Słuchaj, muszę ci opowiedzieć, co się przydarzyło ostatnio Frankowi. Znasz go, zawsze chce się popisać przed dziewczynami, a tym bardziej przed swoją kumpelą Zosią. Więc wymyślił sobie, że wejdzie na wysoką brzozę w parku obok ich osiedla w Warszawie. Wspinał się jak prawdziwy bohater, aż nagle… łam! Nawet nie zauważył, jak gałąź pod stopą pękła. Wszystko mu się zakręciło w oczach, a po sekundzie cały świat rozbłysł jakby fajerwerki wystrzeliły i skupił się w jednym miejscu bolało go tak paskudnie w ręce, że aż klął pod nosem.
– Auu… jęknął i chwycił się za zranioną rękę, sycząc z bólu.
– Franek! Zosia od razu podbiegła, klękając przy nim, – mocno boli?
– Nie no, super, szczyt przyjemności! wykrzywił się, próbując zażartować, ale już mu łzy napływały do oczu.
Zosia położyła mu dłoń na ramieniu, chcąc go pocieszyć.
– Daj spokój! wydarł się na nią, – boli jak diabli, nie dotykaj mnie!
I wiesz, najbardziej było mu przykro z dwóch powodów. Po pierwsze, pewnie złamał rękę i przez najbliższy miesiąc będzie chodził z gipsem, a wszyscy w klasie będą się z niego śmiać. Po drugie sam się na tę brzozę pchał, żeby pokazać Zosi jaki to jest wysportowany i odważny. Z pierwszym jeszcze by się pogodził, ale to drugie aż nim trzepało ze złości. I jeszcze ta Zosia, zamiast dać mu spokój, to się nad nim rozczula! No nie, dość tego… Zerwał się na równe nogi, przytrzymując rękę jak kawałek sznurka i wyruszył w stronę szpitala na Banacha.
– Franek, nie martw się, serio! sapała Zosia, próbując go dogonić i jakoś podnieść na duchu, – zobaczysz, wszystko się ułoży!
– Daj mi spokój rzucił przez ramię i splunął na chodnik, patrząc na nią z pogardą co tu się niby ma ułożyć? Rękę rozwaliłem, rozumiesz w ogóle? Masz w ogóle coś w głowie? Idź do domu, przestań mnie męczyć!
I nie odwracając się nawet na chwilę, ruszył szybkim krokiem zostawiając Zosię z wytrzeszczonymi oczami i tym samym szeptem: „Wszystko się ułoży, Franek… wszystko się ułoży…”
***
– Panie Franciszku, jeśli do jutra nie zobaczymy przelewu, to będzie nam, no cóż, bardzo przykro. A, jeszcze jedno mówią, że jutro ma być niezła gołoledź, proszę uważać na drodze. Sam pan wie, z samochodem różnie bywa. No i te nieszczęśliwe wypadki tego nikt nie przewidzi. Wszystkiego dobrego.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Franek rzucił telefon na biurko i zaciskając palce w cienkich siwych włosach, odchylił się w fotelu.
– No i skąd ja mam wytrzasnąć te pieniądze? Ten przelew był przewidziany przecież dopiero na następny miesiąc…
Westchnął ciężko, jeszcze raz sięgnął po komórkę, wybrał numer i przyłożył ją do ucha.
– Pani Urszulo, jest szansa dziś wysłać naszemu partnerowi z centrali kasę za tę ostatnią dostawę sprzętu?
– Ale… panie Franciszku…
– Możemy czy nie?
– Tak, tylko wtedy cały plan płatności…
– Trudno, potem ogarniemy chaos! Przelejcie dzisiaj na konto Holdingu i już.
– Dobrze, ale potem będą komplikacje z…
Nie czekając na dalsze tłumaczenia, Franek wcisnął czerwoną słuchawkę i walnął pięścią w podłokietnik fotela.
– Cholerni krwiopijcy…
Coś cicho i niespodziewanie musnęło jego ramię, aż podskoczył jak poparzony.
– Zosiu, przecież prosiłem cię, żebyś nie wchodziła, jak pracuję, naprawdę prosiłem, tak?
Jego żona, Aleksandra, nachyliła się do jego ucha i delikatnie pogładziła go po włosach.
– Franek, tylko się nie denerwuj, będzie dobrze, zobaczysz…
– Mam już dosyć twojego „będzie dobrze”! Wkurza mnie to, rozumiesz? Jutro mnie może załatwią i wtedy ciekawe, czy tobie też będzie dobrze!?
Franciszek zerwał się z miejsca, mocno odsunął żonę trzymając ją za ramiona.
– Co robiłaś? Zupę gotujesz? To idź gotować i nie wkurzaj mnie, bo już i tak jestem wykończony!
Zosia westchnęła cicho i powoli skierowała się do drzwi. Była już w progu, kiedy odwróciła się jeszcze, żeby powtórzyć jedno zdanie.
***
– Wiesz co… Leżę teraz i przewijam w głowie całe nasze życie…
Stary Franek powoli otworzył oczy i spojrzał zamglonym wzrokiem na swoją postarzałą żonę. Jej twarz, kiedyś taka pogodna i piękna, była już cała w zmarszczkach, ramiona lekko przygarbione, postawa nie taka jak niegdyś. Zosia, nie puszczając jego dłoni, poprawiła cewnik z kroplówką na jego ręce i po prostu się uśmiechnęła.
– Jak zawsze pakowałem się w jakieś kłopoty, kiedy otarłem się o śmierć, kiedy działy się najgorsze rzeczy pojawiałaś się ty. I zawsze powtarzałaś to samo. Nawet nie masz pojęcia, jak mnie to irytowało. Miałem ochotę cię udusić za tę twoją naiwność i monotonię próbował się uśmiechnąć, ale kaszel wszystko przerwał. Kiedy już ochłonął, ciągnął dalej łamałem ręce i nogi, setki razy grożono mi śmiercią, traciłem wszystko, lądowałem w takich dołach, z których niewielu wychodzi, a ty przez całe życie powtarzałaś swoje: „Wszystko się ułoży”. I co niesamowite nigdy nie skłamałaś. Skąd wiedziałaś?
– Ach, Franek, ja sama tego nie wiedziałam westchnęła cicho staruszka myślałeś, że tobie mówiłam? Sama się tym próbowałam uspokoić. Całe życie cię kochałam, wariacie. Jesteś całym moim światem. Twoje zmartwienia zawsze odwracały mi duszę na drugą stronę. Tyle łez wylałam, tylu nocy nie przespałam… I tylko sobie powtarzałam: „Nawet jeśli z nieba kamienie polecą, bylebyś był żywy wszystko się ułoży.”
Stary Franek na chwilę przymknął oczy, mocniej ściskając jej zmęczoną dłoń.
– No to teraz rozumiem… a ja się jeszcze na ciebie złościłem. Przepraszam, Zosieńko. Całe życie przeleciało, a ja nawet nie zauważałem, jak bardzo byłaś blisko. Głupi byłem, co nie?
Ona otarła łzę, której nawet dobrze nie zauważyła i pochyliła się nad jego twarzą.
– Franek, nie myśl już o tym…
Na moment się zatrzymała, spojrzała mu w oczy i powoli położyła głowę na jego martwą już pierś, gładząc lekko stygnącą dłoń.
– Wszystko BYŁO dobrze, Franiu, wszystko BYŁO dobrze…





