco poplątał historię tego miejsca. To teraz jednopiętrowy, półokrągły budynek, kiedyś absurdalnie stajnia, dziś przebudowany na mieszkania. Większość lokatorów przeniosła się już do nowoczesnych bloków, ale Weronika, Krystyna i ich jeszcze jedna przyjaciółka Tatiana, uparcie bronią swoich kątów, drąc podarte oferty wykupu lub zamiany lokalu. Przeprowadzki nie chcą i nie zamierzają.
Firmy, agencje ochrony, mali przedsiębiorcy wszyscy dostrzegają potencjał tej części Warszawy, tuż przy urokliwej ulicy Zielnej, przy historycznym centrum, z widokiem na kościół św. Krzyża. Niby główny budynek to już szkoła muzyczna, ale przecież są jeszcze oficyny i domki, które wciąż czekają na nowych właścicieli
Ale starsze panie, delikatne, coraz słabsze, trwają na posterunku. Tu minęło ich życie tutaj chcą je dokończyć.
Zajrzymy do Tereni Weronika żwawo rusza do przodu. W ręku trzyma pudełko z sernikiem. Złożymy życzenia.
Co? Co mówisz? Nie rozumiem, zerknij na mnie, przeczytam z ust! Krystyna chwyta przyjaciółkę za rękaw. Niezręcznie jej, nieco wstyd, boi się, że Weronika w końcu wybuchnie i odejdzie. Bo głuchota, wiadomo, drażni, a Weronika cierpliwa nie jest
Ale nie, Weronika spokojnie się zatrzymuje, nachyla się do twarzy Krystyny i wyraźnie, pracowicie artykułuje:
No tak. Teresa zapraszała Pamiętam! potakuje Krystyna. Nieporozumienie zażegnane.
U Teresy Feliksowej, schorowanej już staruszki, dziś wyjątkowy dzień: urodziny córki. Lidia już też niemłoda, pracuje gdzieś w firmie, bywa rzadko. Planowały świętować w weekend, potem przełożyły. Teresa się nie gniewa. Mówi:
Sama jestem sobie winna, siadają za skromnym, ale odświętnym stołem. Nie wspominajcie źle o mojej dziewczynie! podnosi palec, ale nikt i nie zamierza. Lidia to nasza o niej tylko dobrze!
Weronika pociesza roztrzęsioną gospodynię gładząc jej rękę. Ta, chuda już i sucha, to ta sama ręka, którą Tereska, jeszcze dziewczynką, wyrywała chwasty na podwórzu tuż po wojnie, gdy zdecydowały się z koleżankami założyć ogródek. Tą rączką dzierżyła ciężką łopatę i siejąc warzywa marzyła, że lepsze czasy nadejdą.
Trudno wtedy było: głód, bieda. Mamy trzech dziewczynek pracowały w szpitalach, one siedziały same. Jadły, co się znalazło, gotowały, na co pozwoliły resztki. Mamy wracały, czasem przynosząc chleb, choć bywało, że był to chleb z dziwnym smakiem. Ale nie narzekały: wszędzie wtedy tak było Ale miały ogródek! Wyprosiły nasiona u pana Prokopa, siwowłosego ogrodnika z sąsiedztwa. Prokop mieszkał w pokoju komunalnym, zawsze kłócił się z sąsiadami, palił dużo, w domu śmierdziało, ale tych dziewczyn żałował, lubił je. Tak były jakieś żywsze od innych. Młodość pozwalała im pokonać przygnębienie i żal, a w oczach zawsze błyszczała ciekawość świata.
Chodź tu! zawołał któregoś dnia Weronikę. Ta potulnie przyszła. Macie, dziewczyny, nasiona. Posiejcie, będą wam rarytasy. A ja poradzę, co i jak!
Dziewczyny nie wierzyły, że coś z tego będzie, ale Prokop nie zawiódł. Wyrosły dwa kapuściane głowy i ogórki pokryły ziemię jak zielony dywan. Pietruszka się nie udała: wypuściła liście i zwiędła.
Jakże krzyczał na nie Prokop! Zmarnowałyście plon, wszystko na zmarnowanie!
Ale ochłonął, przyniósł po sucharze, kazał otrzeć łzy.
Wojna się skończy, pabcie wasze wrócą, a razem zrobimy taki ogród, że wszyscy będą zazdrościć! obiecał.
Nie dożył końca wojny. Weronika, Krystyna i Teresa z przerażeniem patrzyły, jak wynoszono go z domu Było wtedy dużo śmierci, za dużo A ich ojcowie nie wrócili ogród powstawał już bez nich.
Teraz Teresa, postarzała, jeździ na wózku. Weronika głaszcze jej rękę, Krystyna kroi ogórka na sałatkę. Na stole stoją kieliszki. Teresa lubi żurawinową nalewkę. Będzie częstowała sąsiadki, wypiją za Lidzię, za to, żeby zima była łagodna.
Ruchliwość Teresa straciła przez zwykły przypadek. Zimą wyszła na spacer, poślizgnęła się, upadła. Uderzenie wydawało się lekkie, trochę pobolewały plecy. Następnego dnia koniec, nogi odmówiły posłuszeństwa. Teresa, wystraszona, zlana potem, nie dała rady zadzwonić po pomoc: telefon za daleko Chciała doczołgać się do szafki, ale nie miała siły. Starzała się, przytyła, lekarze mówili: hormony, sugerowali leki. Ale wiedziała: to starość.
Słyszała, jak Weronika wyszła na zewnątrz, zawołała zaprzyjaźnione już gołębie, rozsypała im okruchy. Potem Weronikę widać było przez okno ich mieszkania są prawie równo z ziemią, podłogi zawsze zimne, chodzi się po domu prawie w kapciach z kożuchem.
Weronika już w sklepie, zaraz Krystyna wróci, jej się zawsze chce spać uśmiechnęła się smutno Teresa.
Długo nie wołała pomocy, leżała, marzła październik był zimny, wywiał całe ciepło z mieszkania. Była głodna, musiała do łazienki
Przyjaciółki same się zaniepokoiły. Gdzie widziano, żeby Teresa nie puściła radia do śniadania!? Zaspała? Tereska zawsze wstaje o świcie timer w środku!
Najpierw pukały Weronika i Krystyna, potem dołączył dozorca. Po chwili uznał, że kobiety nalegają, żeby wyważył drzwi.
Drewniane drzwi podatne na silne ramię ustąpiły, do środka wpadł dozorca, za nim głuchawa Krystyna i dalej Weronika.
Teresa! Gdzie ty jesteś?! krzyczała Krystyna, od strachu zupełnie ogłuchła. W głowie miała zamęt.
Zobaczyły Teresę leżącą na łóżku, od razu wszystko zrozumiały, wygoniły dozorcę.
Ale wstyd! Dziewczyny, nie patrzcie na mnie! Idźcie stąd kręciła się Teresa, a Weronika sprawnie przebierała i myła przyjaciółkę. Miała wprawę opiekowała się wcześniej sparaliżowanym mężem, muzealnikiem, który spadł z rusztowania. Pochowała go osiem lat wcześniej, z mieszanym uczuciem żalu i ulgi.
Dużo już wycierpiał, mawiała nad grobem. Teraz wreszcie ma spokój. Tam, wskazywała niebo, znowu będzie zdrowy.
Czemu raczej złośliwy, wyrachowany mąż Weroniki miałby dostać się do nieba, przyjaciółki nie rozumiały, ale nie próbowały jej przekonywać, niech już sobie wierzy
Teresa trafiła do szpitala, diagnoza była niepomyślna Całą noc płakała, kajała się koleżankom w sali, że to kara od Boga.
Za co? dziwiły się inne.
Było za co. W wieku dziewiętnastu urodziła córkę, rudą, kochaną dziewczynkę z wielkiej miłości do chłopaka ze szkoły. Chodzili razem, uczyli się, potem wydarzyło się to, czego Teresa wstydziła się opowiedzieć Weronice i Krystynie. Po maturze dowiedziała się, że jest w ciąży. Matka ją zbiła ręcznikiem, kazała biec do szpitala: może coś wymyślą. Ale nie wymyślili. Skoro już się stało rodź, usłyszała. Matka Teresy próbowała płacić lekarzom, szukała ale Teresa uciekła na wieś do ciotki. Tam donosiła, urodziła Lidzię, dwa lata pracowała w PGRze. Matka ją odwiedzała, przyzwyczajała się do wnuczki powoli.
A ojciec? Zostawił je. Swojego życia nie chciał krzyżować, przed nim przecież studia, kariera, może dyplomacja Teresa i Lidia absolutnie nie w planach! Nie traćmy szacunku do inteligenckiej rodziny!
Kiedy Lidia miała dwa i pół roku, matka zabrała ją z Teresą z powrotem do Warszawy. Weronika i Krystyna były najlepszymi, cudownymi nianiami. Lidia kursowała od jednego mieszkania do drugiego, trzy pary oczu babcia, Weronika, wtedy jeszcze z orlim wzrokiem, i Krystyna, którą kochały wszystkie dzieci doglądały dziewczynę.
Dziwiło je, że Teresa z dnia na dzień dorosła, ale szybko zobaczyły: to wciąż ta sama, tylko dużo zmęczona Tereska.
Teresa skończyła zaocznie studia, pracowała, wychowywała Lidzię. Pochowała mamę, gdy jej córeczka miała dziewięć.
I wtedy do drukarni przyjechała francuska delegacja. Tam przystojny Francuz. Nic go nie zatrzymało, nawet odpowiednie służby. A Teresę? Chociaż też wzywano ją na rozmowy, straszono, ostrzegano. Ale miłość! Jest silniejsza niż wszystko!…
Weronika z Krystyną tylko szczękę zbierały z podłogi, gdy Pierre przyjeżdżał z prezentami, ubraniami, lalkami dla córki, zastawą Potem zaprosił ją do siebie.
Wyobraźcie sobie, willa pod Paryżem, wszystko tam mam! Pokój dla mnie, i rozpływała się Teresa.
A Lidia? natychmiast zapytała Weronika.
Na razie zostanie w Polsce. Ustawię się tam, potem ją zabiorę tłumaczyła się narzeczona. W głowie huczało marsz weselny zagłuszał wszystko.
Mamo, a gdzie mój bilet? patrząc matce poważnie w oczy, zapytała powracająca ze szkoły Lidia. Przecież w szkole trzeba powiedzieć
Zostajesz, Lidziu. Na razie to dla ciebie za wiele. Wrócę i cię zabiorę. A na razie zamieszkasz z
Teresa przestraszyła się, gdy aż głośno roztrzaskał się prezent od Pierre’a, wazon. Lidia rzuciła nim z całej siły, potem kolejne naczynia poleciały w ścianę
Lidia przyzna kiedyś Weronice, że tego dnia jakby ją zabito. Czuła, jakby ktoś odciął jej tlen, miażdżył gardło i nie dawał oddychać. Ręce szarpały powietrze, a płuca coraz bardziej zaciśnięte, w oczach czarno.
Twoja mama wróci. Zobaczysz, nie da rady bez ciebie. Wtedy musisz zdecydować: przebaczyć czy nie powiedziała Weronika, gdy minęły pierwsze szlochy. Postąpisz jak zechcesz. Nie będę sądzić twojej mamy. Ale żyliśmy tak szaro, że łatwo wierzyć w kolorowe obietnice. To słabość kobiet
Weronika sama się na tym sparzyła. Kiedyś podeszła do niej obca kobieta, namówiła na kupno pięknej karakułowej czapki. Weronika zapłaciła, dostała torebkę w domu okazało się, że pełna szmat. Czapki nie było. Też chciała mieć cos ładnego, a wyszło, jak zawsze
Teresa wyjechała. Lidia nie odprowadzała jej na dworzec, nie odpisywała na listy. O życiu córki Teresa dowiadywała się od przyjaciółek.
Wróciła po pół roku za długo dla nastolatki. Lidia jej nienawidziła, wszystkie prezenty wywaliła do śmietnika.
No, a wyszłaś za mąż? cicho spytała Krystyna.
Nie pokiwała głową Teresa. Rodzina Pierre’a uznała, że panna z dzieckiem do nich nie pasuje. Zaproponowali, bym zostawiła Lidzię, to „tylko drobiazg” jak oni mówili. Wiesz Teresa ściszyła głos jak to usłyszałam i zobaczyłam, że Pierre się z nimi zgadza, z premedytacją naplułam im na błyszczącą podłogę i wyjechałam. Myślisz, że Lidia mi wybaczy?
Krystyna wzruszyła ramionami, chwilę milczała, potem odpowiedziała:
Z czasem. Musi dorosnąć, poznać miłość, być zranioną. Może wtedy zrozumie. Choć, Teresa, ja ci nie usprawiedliwiam. Głupio i okrutnie postąpiłaś.
Weronika i Krystyna były już mężatkami, każda miała syna. Uciekać od swoich dzieci nawet na dzień nie potrafiłyby.
Za ten grzech uważała siebie winną Teresa. Za to nie działa jej połowa ciała.
Lidia zatrudniła matce opiekunkę, ale ta była obca, nieczuła. Teresa milczała, nie chcąc zostać bez pomocy. Raz opiekunka niechcący oblała ją wrzątkiem. Teresa zaczęła płakać skóra bąbelkowała, a opiekunka uciekła. Teresa została naga, poparzona, samotna.
Ściany między mieszkaniami cienkie, wszystko prawie słychać. Na krzyk przybiegła Weronika. Miały już zapasowe klucze. Uratowały, wyleczyły. Weronika została opiekunką Teresy.
Nie mogę! To wstyd! odpychała Teresa. Przynajmniej zapłacę ci!
Wiesz co! prychała Weronika. Zacznij wydawać swoje pieniądze z głową! Ty naprawdę zgłupiałaś
Czego tu się wstydzić? Razem chodziły do łaźni, stały w kolejkach do poradni, znały się jak łyse konie. Wspierały się w najgorszych czasach, chroniąc przed bombami. Po tylu wspólnych przejściach miały sobie płacić?
Sprawę zamknęły. Weronika pomagała Teresie, potem wyprowadzała Krystynę na spacery. Ta mogła wpaść pod auto, niewidoma już na jedno ucho, orientowała się na ulicy słabo. Weronika brała ją pod rękę, szły razem Zielną, potem skręcały w Hożą, a dalej spacerowały aż nad Wisłę. Albo przysiadały w małych parkach, patrzyły, jak bawią się dzieci i wspominały swoje młode lata. Tu, w centrum, wszędzie lipy. Gdy kwitną, odurzenie zapachów nie do opisania. Krystyna zbierała kwiat, wiedziała, jak go suszyć i zaparzać. Z dziewczynami urządzały Dzień herbaty lipowej, siedząc przy okrągłym stole w malutkiej kuchni. W ten dzień każda przynosiła coś wyjątkowego. Kuchenne książki szły w ruch, a czasem synowie zdekoncentrowali, cały plan lał się w łeb i z włoskiej potrawy wychodziło coś swojskiego i pysznego.
Jadły, piły herbatę, patrząc na lipy pod oknem. Opowieści płynęły: Teresa o Paryżu, Weronika o artystach z muzeum, Krystyna, pracująca w dawnym ZPC Ursus, milczała. Słuch już wtedy gasł, wstydziła się, by przyjaciółki się nie domyśliły.
Jeszcze podczas wojny była blisko wybuchu bomby, głowa ją bolała od tamtej pory, uszy także. Minęły lata, słuch gasł.
W zakładzie poznała męża, starszego o dwanaście lat.
Po co ci taki jak ja? odwracał się ze spaloną twarzą. Znajdziesz młodszego, mnie będzie żal, ja nie zniosę tego
Po ślubie, pierwszej wspólnej nocy, pilnował Krystyny cały czas: czy jest obok, czy śni. Nie spał aż do świtu, słuchał kliknięć zegara, myszy pod podłogą, kropel na dachu, oddechu Krysi. On rozróżniał już setki odcieni jej oddechu, aż rano przysnął, gdy ona szykowała śniadanie. Teraz ona oglądała jego znieruchomiałą twarz, nie bała się blizny siwizna mu pasowała, chłopięcy wzrok nie zmieniał się.
Był jedyną miłością Krystyny. Niebo zabrało go wcześnie, miał ledwie pięćdziesiąt pięć lat. Położył się spać zmarł spokojnie. Krysia stała nad nim, łzy kapały na jego policzek.
Syna, Egona, sąsiadki zabrały do siebie i płakały wspólnie. Lidia, patrząc przerażona na żałobę innych, zrozumiała wtedy, jak bardzo kocha mamę. Powoli, kropla po kropli, wracała do Teresy, swojej nieudanej paryżanki
Mąż Weroniki nie podobał się przyjaciółkom. Jak mówiła Teresa, gładkie słowa, twarde łóżko. Liczył, kombinował, obiecywał, ale efektów nie było. Trzeba kupić nowe zasłony? Tak. Ale później. Oszczędzamy na lodówkę.
Nadeszła kolej na lodówkę. Trzeba wynająć transport. Za drogo. Andrzej rezygnuje z Weronikowego marzenia, wręcz złości się, rwie numerek, biadoli o kosztach życia.
Weronika czeka w domu, miejsce gotowe, gniazdko też… Andrzej wpada spięty, wściekły, awanturuje się, powtarza nie pozwolę… wszystko wiem… nie zgadzam się
Dlaczego za niego wyszłaś? pyta Krystyna, gdy Andrzej znowu odmawia nowej szafy.
Bałam się, że już nikt na mnie nie spojrzy. Wy z Teresą piękne, a ja mysz… Kto mnie zechce?! płacze Weronika.
Rozwiedź się! wołają przyjaciółki. Ile można go znosić?!
Nie mogę. Mamy syna. Nie można burzyć rodziny, bo zawiodłam się na mężczyźnie. Michał lubi tatę, mają spokój. Nie zrozumie mnie.
Krystyna i Teresa pokręciły palcem przy skroni, wykrzykiwały swoje. A potem Weronika rozkwitła, uśmiechała się, chodziła lekko po ulicy.
Co jest? pyta Krystyna. Czego się cieszysz z takim mężem?
Zażenowana Weronika macha ręką, w końcu mówi:
Zakochałam się. Opiekuje się mną bardzo fajny człowiek. Teraz wiem, co to znaczy mieć oparcie
Płakała. Krystyna pokiwała głową. Przy swoim kodeksie Weronika się nie rozwiedzie, będzie się męczyć i wymarzonego, i siebie.
Romans trwał długo. Skończył się, gdy Michał studiował, a Andrzej po udarze trafił do łóżka. Wypadł na budowie, już nie wstał. Weronika została pielęgniarką, winiła się o wszystko, przepraszała męża, a on tylko mruczał bez słowa.
Jak go zabrakło, kochanek Weroniki chciał się ożenić, odmówiła.
Michał nie zrozumie. To byłby zdrada. Już i tak za dużo mam na sumieniu.
Mężczyzna wyjechał z Warszawy, nie wiadomo gdzie. Nie napisał, nie zadzwonił. Nie zdołał wyrwać Weroniki z poczucia winy. Szczęście polega nie na lodówce ani meblach, choć to on je załatwił.
Lata mijały, starzały się sąsiadki, starzał się dom, otulający podwórko wysokimi lipami. W szkole muzycznej rozwijały się talenty słuchały tego trzy staruszki, chętnie chodząc na koncerty uczniów.
Teresa w wózku, pod kocem, w aksamitnej sukni w koronce, Weronika prosta, surowa, elegancka, w ciemno-brązowej sukni z wyszywanym paskiem, bucikach do kompletu; Krystyna, idąca raczej z przyzwyczajenia, niewiele już słyszała, ale cieszyła się, patrząc na młodość na scenie nosiła się skromnie: szary garsonka, czarne buty żegnaj młodości, a w ręku torebka, kiedyś czarna, teraz sprana, a na twarzy błogi spokój. Często brano ją za znaną pianistkę, która weszła tylnymi drzwiami.
Panny wszystkie w koronkowych rękawiczkach na pamiątkę paryskich czasów Teresy.
… Nie win się już, Teresa! krojąc sernik, mówi Weronika. Lidia jest dorosła, sama już ma dziecko, męża. Zna, co to miłość. Pierrea może nienawidzi, słusznie zresztą, ale ciebie kocha.
Tak, tak! przytakuje Krystyna. Młodość jest okrutna, nieprzejednana. Potem wszystko się zmienia. Lidia kiedyś bardzo cierpiała, nie rozumiała, potem dojrzała, zrozumiała. Ale Pierre to żmija.
Stawiają jeszcze raz czajnik. Elektryczny, bez szyszek i leśnego zapachu, ale ładny, pękaty, stoi spokojnie na stoliku. Z nim przytulniej. Odbija się w nim ciągłość domowa, pokoleń. To skarb, pamiątka pielęgnowana co sił.
Za oknem szeleszczą po liściach krople deszczu. Zaraz pierwsze przymrozki czernieją aksamitki przed domem, zwijają się liście nagietków. Czuć jesień, choć jeszcze ciepło.
Na podwórko podjeżdża auto, koła szeleszczą na mokrym asfalcie. Fary błysną, gasną. Ktoś postukuje obcasikami, podchodzi do drzwi. Teresa zamiera, nasłuchuje.
Dzwonek. Weronika otwiera, wpuszcza lidzię, całuje ją, wskazuje kuchnię.
Czekała. Martwi się. Idź, dziecko, idź! Wszystkiego najlepszego, moja kozo!
Lidia przynosi ukochane przez mamę dalie, ciemnofioletowe z żółtymi środkami. Za wielkim bukietem nie widać solenizantki, a ona płacze bo wciąż nie może uwierzyć, że już jej dawno wybaczono. Może sama sobie nie wybacza a jednak się cieszy. Urodziła jej się dziś córka, mała ruda koteczka w różowym kocyku. Szczęście!…
Jeśli dzisiaj zajrzycie przez okno jednopiętrowego domku za głównym gmachem dawnego dworu, zobaczycie trzy uśmiechnięte staruszki. Śmieją się, piją herbatę, wspominają, czekają na dzieci, wnuki, prawnuki wszystkich, którzy dają sens życiu. Wkrótce odejdą, rozpłyną się w niebycie. Niech zdążą jeszcze przytulić najbliższych bo to jest bezcenne.






