Nowo Narodzone Szczęście Mężczyzno, proszę, przestań chodzić za mną krok w krok! Przecież mówiłam, …

PRZYWRÓCONE SZCZĘŚCIE

Panie, ledwie człowiek pójdzie na spacer, a pan depcze mi po piętach! Mówiłam już, że jestem po świeżej stracie męża. Proszę mnie nie śledzić! Zaczynam się bać! zaczęłam już podnosić głos.

Wszystko pamiętam… Ale wie pani, mam wrażenie, że ten żałobny strój to raczej po samej sobie nosisz. Wybacz, musiałem to powiedzieć upierał się mój adorator.

Odpoczywałam właśnie w sanatorium gdzieś pod Szczawnicą. Marzyłam o świętym spokoju oraz śpiewie ptaków, a nie o natrętnych podrywach. Nie tak dawno temu nagle zmarł mój mąż, Sławek. Musiałam zebrać się w sobie i pogodzić z tą ogromną stratą. Remont w mieszkaniu ledwo ruszył, wszystkie nasze oszczędności wylądowały w słoiku na podłodze, a teraz zostałam bez drugiej połówki i z rozwalonym mieszkaniem, za to z dwoma nastoletnimi synami. Sytuacja pod psem.

W robocie dostałam skierowanie do sanatorium. Oponowałam. Chociażby dlatego, że nawet ze śmietnikiem gadać mi się nie chciało. Ale koleżanki były nieubłagane:

Malwinka, nie jesteś ani pierwszą, ani ostatnią wdową w tym kraju. Pomęcz się z własnymi myślami, ale lepiej to robić na świeżym powietrzu. Jedź, dzieci cię potrzebują, żyj dalej!

Pojechałam więc, fukając i kręcąc nosem.

Minęło czterdzieści dni od śmierci Sławka, a ból jakby dopiero nabrał kolorów. Zakwaterowano mnie w pokoju z Kamilą wieczną optymistką, całą dygoczącą od energii. Już po chwili miałam ochotę uderzyć ją poduszką. Starałam się nie mówić jej o swoim żalu po co psuć komuś humor? Poza tym, do Kamili już ustawiał się kolejka miejscowych animatorów. Wiadomo, w sanatoriach wszyscy są na chwilę: rozwiedzeni, samotni, wdowcy śledziłam ten kabaret z dystansu. Ostrzegałam Kamilę przed tym jej rycerzem. Pewnie dwa rozwody z hakiem na koncie, mówiłam. Ona się śmiała:

Oj, Malwina, ja już swoje widziałam… i wieczorami fruwała na randki. Ja za to siedziałam w pokoju, czytałam tę samą stronę książki na okrągło i w gapia w telewizor jak sroka w gnat.

Jednego ranka obudziłam się w cudownym humorze. Słońce, ptaszki, sielskość! Stwierdziłam: idę do lasu może trochę się przewietrzę. No i spotkałam Nieznajomego.

Już wcześniej rzucił mi się w sanatoryjnej stołówce. Niski, patrzył prosto jakby miał w oczach rentgen. Swoją drogą, był wyjątkowo schludny, aż podejrzanie. Na każdej kolacji kłaniał mi się teatralnie, ja od niechcenia kiwałam głową. Ot, grzeczność.

Któregoś wieczora dosiadł się bez pytania do mojego stolika.

Nudzi się pani? zagadnął takim głosem, że od razu rozumiałam, że to już nie są żarty.

Nie, dziękuję odparłam chłodno.

Nie czarujmy się, widać po oczach, że jest pani smutna. Może mogę jakoś pomóc?

Trafił pan w dziesiątkę. Żałoba po mężu. Są jeszcze jakieś pytania? wycieram ręce w serwetkę jakby to była szmata od ścierania wyrzutów sumienia i zrywam się od stołu dla jasności, że to koniec tej rozmowy.

Przepraszam, nie wiedziałem. Współczuję… Chociaż poznajmy się. Jestem Bogdan.

Widać, że bali się stracić szansę. Rzuciłam przez zęby:

Malwina.

No i zaczęło się. Od każdego obiadu podtykał mi pod nos bukiet dzwonków (tam rosną jak grzyby po deszczu). Co by nie mówić, miłe to było, ale nie zamierzałam niczego kontynuować.

Za to Bogdan nie dawał za wygraną. Dołączał do wieczornych spacerów. Zauważyłam, że przebieram buty na płaskim obcasie, żeby przypadkiem nie przerosnąć go wzrostem. Jemu to jednak całkiem zwisało. Nawet łysina błyszczała mu jak medal. Dotarło do mnie, że zdobywa kobiety głosem. Kurczę, rzeczywiście był to głos, jakiego nie słyszałam nawet od radiowych lektorów. I tak jakoś wpadłam w sidła.

Poszło lawinowo: wspólne wieczorki taneczne, wyjazdy po śliwki do miasteczka. Oczywiście po każdym wieczorze próbował mnie sprowadzić do siebie na herbatę. Ja udawałam twardzielkę.

Aż wreszcie wspomniał nagle:

Malwinka, jutro już wyjeżdżasz, może zajrzysz wieczorem do mnie… tylko na herbatę?

Pomyślę rzuciłam.

Ostatniego wieczoru zapragnęłam nie robić mu przykrości i zajrzałam. Było pięknie: stół nakryty, wszystkiego pod dostatkiem. Stawiam zakład, że wszystko wyniósł ze stołówki. Pojawił się nawet szampan.

Malwina, zaczynamy? Nie mam pojęcia, jak się z tobą rozstać. Zostaw mi adres, przyjadę.

Jasne, Bogdan. Znam takich… Zapomnisz po jednym dniu. Ale dobra, za co pijemy?

Jak to za co? Za miłość, Malwinko, za miłość!

Rano obudziliśmy się przytuleni. Boże, po co się tak długo opierałam? Zupełnie jak nabzdyczona drożdżówka! Przecież byłam znów zakochana jak nastolatka… a tu walizki i wyjazd.

Pożegnałam się z Kamilą. Ona płakała na łóżku jak bóbr.

Co ci się stało, Kamila?

Jestem w ciąży… i nie wiem, z kim łkała.

Ten twój podrywacz przegiął?

Nie wiem, poznałam jeszcze jednego, sąsiad z drugiego sanatorium… Żonaty zresztą.

No, Kamila… Dzwoń do rodziców, niech przyjadą i pomogą ci to ogarnąć. I niech już cię nikt samej nie puszcza. Chodź, przynajmniej pogadamy z kierownikiem.

Wyszłam na dwór i chciałam przywiązać się do brzozy, byleby nie wracać. Przez te dwadzieścia cztery dni wszystko tu się stało bliskie. Zwłaszcza Bogdan…

Podjechał autobus. Bogdan przyszedł z bukietem dzwonków. Pożegnałam się, uściskałam go. I tyle. Szybki romans skończony. Serce mi się ścisnęło, myślałam Bogdan, tylko zawołaj, a zostawię wszystko!

Wracając do rzeczywistości: ja w Krakowie, on we Wrocławiu. Kontaktu zero, może tylko listem. Ale list dostałam… od żony Bogdana. Że wszystko wie i nic z tego nie będzie, bo ona ma trzydzieści lat, a ja czterdzieści. Odpowiedzi nie napisałam. Po co?

Pół roku później dzwonek do drzwi a tam Bogdan z torbą. Synowie patrzyli jak na UFO, ale nic nie powiedzieli.

Bogdan? Przejeżdżałeś czy jak?

Czy jak… Nie wyrzucisz mnie, Malwina? kręcił się w progu.

Chłopaki szybko się zmyli do pokoju.

To wejdź, jakie wiatry cię sprowadziły? List od żony przyniosłeś? ironizuję.

Przepraszam, Malwina. Pisałem ci, ona odkryła Wina moja, przyznaję się. Rozwiodłem się.

Bogdan, gdybym wiedziała, że masz żonę… Nic by z tego nie było. A teraz co? próbowałam zrozumieć, o co mu teraz chodzi.

Może się pobierzemy, Malwina? wypalił ni stąd, ni zowąd.

Nie wiem, mam dzieci. Ty sam widzisz, że to nie takie proste. Nie podejmuję decyzji na chybił trafił dwoiłam się, żeby nie pokazać, jak bardzo mi się to podobało.

Dzieci są super! Ja mam córkę, dziesięć lat zaskoczył mnie.

Masz córkę? I ją zostawiłeś?

Nie przesadzaj, Malwina. Zamieszkamy wszyscy razem. Mama jej popija, więc zabiorę Alę do siebie. Stworzymy rodzinę.

No dobrze, ale przecież nawet nie znam twojej córki… Na spokojnie, pogadam z synami i zobaczymy. Chodź, nakarmię cię, narzeczony z przyczepką zaśmiałam się.

Rodzinnej sielanki nie było. Skandale, wspólne wychodzenie z domu, kaprysy, obrażanie się. Każdy z nas miał inny charakterek i żaden nie zamierzał odpuścić.

Czas gnał do przodu. Mój starszy syn Andrzej i Ala, córka Bogdana, pobrali się i nagle zaczęli mieć do mnie i Bogdana żale. Po co rozwalać rodziny? Po co było brać ślub drugi raz? Andrzej i Ala wynajęli mieszkanie i wyprowadzili się do siebie, zadzierając nosa.

Zostaliśmy z Bogdanem, wzruszaliśmy ramionami i naprawdę się kochaliśmy.

Minął rok. Dzieci nie wracały. Ala dzwoniła do ojca tylko w jego urodziny.

Po trzech latach przyszło zaproszenie Ala i Andrzej zostali rodzicami! Urodził się chłopiec. I wtedy przy stole przeprosili nas za wszystkie żale. Zrozumieli, że życie potrafi płatać figle, ale trzeba sobie wybaczać i szanować rodziców, bo dali nam życie. Synek otrzymał imię Mirosław. Niech w rodzinie zawsze będzie spokój! powiedzieli.

Ot, takie mamy z Bogdanem przywrócone szczęściePatrzyłam na małego Mirosława, jak rozprostowuje piąstki i kwili w ramionach mamy, a potem na mojego syna i Alę, którzy tym razem bez wstydu trzymali się za ręce. Przy stole Bogdan sięgnął do mojej dłoni i ścisnął ją mocno. Ciepło rozlało mi się po sercu, tak jak wtedy, gdy pierwszy raz patrzył na mnie w sanatoryjnej stołówce.

Roześmialiśmy się wszyscy na wspomnienie dawnych spięć. Ktoś przyniósł tort, ktoś kieliszki, a Mirosław ziewnął tak, jakby świat należał już tylko do niego. Wtedy Andrzej niespodziewanie powiedział:

Wiecie, gdyby nie wasza odwaga, nigdy nie odważyłbym się kochać naprawdę. Dzięki wam jesteśmy rodziną, choć każdy z nas poszedł krętą drogą.

Spięłam się na sekundę, a potem Bogdan pocałował mnie w czoło, szepcząc: Widzisz? Szczęście zawsze wraca, nawet jeśli trzeba je przywracać po kawałku.

Za oknem śpiewały ptaki, jakby dla nas zaczynała się nowa wiosna. Wtedy po raz pierwszy od lat poczułam, że żaden smutek nie trwa wiecznie, a miłość nawet z łysiną i po przejściach potrafi rozkwitać raz jeszcze, mocniej, mądrzej i już na zawsze.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście + 11 =

Nowo Narodzone Szczęście Mężczyzno, proszę, przestań chodzić za mną krok w krok! Przecież mówiłam, …