Z wakacji Władek nie wrócił
Dlaczego twój ci nie pisze, nie dzwoni? zapytała Danuta, sąsiadka zza płotu.
Nic, Danusiu, ani na dziewiąty dzień, ani na czterdziesty żadnego znaku. odparła żartobliwie Jadwiga, poprawiając fartuch na szerokich biodrach.
Może gdzieś się zaszył albo co, współczująco kiwała głową Danuta. No, czekaj, czekaj. Milicja też nic nie wie?
Cisza wszędzie, jak makiem zasiał, Danusiu.
To już taki los.
Dla Jadwigi ta rozmowa była ciężarem. Wzięła miotłę do drugiej ręki i zaczęła zamiatać liście przed domem. Była długa, szara jesień 1988 roku. Dopiero co zamieciona ścieżka zaraz znowu pokrywała się liśćmi; zawracała więc, zbierając je w kupki.
Trzy lata, jak Jadwiga Głowacka przeszła na emeryturę i cieszyła się zasłużonym odpoczynkiem. Ale w zeszłym miesiącu musiała zatrudnić się w Miejskim Zakładzie Gospodarki Komunalnej jako sprzątaczka emerytury nie starczało, a innej pracy szybko nie znalazła.
Żyli jak zwyczajna polska rodzina. Nie najlepiej, nie najgorzej, ot jak wszyscy. Pracowali, syna wychowywali. Mąż Jadwigi nie pił mocno, tylko od święta, w pracy był szanowany rzetelny był, solidny, do innych kobiet mu nie było. Jadwiga z kolei całe życie była pielęgniarką w szpitalu, nawet dyplomy i nagrody miała.
Mąż pojechał nad morze, na wczasy i nie wrócił. Jadwiga nie od razu coś podejrzewała. Nie dzwoni to dobrze, znaczy, odpoczywa. Ale kiedy nie przyjechał w ustalonym terminie, zaczęła się o niego rozpytywać. Obdzwoniła szpitale, milicję, nawet do prosektorium dzwoniła.
Synowi, który odbywał służbę wojskową, najpierw telegraf wysłała z wiadomością o zaginięciu ojca, potem się dodzwoniła. Wspólnie ustalili tylko tyle mąż wymeldował się z ośrodka wczasowego, ale do pociągu nie wsiadł. Przepadł. I znów kółko: obdzwoniła szpitale, prosektorium…
W pracy męża też tylko rozkładali ręce. Powiedzieli: naszym zadaniem było dać przodownikowi pracy wczasy, a już w rodzinne nieporozumienia mieszać się nie będziemy. Nie wróci w terminie, zwolnimy za nieobecność.
Jadwiga rwała się jechać szukać męża, ale syn odwiódł ją od tego:
Mamo, gdzież ty go tam znajdziesz? Ja dostanę wolne, w mundurze będzie mi łatwiej, pojadę i spróbuję czegoś się dowiedzieć.
Jadwiga trochę się uspokoiła, starała się cały czas czymś zajmować. Do milicji chodziła jak do pracy, ale już spokojniej, bez nerwów tylko wieści żadnych nie było. Do roboty też się zgłosiła, głównie, żeby nie zwariować. Zamiatając, trzymała się jako tako. W domu, wieczorami, płakała. Obwiniała siebie, los, że na stare lata zgotował jej takie próby. Najbardziej przygniatała niewiadoma.
Władek pojawił się przed Jadwigą równie niespodziewanie, jak zniknął.
Stał tam, w tym samym granatowym garniturze, w którym wyjeżdżał. Bez torby, bez walizki. Stał tylko, z podniesionym kołnierzem, ręce w kieszeniach, patrząc jak Jadwiga pracowicie zamiata podwórko.
Nie zauważyła go od razu i nie wiedziała, jak długo tam był, zanim syn się nie odezwał.
Władek! Krzysiek… rzuciła miotłę i pobiegła do nich.
Rozpostarła ramiona, jakby wracała do domu po długiej wędrówce, rzuciła się mężowi na pierś i objęła go mocno.
Władek nie od razu, ale i on ją objął.
No do domu idziemy, przytulają się… syn nie krył zniecierpliwienia. Głos, krok, ton wszystko to mówiło.
Krzysiu, przytulę cię, tyle cię nie widziałam dogoniła syna w korytarzu.
Cześć, mamo. Zimno, chodźmy.
Czemu nie zadzwoniłeś, mogłabym przygotować dom, ugotować coś…
Mamo, przecież nie przyjechałem na pierogi. Obiecałem, więc dotrzymałem słowa.
Popatrzyła na męża, potem na syna. Przez te miesiące tyle wycierpiała, że teraz czuła się jak we mgle. Żywy. Zdrowy. Pierwsze co chciała to nie pytać, tylko dać im jeść, napoić, pozwolić odpocząć. Władek siedział cicho.
Siadaj, mamo poprosił syn.
Ale ona krzątała się po kuchni, brzdękała naczyniami.
Mamo, ojca znalazłem u innej kobiety.
Jadwiga odwróciła się, spojrzała na męża. Ten siedział na stołku, ręce splecione na kolanach, głowa nisko. Jak przyłapany na kradzieży dzieciak, wychudzony i ponury, nie chcący się przyznać do winy.
U jakiej kobiety, co się stało, Władek?
Wszystko, co Jadwiga do tej pory podejrzewała to: może go okradli, może nie ma za co wrócić, może pobity i błąka się po Polsce szukając schronienia…
Nie wrócił do domu, tylko został u Zofii Zając, tam nad morzem. Nie chciał wyjeżdżać.
Jadwiga patrzyła na męża, mrugała powiekami.
Jak to, nie chciał?
Po prostu nie chciałem. Zrozumiałem, że żyję nie tak, jakbym chciał. Pracadomdompraca. Działka w niedzielę. Brakowało mi wolności.
Wolności! aż poczerwieniała.
Po coś, synu, tego mojego kawałka wolności tu sprowadził? Chciałeś mnie upokorzyć? Lepiej byś powiedział, że w prosektorium, uczciwiej by było. Czekałam na niego jak głupia, wypłakałam oczy, a on u innej, w domku nad morzem…
Wiesz, Jadwiga… Chciałem, chyba, zacząć od nowa.
Nie, Władek, nie chciałeś zacząć od nowa, tylko ci słońce za mocno przygrzało tam na północy. Porządny facet wróciłby, rozstał się jak trzeba, porozmawiał, a potem by szukał szczęścia. Wiedziałbyś, co to jest uczciwość, nie tylko wobec innych, ale i siebie. Nie chcę cię widzieć! Idź
Władek wstał i poszedł, po drodze wstąpił do pokoju.
Nie, idź już! Tak jak przyszedłeś! krzyczała Jadwiga, gotowa wpaść w histerię.
Tato, idź tym razem to Krzysiek ruszył za ojcem do korytarza.
Ponownie zobaczyła Władka dopiero po dwóch tygodniach.
Znów zamiatała podjazd pod domem, zganiała wodę po jesiennym deszczu. Władek stał na skraju chodnika, w starym płaszczu i z zabawną czapką.
Jadwiga zawołał, potem głośniej jeszcze raz.
Podniosła głowę i spojrzała na niego pusto. Połamane miałby jej ręce, nogi gotowa by była wszystko mu wybaczyć, ale już nie mogła podejść i objąć. To on podszedł bliżej.
Zostałem, znowu się zatrudniłem na zakładzie. Brygadiera nie dali, na zwykłym stanowisku pracuję. Mogę zostać?
Podparła się na miotle, spojrzała na niego:
Oczywiście! Najpierw jednak złożymy papiery rozwodowe, pilnie.
Nie wybaczysz? Wiem.
To po co wracałeś?
Zofia powiedziała: jak wyjedziesz, nie wracaj. No i wyjechałem, wróciłem tu.
Widzisz, tu nie potrzebny, tam nie tu nie potrzebny. Takim facetom nigdzie nie po drodze, Władek. Syn cię nagonił na powrót, sam byś nie wrócił. Jedź, żyj, nie przeszkadzaj, mam pracę. Chodzisz tu, samiutko… i kilka razy przejechała miotłą po jego butach.
Odwróciła się i z dużą złością zabrała się za zamiatanie dalej. Po kilku minutach obejrzała się Władka już nie było. Westchnęła, jakby zrzuciła z ramion ciężar. Bała się, że zostanie, a ona mu wybaczy Za często w życiu stawałam za kimś murem, kto uderzał mnie od tyłu. Teraz wiem, że najważniejsze to nie trzymać się tych, którzy odeszli z własnego wyboru. Trzeba nauczyć się zamykać drzwi nawet przed tymi, których najbardziej się kochało.





