Na wojskowej katedrze wykładała jedna doktor.

Na wojskowych studiach wykładała pewna pani doktor. Całe życie przepracowała w oddziale dziecięcym w szpitalu. I taką ciekawostkę kiedyś opowiedziała. Jej własne dzieci przeszły chyba przez wszystkie możliwe dziecięce choroby zakaźne, mimo że ona jakby nie patrzeć była lekarzem! I generalnie ciągle coś przynosili: raz ospa, raz świnka, a raz grypka choć dzieciaki były żywe, wesołe i miały energii na baterie.

Oczywiście pani doktor dbała o higienę: w domu pierwsze co to prysznic, pranie fartucha, mycie rąk ale jednak zawsze zadziwiająco szybko dzieci łapały dokładnie te choroby, które ona leczyła w pracy. A jak miała wyjątkowo ciężki przypadek na dyżurze, to już prawie mogła zakładać, że jedno z dzieciaków za dzień albo dwa czeka katar i gorączka. I żadne tam witaminki, hartowania, soki z buraka czy czosnek nie pomagały. Mama-lekarz już zaczynała popadać w rozpacz.

Aż tu któregoś razu przyszła z pracy po wyjątkowo ciężkim dniu tyle grymaszących maluchów na zmianie, że prawie mdła z wycieńczenia była. Aż bała się wracać do domu, bo przecież na bank dzieci zaraz czymś się zarażą! Więc zamiast prosto do siebie, poszła do kina na film o Jerzym Skawińskim łowcy przygód, takim polskim Indiana Jones. Wyszła z kina z poczuciem lekkiej winy, a jednak zadowolona, i wróciła wieczorem do domu. A tu niespodzianka! Dzieci zdrowe, śmieją się, podskakują, ani jednej krostki, żadnego kaszelka.

Więc następnym razem, po jeszcze jednym trudnym dyżurze, odwiedziła przyjaciółkę. Wypiły razem herbatę z malinami, pośmiały się przy dowcipie o Zdzisiu, a potem znowu do domu. I co? Dzieci jak dzwon! Żywe, zdrowe, dom nawet trochę posprzątany (chociaż to akurat może być przypadek).

Z czasem weszło jej w nawyk: nie szła od razu do domu po pracy, choć obowiązków w domu czekały tłumy. Najpierw przechadzała się przez mały park taki, wiecie, z kwitnącymi tulipanami, fontanną i emerytami karmiącymi gołębie za dwa złote z paczki bułek z Biedronki. Siadała na ławeczce, patrzyła na dzieciaki na rowerkach i wracała do siebie dopiero, gdy w głowie jej się trochę rozjaśniło. I jak ręką odjął. Od tamtej pory zero chorób w domu.

I tak pani doktor wyciągnęła prosty wniosek: wcale nie tylko o te przeklęte bakterie i wirusy tu chodzi. Najwidoczniej liczy się też coś innego taka informacja, z jaką się wraca z pracy do domu. To właśnie ta cała chmura niepokoju czy zmęczenia potrafi zarazić bliskich szybciej niż partia pierogów zostawiona na stole. I wiecie co? To się sprawdziło od lat żadnej choroby w rodzinie!

Także morał jest prosty nie warto z prosto z trudnych spraw lecieć od razu do domu i zarażać bliskich swoim kiepskim nastrojem, nawet jeśli nic nie mówisz głośno. Lepiej zmienić otoczenie, złapać trochę oddechu w parku, pośmiać się chociażby z ankiety pogodynki, a potem dopiero iść do tych, na których nam najbardziej zależy. Jak to działa naukowcy jeszcze nie do końca wiedzą, ale jednego można być pewnym: lepiej sobie czasem odpuścić i po drodze złapać powietrza, niż przynieść do domu całą chmurę złych wibracji. A potem już tylko tulipan w rękę i do bliskich!

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − siedem =

Na wojskowej katedrze wykładała jedna doktor.