Prawdziwa kobieta

Weronika, gdzie ty jesteś?! Przynieś ogórki! Ile można na ciebie czekać?!

Mąż już wyraźnie stracił cierpliwość, skoro podniósł głos, ale Weronika była zajęta. Skupiona stała przy lustrze, starannie malując lewe oko, czasem przerywając machanie nowiutką, piekielnie drogą mascarą, by podziwiać efekt. Prawe oko, które już dopracowała eyelinerem i cieniami a jej przyjaciółka Grażynka mówiła, że takimi to tylko na raut malować się można wydawało się dwa razy większe, niż natura przewidziała. Wyglądało wręcz przerażająco. Ale Weronika ustąpić nie zamierzała.

A te ogórki, które moczyły się w wannie, kompletnie wyleciały jej z głowy.

Wszystko przez to, że dosłownie tydzień wcześniej jej mąż, ten sam Paweł, który teraz męczył się w kuchni, zakręcając słoiki z ogórkami na zimę, wyskoczył ni stąd, ni zowąd z oświadczeniem:

Chcę, żebyś była prawdziwą kobietą!

I wręczył Weronice kartę ze swoimi oszczędnościami całą zeszłoroczną skrytką.

To, jak zadziwiła się Weronika, to naprawdę mało powiedziane.

Pierwsza myśl oczywiście, żeby zrobić awanturę. No bo jak to?! Skoro Paweł skrzętnie zgromadził jakiś pieniądz, nie mówiąc żonie, to znaczy, że nie tylko całej wypłaty nie oddawał, a może i w czymś innym kręcił. A kto wie, w czym? Cóż myśli się kotłowały, każda bardziej podejrzliwa niż poprzednia. Jak tak można?!

Ale zaraz Weronikę naszła inna myśl. Nie zdążywszy nawet słowa powiedzieć, osiadła ciężko na stołeczku w kuchni i kompletnie zapomniała o nie dogotowanym barszczu, który już bulgotał w garnku.

Co to znaczy, prawdziwą kobietą?!

Tego już było za wiele…

Miała ochotę wrzaskiem obudzić pół bloku i rozwalić nowiutką, ledwie co przez teściową podarowaną porcelanę, o której marzyła całe życie. Porcelana taka droga, jakiej Weronice się tylko śniło, a teściowa, pani Halina, tak po prostu oddała! I jak Weronika popłakała się z tych emocji, tamta się tylko roześmiała:

Oj, Weronisia! No co ty taka głupiutka?! Ja dla was wszystko zrobię, tylko żyjcie sobie szczęśliwie!

Czemu tak postąpiła Weronika nie wiedziała. Wyjaśnień teściowa dać nie zamierzała. Uściskała najpierw Weronikę, potem syna, ucałowała wnuki i pojechała z powrotem do siebie. Długo nigdzie nie lubiła siedzieć zawsze powtarzała, że dom bez opieki się nie ogarnie.

Weronika się z nią nie kłóciła. Przywoziła wnuki na weekendy, dbała o to, żeby dzieci były grzeczne, i zawsze kombinowała, jak czymś jeszcze sprawić mamie Pawła przyjemność. Teściowa przyjęła ją do rodziny spokojnie i bez wyrzutów.

A Weronika miała za co mieć wyrzuty sumienia. Nawet rodzina jej nie szczędziła przykrych uwag, to co dopiero obca kobieta? Jeszcze przed ślubem Paweł zabrał Weronikę i jej synka, żeby poznała się z mamą. Weronika długo bała się nawet wysiąść z auta niby patrzała na śpiącego synka, ale raz za razem pytała Pawła:

Może nie trzeba? Co ja jej powiem? Ona mnie też pewnie nie chce zobaczyć! Wyrzuci nas! No, na pewno!

Ale z czego to wymyśliłaś? dziwił się Paweł.

Bo jak urodziłam Olka, ciotka wyrzuciła mnie z domu. Powiedziała, że jestem dla nich obca, bo wstyd im narobiłam! A ty chcesz mi wmówić, że twoja mama otworzy ramiona i przyjmie mnie z dzieckiem? Paweł, ty jesteś naiwny! Takie rzeczy się nie zdarzają!

Nie oceniaj zanim nie spróbujesz! Może jeszcze cię zaskoczy.

Weronika wcale nie chciała się dziwić. Ale co miała zrobić? Wzięła śpiącego Olka na ręce i ruszyła za Pawłem.

Pani Halina, matka Pawła, naprawdę ją zaskoczyła. Przywitała się uprzejmie, obrzuciła przyszłą synową spojrzeniem, potem rozłożyła ręce:

Zaufasz mi? Położę go w mojej sypialni. Dzieciak wymęczony po drodze.

Weronika sama nie wie czemu, bez wahania oddała pani Halinie synka. Mały ani nie zaprotestował, uchylił oczy, zamruczał coś i mocniej objął nową babcię za szyję, a pani Halina zanuciła uspokajająco i Olek znowu usnął.

Olkowi długo nie zajęło, by mówić na panią Halinę babcia. Ona nie protestowała tym zyskała miejsce w sercu Weroniki na zawsze.

Weronika urodziła Olka, gdy miała ledwie osiemnaście lat. Ojca chłopca znała cała wieś. Gadało się, aż furczało, czy Mikołaj Fijałka weźmie Weronikę, czy tylko się zabawi jak innymi dziewczynami. Mikołaj miał fatalną opinię, Weronika doskonale o tym wiedziała i omijała go szerokim łukiem.

Ale Mikołaj był sprytny, wiedział, jak dziewczynie zagadać, wejść do głowy. Jeżeli nie udało się gadką mógł być brutalny, niejedna musiała chować swoją krzywdę, by nie narazić się na wiejskie gadanie.

Weronika nie przemilczała.

Wracała kiedyś z miasta po odwiedzinach u ciotki i spóźniła się na ostatni autobus. Został jej kawałek przez pola kierowca nie chciał jechać dalej.

Dla jednej osoby nie będę auta ciągnął! Samochód to nie taxi. Pomaszerujesz! Pogoda dobra, przejdziesz się.

Nie było rady. Musiała iść.

Samochód Mikołaja znalazł ją pod samą wsią.

Weronika, czego tak późno sama chodzisz? Siadaj, podrzucę.

Nie trzeba, Mikołaj, sama dojdę! próbowała skręcić w bok, ale było już za późno…

Wróciła do domu w rozdartej sukience i ze łzami w oczach. Nie wchodząc do domu, gdzie spała schorowana matka, poszła prosto do łazienki i do rana próbowała zmyć z siebie ślady spoconych łap Mikołaja i jego śliniastych pocałunków. Rycząc, zła na siebie, głowiła się tylko, jak ukryć wszystko przed matką, której serce już dawno nie nadawało się do nerwów.

Od stresu wszystko się może wydarzyć. Rozumiesz mnie? powiedział lekarz.

Weronika aż za dobrze rozumiała. Poza mamą nie miała nikogo bliskiego. Ciotka się nie liczyła. Wtedy jeszcze tego nie wiedziała. Pomagała w gospodarstwie, jeździła do miasta z jajkami i mlekiem, wierząc, że od rodziny powinno się dostawać wsparcie.

Jej mama nigdy się nie dowiedziała, co się stało z Weroniką. Weronika była w piątym miesiącu, kiedy mama zmarła. Odeszła cicho, we śnie, zostawiając córkę samą na świecie.

Ciotka, która przyjechała niby pomóc, od razu się od Weroniki i jej dziecka odżegnała:

Sama narobiłaś, sama się męcz! Ja cię utrzymywać nie będę! Dlaczego nie poszłaś od razu na posterunek?! Teraz byś była żoną, grzechu by nie było! Ale nie, Weronika! Sama w tym siedzisz! Ja mam własne problemy!

Prawie nieprzytomna ze łzami, Weronika nawet nie zrozumiała od razu, o co ciotce chodzi. Ale po kilku dniach, ogarnąwszy się, wybrała się na komisariat.

Weronisia, czemu nic nie mówiłaś?! złapał się za głowę dzielnicowy. Ja mu dam! Niebo z ziemią zrównam!

Mikołaja wsadzono.

Gdy zaczęła mówić, okazało się, że ten typ miał po całej okolicy dzieci aż siedem! Matki najpierw się wypierały, ale potem zaczęły opowiadać i sprawa się rozkręciła.

Mikołajowa matka, po ogłoszeniu wyroku, przeklęła Weronikę na ulicy, plując pod jej nogi i życząc, by dziecko się nie urodziło albo urodziło się chore.

Ale wieś nie pozwoliła Weroniki skrzywdzić. Tego samego dnia nocą bramę Fijałków posmarowano smołą, a kilka miesięcy później zmusili ich do wyprowadzki.

Weronika na czas urodziła zdrowego i krzepkiego synka, w którym nie było ani śladu Fijałkowej gęby cały był po rodzie Starzyńskich. Nos i uszy po ojcu Weroniki, którego prawie nie pamiętała, bo wcześnie zmarł, a loki i ciemne oczy po babci.

Sąsiedzi pomogli i w gospodarstwie, i ubrankami, i nawet kołyskę ktoś przyniósł, czym Weronika była niezmiernie wdzięczna. Pieniądze po matce wydawała bardzo rozsądnie, wiedząc, że poród to dopiero początek wychowanie dziecka samotnie to dopiero góra lodowa.

Zaledwie odetchnęła, wiedząc, że nie zostanie sama, przyjechała z miasta ciotka i przywiozła ze sobą wujków, braci zmarłej mamy Weroniki. Nawet ich wcześniej nie znała z mamą się nie odzywali.

Wiesz, Weronika… Musisz się wyprowadzić powiedzieli, przestępując z nogi na nogę. Dom jest nasz, rodzicielski. Teraz musimy go sprzedać. Za życia twojej matki ustaliliśmy: ona mieszka, my jej nie ruszamy.

A teraz?

Teraz wszystko się zmieniło. Potrzebujemy pieniędzy. Sprzedajemy dom.

A ja? Gdzie pójdę?

To już twój problem. Damy ci część spadku po matce. Nie jesteśmy potworami, a co dalej twoja sprawa.

Weronika zadumała się. W tej wsi za takie pieniądze nawet rudery nie kupi. Czyli miasto, choć tam bez wsparcia i znajomych? Tu choć sąsiedzi pomagają… Ciotka patrzyła wilkiem, do kołyski Olka podeszła raz i zaraz odwróciła się, mrucząc, że Weronice nie dzieci rodzić było trzeba, a…

Nie słuchała jej. Nie jej sprawa, komu Weronika daje życie, a kto go odbiera. Swojego syna Weronika nikomu nie oddała nie po to go rodziła!

Rodzina wyjechała, Weronika w łzy. Cóż, serce pękało, a domu żal jak cholera.

A wieść o tym już następnego dnia obiegła miejscowość. Jedni złorzeczyli rodzinie Weroniki, inni jej samej, nie rozumiejąc i nie uznając jej decyzji plotkowali, smakując szczegóły, ale pomagali jak mogli. Na drugi dzień przyszedł dzielnicowy:

Słuchaj, Weronisia, w sąsiedniej wsi kobieta sprzedaje pół domu. W porządku osoba znam ją. Mąż jej zmarł, dzieci wyjechały, nie daje rady sama. Dom ogromny. Chodź w weekend, zawiozę cię, poznacie się, zobaczysz, zdecydujesz Co ty na to?

Wielkie dzięki! Weronika prawie nie wskoczyła mu na szyję.

No to świetnie! A Olek?

Rośnie!

Pokazał Olkowi rogi, dając z uśmiechu kózkę, po czym wrócił do swoich spraw, a Weronika pogłaskała zdjęcie matki i szepnęła:

Nie zginiemy, mamo! Wierz mi! Wszystko będzie dobrze!

Z panią Tatianą, właścicielką domu, od razu znalazły wspólny język.

Weronisia, nie bój się mnie. Ja spokojna, tylko nie znoszę bałaganu. Jak masz porządek i ciszę, to i ja cię nie ruszę. Z dzieckiem też pomogę, jak będziesz chciała wrócić do pracy. Ale na spacery nie licz, ok? Uprzedzam!

A w wiosce jakaś praca jest? Przydałoby mi się.

Jest! W moim sklepie brakuje ekspedientki. Koleżanka szuka kogoś na etat, sklepów ma trzy, niedawno otworzyła jeszcze jeden. Polecić cię?

Oczywiście!

No i dobrze! Upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu! Piękny dzień!

I właśnie w sklepie Weronika poznała Pawła. Przyjechał pomagać mamie, a ta wysłała go po zakupy.

Weronika pakując mu sprawunki, sama nie wiedzieć kiedy, wyjawiła mu wszystko o Olku, o pani Tatianie, która stała się chłopcu prawdziwą babcią, o sobie Nigdy nie była gadułą, a tu proszę ciężko jej się było zamknąć.

A Paweł nie przerywał, słuchał pilnie, a potem pożegnał się, wiedząc już, że Weronika i jej wiśniowe oczy na długo nie dadzą mu spokoju.

Ale do Weroniki nie zaczął wracać od razu. Jak powiedzieć kobiecie, która wpadła mu w serce, że jego życie też lekko nie wygląda? Że nocą przepadła matka jego dzieci, zostawiając dwóch synków młodszy miał wtedy trzy miesiące. On sam został z dziećmi matka Pawła zajmowała się chorym ojcem, nie mogła zostawić domu nawet na minutę. Synowie, ukochani, płakali przez sen, wołali nie wiadomo kogo albo matkę zapomnieli, albo wcale nie pamiętali.

Nie wiedział Paweł, jak o tym opowiedzieć Weronice. Łaził więc dookoła sklepu, w którym pracowała, ale nie miał odwagi wejść i porozmawiać.

A tu niespodzianka Weronika też nie siedziała bezczynnie. Dopytała panią Tatianę o Pawła i już wszystko o nim wiedziała, gdy ten wreszcie wszedł.

Twój starszy ile ma? z miejsca zapytała.

Trzy lata za tydzień będzie.

A młodszy?

Rok dziś kończy.

Jak mój Olek.

Weronika…

Poznaj mnie z dziećmi. Potem zobaczymy.

I zaczęli być razem.

Ślub wzięli po cichutku, w gronie najbliższych, posiedzieli rodzinnie. A po ślubie pojechali nad morze, z całą gromadką. Weronika cieszyła się z tej wycieczki bardziej niż dzieci sama nigdzie wcześniej nie bywała.

Nic dziwnego, że radość miała ogromną teraz miała rodzinę, męża, dzieci. Szczęście!

Za to szczęście musiała jednak powalczyć. Najpierw, gdy starszy syn Pawła poważnie zachorował i Weronika prawie dwa miesiące spędziła z nim w szpitalu, powierzając młodsze dzieci teściowej.

Potem pojawiła się biologiczna matka synów, domagając się dzieci. Weronika pokazała wtedy pazury nie dała ich nikomu. Pojechała do rodzinnej wsi, poradziła się dzielnicowego i przeszła całą procedurę nie bała się trudności, by być matką nie tylko z serca, ale i na papierze.

Kobieta zniknęła znów, nie czekając na decyzję sądu Weronika odetchnęła dopiero, gdy teściowa objęła ją po rozprawie:

Teraz jestem o dzieci spokojna.

Czas płynął, dzieci rosły, a Weronika wciąż była tą cichą, nieco zalęknioną, zawsze uśmiechniętą kobietą. W całej wsi jednak wiedzieli, że to pozory: Weronika mruczy jak kot, ale kto jej rodzinę tknie ten zobaczy w niej tygrysicę.

A tu nagle ona niby nie jest kobietą?!

Całą noc po wręczeniu jej karty Paweł, Weronika nie spała. Kręciła się w łóżku, co chwila podchodziła do lustra oglądała się w świetle lampki, obracała się raz jednym bokiem, raz drugim i nie mogła pojąć, co z nią nie tak. Nie pytała męża, obrażona. Rano zaprowadziła dzieci do przedszkola, starszych do szkoły i poszła do Grażyny.

Grażynko, co robić?!

Grażyna była podobna do Weroniki trochę z innego świata. Uznała, że najlepiej poradzą im fachowe czasopisma dla pań. Nie pisaliby tam bzdur, prawda? Gdyby nie było mądrych rzeczy, żadna by nie czytała!

Przeglądały magazyny i już po pół godziny wiedziały, że prawdziwa kobieta musi się dobrze odżywiać, dobrze ubierać, dobrze malować, a w ogóle robić wszystko dobrze, bo inaczej jest nikim, nawet bez wstążeczki. Dobrze, jeżeli Weronika chociaż tę wstążkę miała, ale i to było niepewne.

Wstążki Weronika nie kupowała, ale z Grażyną pojechała do miasta. Kupiła dobrą kosmetykę, nową koszulę nocną i przepiękne pantofle bała się je pokazać w domu, żeby dzieci nie zniszczyły.

A przecież Paweł nie docenił jej starań.

Właśnie kończyła nakładać cień na powiekę, gdy drzwi do łazienki rozwarły się z hukiem i Weronika pacnęła się szczoteczką w oko od razu uznała, że wcale nie chce być prawdziwą kobietą.

Weronia, co ty?! Paweł aż jęknął, widząc, jak Weronika skacze na jednej nodze, popiskując z bólu i próbując wytrzeć łzy, które leciały jej ciurkiem.

To przez ciebie! syknęła przez zęby, w końcu pojęła, że powinna się umyć, a nie rozmazaną twarz szorować po całej łazience. Chcesz kobiety?! Kobiety?! A kim ja niby jestem?!

Paweł zrozumiawszy, przytulił ją, hamując jej szarpaninę.

Zaraz, głupolu! Daj, pomogę.

I delikatnie, niemal muskając, zmywał makijaż z jej twarzy, mówiąc:

Ja, oczywiście, jestem gamoń, ale ty też ładna! Wiesz, że nie umiem gadać. Nie mogłaś zapytać? Sama sobie wymyśliłaś, sama się obraziłaś!

A czemu dałeś mi pieniądze i wypomniałeś, że nie jestem kobietą? Weronika próbowała się wywinąć z objęć, ale zaraz ją przytrzymał.

Bo odkąd jesteśmy razem, nic sobie nie kupiłaś! Wszystko dla dzieci albo dla mnie. Nawet mojej mamie robisz prezenty, a sobie nigdy. To już przesada! Więc pomyślałem dam ci pieniądze, wydasz je na siebie, jak te kobiety z telewizji co chodzą po sklepach i kupują bez opamiętania.

Teraz Weronika parsknęła śmiechem.

Śmiała się tak, że aż popłakała się ze śmiechu. Dzieci pędziły, nie rozumiejąc czy mama płacze czy się śmieje, więc był taki rwetes, że długo trzeba było je uspokajać.

A wieczorem, gdy dzieci spały, Weronika wyszła na ganek, wyciągnęła świeżo umytą twarz ku niebu i uśmiechnęła się, wspominając cały ten dzisiejszy chaos.

Wszystko gotowe, ostatnie ogórki zakręcone! wszedł za nią Paweł i usiadł obok.

Dobrze zakręciłeś?

Jeszcze pytasz! Będą ogórki palce lizać!

I całe szczęście! Bardzo mi się przydadzą! Weronika uśmiechnęła się i położyła rękę męża na brzuchu.

Co ty mówisz?! I milczałaś tyle czasu?! Paweł objął ją mocno.

Jak ci powiedzieć?! Ciągle masz swoje ogórki, swoje wymagania, na mnie ledwo czasu!

Chciała jeszcze coś dodać, ale Paweł nie pozwolił.

Najpierw ją pocałował, żeby wiedziała, że kobieta o sobie zapominać nie powinna, a potem przytulił jeszcze mocniej żeby wiedziała, że właśnie tam jest jej miejsce:

Tuż przy jego sercu, lekko po skosie. Tam, gdzie oddycha dusza.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × 5 =

Prawdziwa kobieta