— „Kropka? A ja ją nazwałem Choinka. Całe rano dziś tu biegała, od razu widać – zgubiła się. Potem p…

Guzik? A ja ją nazwałem Choinka. Całe rano dziś biegała tu wokół. Od razu widać było, że się zgubiła. A potem ogrzała się przy moich nogach. No to wsadziłem ją do samochodu, żeby bidulka nie zmarzła uśmiechnął się mężczyzna…

Tosiu, czy ty zawsze musisz mieć takie pecha? Ile razy mówiłam ten Witek to nie jest chłop dla ciebie! ganiła Antoninę matka.

Kobieta stała ze spuszczoną głową. Choć niedawno skończyła trzydzieści siedem lat, czuła się w tej chwili jak uczennica, która przyniosła do domu jedynkę.

Antoninie było strasznie przykro żal jej było siebie, nieudanej rodziny i ukochanej córeczki. Bo zbliżało się najpiękniejsze w roku święto, a one zostały bez gospodarza w domu.

Odchodzę od ciebie rzucił beztrosko Wiktor pewnego wieczoru, nie patrząc nawet na Antoninę. Ona na początku nie zrozumiała, o co mu chodzi.

Odchodzisz? Ale dokąd? spytała Tosia machinalnie i podała mężowi talerz pachnącego barszczu.

Ty, Tosiu, jak z innej planety jesteś. Zupełnie nie rozumiesz poważnych spraw! Jak ja z tobą tyle lat wytrzymałem? przewrócił oczami Wiktor.

Zanim Antonina zdążyła coś powiedzieć, Wiktor sam, ze szczegółami, wyjaśnił:

Ja już tak nie mogę! Jeszcze ta twoja jazgocząca suka. Córka ciągle chora. Zero romantyzmu, Tosiu. Spójrz w lustro. Na co się zamieniłaś?! zakończył z gniewem.

Tosia spróbowała zerknąć na swoje odbicie w szybie kredensu, ale niewiele zobaczyła przez łzy. Stała tak w kuchni, łzy same płynęły jej po policzkach.

Wiktor nie znosił łez. Spojrzał z żalem na barszcz, wstał od stołu i poszedł się pakować…

Piesek Guzik wyczuł coś złego i zaczął kręcić się niespokojnie obok pani, popiskując i starając się ją pocieszyć.

Przynajmniej trochę odpocznę bez tego ciągłego wycia powiedział Wiktor, wychodząc z torbą na ramię, stając w drzwiach.

Witek A co z Emilką? szepnęła Antonina, wyobrażając sobie, jak bardzo zmartwi się ich pięcioletnia córka, śpiąca teraz spokojnie w swoim pokoju.

Wymyśl coś! Jesteś jej matką! odpowiedział Wiktor i, przy wtórze wycia Guzika, opuścił mieszkanie…

Całą noc Antonina siedziała w kuchni, tuląc psa. Guzik lizał ją ciepłym językiem, starając się dodać otuchy. Dobrze rozumiał, że wydarzyło się coś bardzo złego.

Przez kilka dni Tosia nie umiała powiedzieć o wszystkim matce. Ta dzwoniła czasem, wypytując, jak im się powodzi. Antonina odpowiadała w pośpiechu, że wszystko w porządku, po czym wyłączała telefon.

A jak tam z pracą? Znalazłaś coś chociaż? Bo patrz no, jak ten twój Witek łotr cię zostawi, to na czym będziesz żyć komentowała matka, odwiedzając córkę.

Wtedy Antonina nie wytrzymała i się rozpłakała, tłumacząc, że pracy szuka, ale nikt nie zaprasza jej na rozmowy, a Wiktor odszedł kilka dni temu.

Starsza pani aż westchnęła. Była zszokowana takim obrotem spraw.

Od razu było wiadomo, do czego to zmierza. Przeżyliście razem pięć lat, dziecko macie, a twój oblubieniec nawet nie chciał się z tobą ożenić zżymała się matka.

Szkoda jej jednak było niezaradnej córki i wnuczki.

Co teraz zrobisz? zapytała wreszcie.

Tosia wzruszyła ramionami:

Coś wymyślę. Zatrudnię się jako pomoc w przedszkolu u Emilki powiedziała cicho.

Daleko nie zajedziecie za pensję niani. A psa też trzeba karmić podsumowała kobieta, która do zwierząt cierpliwości nie miała, a Guzika wziętego z ulicy przez córkę wręcz nie znosiła.

Chciała jeszcze dodać coś kąśliwego, ale umilkła, widząc, jak Antonina z trudem powstrzymuje łzy.

Dobra, już nie płacz, pomogę wam. Jak będzie trzeba, nawet z Emilką posiedzę powiedziała pojednawczo…

Minął kolejny tydzień.

Antonina Pruszkowska zdążyła znaleźć pracę. Teraz razem z Emilką chodziła do przedszkola. Dziewczynka była szczęśliwa:

Mamusiu, a weźmy może Guzika ze sobą do przedszkola? Babcia ciągle narzeka, że nie ma siły z nim wychodzić. Guzik mógłby ci pomagać sprzątać po dzieciach i pilnować nas podczas leżakowania przekonywała wesoło Emilka.

Antonina śmiała się i przytulała córkę. Smutek zakradał się w jej serce, ilekroć słyszała niekończące się pytanie Emilki:

Mamusiu, a tata wróci na święta? Na Wigilię zdąży?

Nie potrafiła powiedzieć dziewczynce prawdy. Wymyśliła bajkę o pilnym wyjeździe w delegację. Od czasu do czasu dzwoniła do Wiktora, próbując umówić się na spotkanie. On jednak tylko narzekał:

Tosia, nie przeszkadzaj mi układać sobie życia. Powiedz Emilce, że jestem tajnym agentem i musiałem wyjechać na bardzo ważną misję. Prędko mnie nie będzie. Tak to już jest mówił podczas jednej z rozmów, dopytując się mimochodem, czy nie widziała gdzieś jego krawata.

A gdzie mógł się podziać? Na Wigilię nie mam się w co ubrać wzdychał, odkładając słuchawkę.

Antonina długo siedziała zamyślona. Nie wiedziała, jak i z kim spędzi ten wieczór. I jak wszystko wyjaśnić Emilce.

To się stało nagle. Babcia odprowadzała wnuczkę do przychodni. Emilka przeziębiła się, ale dochodziła już do siebie. Coś rozmawiały, gdy nagle zza rogu wyłonił się Wiktor.

Tata! Tatusiu, wróciłeś! zawołała radośnie Emilka.

Mężczyzna zaskoczony, skamieniał na chwilę. Potem uśmiechnął się sztucznie i wyjaśnił cicho, że tak już wyszło, ale od tej pory nie będą mieszkać razem. I poszedł dalej.

Może jeszcze kiedyś cię odwiedzę dorzucił na pożegnanie.

Emilka patrzyła na niego z nieprzeniknioną miną i wyszeptała cicho:

Nie musisz już do nas przychodzić.

Wieczorem znów miała gorączkę. Po dwóch dniach odwiedził je lekarz.

Emilka nie chciała z nikim rozmawiać. Leczyć się też wcale nie zamierzała.

To stres, zdaje się rozłożył ręce doktor, wysłuchawszy historii o ojcu.

Antonina obwiniała samą siebie:

Trzeba było jej od razu wyjaśnić. Przecież ona mądra dziewczynka, na pewno by wszystko zrozumiała skarżyła się matce. Ta tylko kiwała głową…

A dwa dni później przyszło nowe zmartwienie. Babcia, spiesząc się na spacerek z Guzikiem, wyszła z nim bez smyczy. I wtedy piesek postanowił pokazać charakterek.

Kiedy starsza pani krzyknęła na niego, Guzik obrócił się na pięcie i pomknął przed siebie ile sił w łapach.

No dobrze, zobaczymy, jak ci będzie na dworze! Zamarzniesz to zaraz z powrotem przybiegniesz! fuknęła i ruszyła do klatki schodowej.

Śpieszyła się podać wnuczce lekarstwo.

Tymczasem Emilka, gdy dowiedziała się o zaginięciu pieska, przestała zupełnie jeść ani pić. Na próżno Antonina obiecywała, że znajdą ukochanego czworonoga. Emilka była nieugięta:

Jak Guzik się znajdzie, to wtedy coś zjem odwróciła się do ściany.

To przez twoje rozpieszczanie! Dziewczyna zupełnie ci się spod kontroli wymknęła. A mówiłam przecież… zaczęła matka Antoniny.

Lepiej byś pilnowała Guzika, mamo, a nie mnie morały prawiła! niespodziewanie ostro odezwała się zawsze cicha Tosia.

No wybacz! Wszystko robię dla was! dotknięta odparła matka i wyszła z domu…

Antonina znów została sama. Długo jeszcze krążyła tamtego wieczoru wokół domu.

Emilka wreszcie zasnęła w swoim łóżku. A Tosia nie traciła nadziei, że Guzik znajdzie drogę powrotną. Niestety. Przemarznięta wróciła do mieszkania i zmożona zasnęła niespokojnym snem…

Emilka obudziła się wcześnie:

Mamusiu, przyśnił mi się taki sen! Że była choinka, ubraliśmy ją i od razu się odnalazł Guzik! oznajmiła ożywiona.

Antonina smutno się uśmiechnęła. Na stole stała mała sztuczna choinka. Zbliżał się Nowy Rok i zrobiły, co mogły, żeby się przygotować.

Ale Emilka upierała się, że musi być prawdziwa i duża choinka.

Wtedy i Guzik się znajdzie! Tak jak w moim śnie! płakała.

Tosia westchnęła. Kupno żywej choinki nie wchodziło w grę nawet te parę złotych, które zostały w portmonetce, nie wystarczyłoby na taki luksus. Antonina zadzwoniła do matki, ale ta odmówiła wizyty:

Dla ciebie ważniejszy jest jakiś pies niż rodzona matka! Przemyśl to sobie rzuciła urażona.

Tosia westchnęła i zrozumiała, że nie ma co liczyć na pomoc babci. Dobrze, że zaraz weekend.

Emilka była osowiała i nie opuszczała łóżka. Gdy wszystko już było gotowe na Nowy Rok, dziewczynka zaczęła płakać:

Nie ma choinki, mamusiu. Guzik nie wróci. I tata też nie…

Antonina głaskała ją po głowie, ledwie tłumiąc własny płacz. Poprosiła sąsiadkę, przemiłą staruszkę, by zerknęła na Emilkę i wybiegła na zimny wieczór…

Mroźne powietrze szczypało w twarz, a śnieżynki kręciły się w bajecznych wirach. Ludzie radośnie krzątali się na ulicy, ale Tosia nikogo nie zauważała. Gorączkowo rozglądała się za Guzikiem.

No gdzie ty jesteś, malutka? szeptała bezradnie, przemierzając znajome ulice.

Nagle dotarła na mały bazarek z choinkami. Srogi mężczyzna w kożuchu stał obok ostatnich pięknych drzewek. Antonina zatrzymała się.

Może choineczkę pani weźmie? Została ostatnia, mogę dać po kosztach zagadał sprzedawca, który wyraźnie śpieszył się już do domu.

Pewnie czeka na niego rodzina… Żona przy stole, dzieci wyglądają przez okno przemknęło Antoninie przez głowę.

W tej chwili do mężczyzny podbiegła młoda para i kupiła jedno z drzewek.

No i co? Będzie pani brała? Ta jest ostatnia. Nawet pomogę zanieść dodał sprzedawca.

Antonina spojrzała na niego ze smutkiem. Nie miała przy sobie pieniędzy, a i w domu nie starczyłoby jej nawet na najtańszą choinkę.

Zawstydzona zauważyła leżące obok w samochodzie gałęzie.

Czy może mogłabym wziąć parę gałązek? Jeśli nie są potrzebne wyszeptała cicho.

Mężczyzna przeniósł wzrok z kobiety na choinkowe resztki i westchnął:

Pewnie! Proszę, zaraz pomogę i wyciągnął naręcze gałęzi z bagażnika.

Antonina z wdzięcznością przyjęła prezent i zaczęła się tłumaczyć:

Wie pan, córka chora, leży i marzy o choince, a piesek uciekł i tak się wszystko zawaliło przed samymi świętami

Mężczyzna słuchał uważnie. Niedawno zostawiła go żona. Wciąż nie umiał pogodzić się z samotnością właśnie w święta. Robiło mu się smutno, bo nikt go nie czekał.

Nagle pojawił się inny mężczyzna:

Ile za choinkę? spytał, zerkając na ostatnie drzewko.

Już sprzedana. Proszę przejść do sąsiada, może jeszcze coś ma wskazał sprzedawca.

Antonina spojrzała zdziwiona.

Pomogę pani zanieść gałęzie. Ręce mi się nie urywają uśmiechnął się mężczyzna.

I wtedy Tosia zobaczyła, że nie jest on taki groźny, jak na pierwszy rzut oka.

Ale ja naprawdę nie mam pieniędzy zawstydziła się.

To pamiętam odparł cicho.

Wtedy wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego, jak to bywa przed samą Wigilią.

Mężczyzna otworzył samochód. Na siedzeniu leżał śpiący Guzik, okutany wełnianym sweterkiem i na pierwszy rzut oka jeszcze nieprzytomny.

Ale skąd pan ma Guzika? Antoninie trzęsły się ręce.

Guzik? A ja ją nazwałem Choinka. Od rana biegała tu wszędzie. Od razu widać zguba Potem przylgnęła do moich nóg. No to wsadziłem ją do auta, żeby nie zmarzła, biedulka uśmiechnął się mężczyzna.

Miał na imię Paweł. Kochał zwierzęta i potrafił dogadywać się z dziećmi.

Od tego czasu w domu Antoniny zapanowało ciepło i prawdziwa bliskość taka jakiej nigdy wcześniej tam nie było. Może to zasługa świątecznego cudu, a może tak po prostu zapisała im to los

Tyle tylko wiadomo nowa rodzina była szczęśliwa. A Guzik, choć wciąż nazywany Guzikiem, czasem już słyszał na ulicy: Choinka.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiem − sześć =

— „Kropka? A ja ją nazwałem Choinka. Całe rano dziś tu biegała, od razu widać – zgubiła się. Potem p…