Odejdź i nie wracaj — Słyszysz, odejdź! – szeptał ze łzami w oczach Michał. – Idź już, nie wracaj ni…

Odejdź i nie wracaj

Odejdź, słyszysz? wyszeptałem przez łzy, ledwo powstrzymując głos. Odejdź i nie wracaj już nigdy, proszę.

Trzęsącymi się dłońmi odpiąłem ciężki, metalowy łańcuch, a potem poprowadziłem Borutę pod bramkę. Otworzyłem ją szeroko i próbowałem wypchnąć ją na drogę.

A ona zupełnie nie rozumiała, co się dzieje.

Czy to możliwe, że ją wyrzucam? Ale dlaczego? Przecież nie zrobiła nic złego

Idź już, proszę cię powtórzyłem, obejmując psa. Nie możesz tu zostać. Zaraz wróci i

Właśnie wtedy drzwi domu otworzyły się z hukiem, a na ganek wybiegł zataczając się ojciec pijany, z siekierą w ręku, gromko krzycząc.

*****

Gdyby ludzie choć przez chwilę mogli wyobrazić sobie, jak trudne potrafi być życie psa, który znalazł się na ulicy nie z własnej winy, może zupełnie inaczej patrzyliby na bezdomne zwierzęta.

Patrzyliby na nie z empatią, a nie z pogardą czy złością, jak to często bywa.

Ale skąd mają wiedzieć, jakie wyzwania spotykają naszych czworonożnych przyjaciół przez co muszą przechodzić? Psy nie umieją opowiedzieć o swoich bólach.

Nie potrafią się poskarżyć, nie powiedzą, co je spotkało. Swoje cierpienie trzymają w sercu.

Dlatego postanowiłem zapisać tę historię o miłości, zdradzie i wierności

A zaczęło się wszystko od tego, że Boruta, moja psina, nie była potrzebna już jako szczeniak.

Dlaczego nie spodobała się pierwszemu właścicielowi tego nie wiem.

Może dlatego, że w ogóle się urodziła?

Tamten człowiek nie wymyślił nic lepszego, jak wywieźć jeszcze dwumiesięczne szczenię pod wieś i

po prostu zostawić przy drodze.

Tak, zwyczajnie. Nawet do wsi nie pofatygował się jej zanieść, choć tam pewnie ktoś by ją przygarnął.

Po prostu wysadził ją przy jezdni krajowej i odjechał spokojny do miasta.

A po tej drodze pędziły rozpędzone auta, autobusy, tiry co chwilę coś śmigało.

Jeden zły krok i Boruta mogła stracić życie pod kołami.

Może właśnie na to liczył ten człowiek.

A nawet, gdyby nie zginęła od samochodu, pewnie nie przeżyłaby długo bez wody i jedzenia. Była przecież taka malutka.

Ale wtedy los się do niej uśmiechnął.

Trafiła na mnie miałem wtedy czternaście lat.

Właśnie dostałem od taty rower i, jak to dzieciak, pragnąłem wyjechać za wieś, sprawdzić nowy sprzęt, poczuć wiatr we włosach na nowo położonym asfalcie.

Tylko nie wyjeżdżaj poza wieś! wołała za mną mama, pani Halina, kiedy właśnie wsiadałem na rower. Rozumiesz, synku?

Jasne, mamo, wszystko będzie dobrze! odkrzyknąłem uradowany i ruszyłem.

Oczywiście wyjechałem poza wieś bo tamtejsze drogi dawno nie były remontowane, dziura na dziurze, nawet chodzić trudno, nie mówiąc o jeździe na rowerze.

Droga do szosy miejskiej była równa, nowa. A w weekend zawsze było tam pusto.

I właśnie, gdy zamierzałem wracać, zobaczyłem na poboczu coś czarnego i rozbiegane.

Był to szczeniak biegał z jednej strony jezdni na drugą, raz wyskakiwał naprzeciw jadącemu autu, za chwilę odskakiwał w panice

Przestraszyłem się i natychmiast odstawiłem rower, podszedłem szybkim krokiem.

*****

Mamo, tato, zobaczcie kogo znalazłem! zawołałem szeroko uśmiechnięty, wchodząc do domu. Ktoś go zostawił przy drodze, możemy go zatrzymać? Jest cudowny!

Michał, czy ty wyjeżdżałeś za wieś?! oburzyła się mama. Prosiłam cię przecież!

Mamo, tylko kawałek, do szosy i z powrotem I nie żałuję gdybym go nie zabrał, już by nie żył.

A z tobą co? westchnęła Halina. Nie pomyślałeś o sobie? Na drodze dzieciom grozi niebezpieczeństwo!

Już nigdy nie wyjadę, obiecuję. Ale co z psem? Zostanie z nami? Będę się nim opiekował, zawsze marzyłem o swoim psie i dziś mam urodziny.

Urodziny pokręciła głową. Niewiele cię naprawi lanie za nieposłuszeństwo.

Przytuliłem pieska mocno, bo bali się, że mi go zabiorą.

Halina, nie susz mu głowy jak dzieciakowi włączył się ojciec, pan Marian, podchmielony i w dobrym humorze W końcu czternaste urodziny, nie żaden smarkacz! Piesek ładny, będzie pilnował domu. Zostaw synu, nie mam nic przeciwko.

Mama popatrzyła na nas i w końcu się uśmiechnęła.

Skoro tata nie ma nic przeciwko, ja też się zgadzam.

Dziękuję! Jesteście najlepsi!

Pękałem ze szczęścia. Od razu wybrałem jej imię Boruta.

Początkowo myślałem, że to chłopak, ale przy bliższym poznaniu okazało się, że mam piękną suczkę łagodną, wierną i przyjacielską. Od razu zaskarbiliśmy sobie wzajemną sympatię.

O rowerze kompletnie zapomniałem teraz liczyły się tylko spacery z Borutą

Wydawało się, że wszystko się dobrze skończyło. Uratowany szczeniak, spełnione marzenie, rodzice zadowoleni, że tak się cieszę.

A jednak nie przewidziałem, że los szykuje coś złego

*****

Pół roku później zaczęło się od tego, że tato stracił pracę i popadł w alkoholizm.

Marnował każdą złotówkę, którą mama składała na czarną godzinę.

Na prośby i łzy Haliny nie zwracał już uwagi tylko się denerwował.

Wreszcie i mama zaczęła go drażnić. Tatę zmieniła wódka stał się obcy, brutalny i pełen złości.

W końcu zaczął podnosić rękę na mamę z byle powodu lub bez powodu.

W lodówce nie było wędliny, dach przeciekał, papierosy i wódka podrożały wszystkiemu winny był ktoś inny.

Bez sensu było mu tłumaczyć, że to jego wina.

Ja? To ja jestem winny? wrzeszczał na mamę.

To on był winien. Mógł przecież poszukać innej pracy choćby w mieście, kierowca, magazynier, cokolwiek.

Mnie za chwilę miała czekać matura i studia potrzebne były pieniądze.

Ale tato nie chciał wyjeżdżać do miasta. A po upadku PGR-u dla traktorzysty w naszej wsi nie było już roboty.

Halina! Gdzie schowałaś wódkę?! już z samego rana krzyczał.

Mama próbowała wszystkiego. Bez skutku.

Opór kończył się zawsze awanturą, często i biciem. Tato zamieniał się w potwora.

Prosiła mnie, bym się nie wtrącał. Bała się, że oberwę.

W takich chwilach uciekałem do Boruty, głaskałem ją po głowie i patrzyłem na dom, gdzie rodzice się kłócili.

Ona lizała mi policzki, pocieszała na swój sposób i też spoglądała w stronę domu.

Pewnego razu oberwałem i ja mama wyszła szybko do sklepu, a ja po prostu bawiłem się z Borutą na podwórku.

Tato mnie zawołał, złapał mocno za rękę i sprzedał mi dwa soczyste klapsy. Ręka miał jak imadło.

Wytrzymałem, ale w końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem z bólu.

I wtedy Boruta wierna, dobra suka zaszczekała na tatę tak zawzięcie, że aż się speszył.

To mi pozwoliło się uwolnić.

Ojciec chwiejnym krokiem ruszył do domu wiedziałem, że wróci z czymś ciężkim i już miałem tylko jedno w głowie

*****

Odejdź, słyszysz? z łzami w oczach prosiłem Borutę. Musisz uciekać. On wróci i cię zabije. Tak będzie lepiej.

Odpiąłem ją z łańcucha, poprowadziłem do bramki, otworzyłem ją i pchnąłem za posesję.

Ona patrzyła na mnie pytająco, nie rozumiała.

Idź Proszę cię Ucałowałem mokry nos.

Wtem drzwi domu z hukiem otworzył ojciec, zataczając się z siekierą.

Michał! zawarczał groźnym głosem. Michał, czemu spuściłeś psa?! Kto ci pozwolił?

Tato, nie rób tego! odsunąłem się ostrożnie.

Bałem się tak strasznie, że miałem ochotę uciec razem z Borutą, ale nie mogłem zostawić mamy samej z tym potworem.

Co nie robić?! ryknął. Pies nie będzie na mnie szczekał! Zaraz się z nią rozprawię, a potem z tobą. Syn nie powinien ojcu pyskować, zapamiętaj!

Zrobił krok naprzód, zatoczył się, spadłby prawie, ale złapał się słupka i szybkim krokiem zbiegł po schodach.

Przyprowadź ją tu!

Marian, nie rób tego! krzyczała mama, wracając ze sklepu. Zostaw ją, proszę Ona nic nie zrobiła!

Nie płacz, Halina! Ten kundel musi wiedzieć, kto tu rządzi! Michał, prowadź ją!

Nie było już wyjścia.

Popatrzyłem Borucie w oczy, pocałowałem w nos i z całej siły wypchnąłem ją na wolność, krzycząc:

Biegnij!!! Biegnij ile sił i przebacz nam Nie chciałem, żeby tak się skończyło.

Ojciec zawył ze złości, gdy zrozumiał, że chcę ją ratować.

Boruta, ostatni raz patrząc mi w oczy, pobiegła w stronę lasu jedynego miejsca, gdzie mogła się ukryć.

Krzyczałem za nią:

Nie wracaj, Boruta, bo on cię zabije!

Dalej już psa nie widziałem.

Miałem tylko nadzieję, że nic złego się jej nie stanie i że będzie bezpieczna.

*****

Od tamtego momentu minęły

nie miesiące, nawet nie rok całe siedem lat.

Siedem długich lat Boruta czekała na cud.

Wierzyła, że kiedyś znów mnie zobaczy, ale nadzieja gasła z każdym rokiem.

Bo mnie i mamy już dawno nie było we wsi.

Boruta wróciła pod nasz dom dopiero po pół roku. Odnalazła stary płot, bramka była trochę uchylona.

Popchnęła ją łapą skrzypnęło, weszła na podwórze.

Zastała tylko pogorzelisko. Nie było już domu, ani mojej rodziny, ani ojca, którego zresztą wcale nie chciała widzieć.

Wracała tam jeszcze kilka razy, ale nikogo nie znalazła.

Czuła, że nie stało się nam nic złego, ale wiedziała też, że nie mamy do czego wracać.

Skakała od jednej wsi do drugiej, wszędzie tylko na chwilę.

Aż spotkała starszego mężczyznę na trasie zaraz przy tej samej wsi, gdzie kiedyś mieszkała.

Zgubiłaś się, psa-przyjacielu? zaśmiał się brodaty dziadek, Pan Stanisław. Chcesz ze mną zostać?

I poszła z nim, bo nie miała wyjścia.

Stanisław, choć lubił zaglądać do kieliszka, miał dobre serce.

Karmił ją długo, pszeniczną kaszą, gotowaną marchewką, czasem kością, nie żałując grosza.

Zabierał ją do pracy był nocnym stróżem i grabarzem na cmentarzu.

Na początku bała się grobów, ale potem przywykła.

Do Stanisława też się przywiązała. Był samotny i nieszczęśliwy, jak ona.

Kiedy pił, nie zamieniał się w potwora raczej pogrążał w myślach, opowiadając jej o żonie, która go zostawiła, o córce, która nie chce go znać.

Boruta siadała przy jego nogach i słuchała.

A potem wspominała czasy, kiedy była szczęśliwa mamę, mnie a o ojcu próbowała nie myśleć.

Któregoś dnia, spacerując po cmentarzu, trafiła na znajome nazwisko Marian Lis. Najpierw nie uwierzyła, ale ten zapach przepełniony alkoholem i złością rozpoznała od razu.

Co tak stoisz? zapytał Stanisław. Marian Lis To ten, co się spalił w swoim domu. Ludzie mówią, że strasznie traktował rodzinę. No cóż o zmarłych powinno się dobrze albo wcale. Chodź, Boruta, zostawmy go.

Z Panem Stanisławem przeżyła prawie pięć lat. A kiedy umarł, znów została sama.

Wiedziała, że nikt jej już nie przygarnie.

Dlatego postanowiła zostać na cmentarzu.

Mogła znaleźć jedzenie, spać pod drzewem Wolała tu czekać na śmierć, niż znów szukać kogoś.

*****

Pewnego dnia, gdy po ziemi spadł pierwszy biały śnieg, wydarzyło się coś niespodziewanego.

Robiąc obchód po cmentarzu w poszukiwaniu jedzenia, usłyszała głosy.

Był dzień wolny, ludzie rzadko wtedy odwiedzają groby a tu dwie osoby, mężczyzna i kobieta, stali przy grobie Mariana.

To wydało jej się dziwne, więc podeszła bliżej.

Mówiłem ci, Kasieńko, że to głupi pomysł odwiedzać mojego tatę na cmentarzu powiedział mężczyzna. Po co tu jestem? Po tym wszystkim odciąłem się od niego na zawsze, nie potrafię mu wybaczyć Przez niego nasza mama przedwcześnie odeszła.

Musisz, Michaś Musisz mu wybaczyć i odpuścić z Bogiem. Ileż będziesz męczył się przez te nocne koszmary? Babcia zawsze mówiła wybacz, a serce ci się uleczy Wszyscy poczują ulgę. Ty, twoja mama, i on.

Michał spojrzał na grób, ściągnął brwi, a potem powiedział:

Wybaczam ci, tato. Za siebie, za mamę, za Borutę Żałuję tylko, że przez ciebie musiałem wygnać najlepszego przyjaciela z domu. Oby miała się dobrze.

W tym czasie Boruta stała w cieniu i nie mogła uwierzyć własnym oczom.

To był on. Najukochańszy człowiek.

Wyrósł. Zmężniał. Ale od razu go poznała.

Ciekawe, czy on też ją pozna?

Michał odwrócił się, czując na sobie spojrzenie.

Misiek, co jest? zapytała Kasia, zaniepokojona. Przestraszyłeś się psa?

Nie boję się Tylko To tak jakby To niemożliwe chwila Boruta?

Zaryzykował parę kroków w jej stronę.

Boruta zawahała się tylko chwilę, potem ruszyła do niego, machając ogonem. I nagle, po tylu latach, rzucili się sobie w ramiona.

Przyklęknąłem, przytuliłem jej kudłatą głowę, a ona oblizywała mi twarz, nos, brodę radośnie, szczęśliwie.

Boruta doczekała się. Z odwagą wierzyła, że jeszcze mnie zobaczy i spotkała mnie tu, na cmentarzu, po siedmiu latach rozłąki.

*****

Wiadomo, że zabrałem Borutę do siebie.

Z moją żoną Kasią od razu się polubiły, a potem przygarnęliśmy jeszcze bezdomnego kotka.

W końcu w naszym małym mieszkanku pojawił się i synek, Nikodem.

Z czasem odbudowałem nasz stary dom na wsi, gdzie co roku jeździliśmy na wakacje całą rodziną razem z Borutą i kotem.

I choć nie było nam w życiu łatwo, nawet przez najgorsze chwile, teraz byłem naprawdę szczęśliwy.

Bo zrozumiałem, że miłość, lojalność i nadzieja czasem mogą zwyciężyć wszystko nawet jeśli stracimy dom, rodzinę i poczucie bezpieczeństwa, to warto wybaczyć i dać sobie drugą szansę.

O tym właśnie przypomniała mi Boruta moja suczka, której życie nauczyło mnie czegoś bardzo ważnego: nigdy nie można tracić wiary w ludzi.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście + 15 =

Odejdź i nie wracaj — Słyszysz, odejdź! – szeptał ze łzami w oczach Michał. – Idź już, nie wracaj ni…