Kaszka manna z rodzynkami

# Kaszka manna z rodzynkami

Ciocia Ewelina zapowiedziała, że zabierze mnie na "rozmowę kwalifikacyjną do przedszkola", bo skończyłam cztery lata i najwyższy czas, żebym zaczęła "funkcjonować w grupie". Wolałabym funkcjonować w fotelu z pilotem od telewizora, ale nikt mnie nie pytał o zdanie.

Mieszkamy w Bydgoszczy, na Wyżynach, w bloku z wielkiej płyty, gdzie na klatce zawsze pachnie smażoną cebulą od sąsiadki z parteru. Przedszkole było dwie przecznice dalej, obok warzywniaka, w którym sprzedawali najlepsze jabłka Ligol za dwa złote pięćdziesiąt za kilogram. Szłyśmy tam piechotą, ciocia trzymała mnie za rękę tak mocno, jakby się bała, że ucieknę do tego warzywniaka.

Ciocia musiała mnie gdzieś zapisać, bo od września wracała do pracy w biurze rachunkowym po urlopie wychowawczym, a babcia coraz częściej skarżyła się na kolana i mówiła, że bieganie za czterolatką to już nie jej wiek. To było jedyne przedszkole w pobliżu z wolnym miejscem — reszta miała listy rezerwowe na cały rok do przodu.

Na bramie wisiała tabliczka przykręcona czterema śrubami: "Uwaga! Wprowadzać do budynku nie więcej niż jedną grupę dzieci naraz, aby uniknąć nadmiernego ubierania!". Obok, na placu zabaw, kolejna: "Aktywne granie sportowe wpływa korzystnie na dzieciowy rozwój!". A na drzwiach jadalni trzecia: "Drodzy wychowankowie! Zabrania się gadania podczas jedzenia!".

Ciocia Ewelina tak się tymi napisami zachwyciła, że wyjęła telefon i zrobiła zdjęcia wszystkim trzem po kolei.

— Wrzucę to na grupę w pracy — powiedziała. — Niech koledzy z księgowości mniej gadają, a więcej pracują.

W środku znalazłyśmy gabinet dyrektorki. Na drzwiach mosiężna tabliczka głosiła: "B.K. Dziubek, dyrektorka placówki wychowawczej dziecięcej". Ciocia pokręciła głową, zrobiła zdjęcie i dołączyła je do kolekcji.

— Ciekawa z niej dziubeczka — mruknęła.

Nie rozumiałam, co jej przeszkadza. Tabliczki były ładne, każda przykręcona porządnie, równiutko. Sama dyrektorka Dziubek okazała się kobietą tak dużą, że gabinet przy niej wyglądał na lalczyny domek. Ledwo mieściła się za biurkiem, przypominała komodę obitą kretonem w kwiatki. Miała narysowane brwi, narysowane usta i narysowane oczy — tak przynajmniej to wyglądało z bliska, jak makijaż permanentny albo coś w tym stylu.

— Dzień dobry, pani Barbaro Krystyno! — odezwała się ciocia. — Przyjmie pani moją dziewczynkę do placówki? Bardzo nam zależy, wolne miejsce mamy chyba tylko tutaj.

Dyrektorka rozmawiała przez telefon komórkowy, ale zerknęła na nas kątem oka i powiedziała do słuchawki:

— Przepraszam, oddzwonię. Przyprowadzili mi dzieckową do zapisania.

Rozejrzałam się, ale żadnych innych dzieci nie zauważyłam. Byłyśmy tylko ja i ciocia. Dyrektorka Dziubek zsunęła okulary na czubek nosa i oznajmiła:

— Zobaczymy, co my tu mamy. Ile dziewczynka ma latków?

— Cztery — odpowiedziała ciocia, uprzedzając mnie.

— A ile kilogramków waży?

Ciocia podała moją wagę, ale już trochę ciszej. Dyrektorka wydęła wargę z namysłem i zapytała, ile centymetrków mam wzrostu, po czym sięgnęła po formularz i odhaczyła jakąś rubrykę. Wyczułam, że ciocia zaczyna się denerwować — bo od tego odhaczania zależało, czy dostanę miejsce, a innego przedszkola w pobliżu nie było.

— Rodzina pełna? — spytała dalej. — Tatuś w komplecie? Bo dziś różnie bywa, niektórzy żyją bez tatusiów.

— Pełna! — rzuciła ciocia z przekąsem. — Wszyscy w komplecie: i tatuś, i mamusia.

— I nawet kotek jest! — wtrąciłam się, żeby zrobić dobre wrażenie na dyrektorce.

— To bardzo pozytywnie! — pochwaliła, drapiąc się w narysowaną brew. — Mieszkają państwo w mieszkaniu z udogodnieniami? Czy może w domku jednorodzinnym?

— W bloku, na Wyżynach — odpowiedziała ciocia. — Czy to ma jakieś znaczenie przy zapisie?

— Ma znaczenie wszystko — odparła dyrektorka tajemniczo i coś zaznaczyła w formularzu. Ciocia wyciągnęła szyję, żeby zobaczyć co, ale Dziubek zasłoniła kartkę łokciem.

— Trzeba by teraz sprawdzić poziom wiedzówki u dziewczynki — oznajmiła. — Bez tego nie mogę dopuścić do dalszej procedurki. Dziewczynko, powiedz mi, jaki dzisiaj jest dzień tygodnia.

Zamyśliłam się poważnie, bo naprawdę nie byłam pewna.

— Dzień, w którym jest kaszka manna — powiedziałam w końcu, bo babcia gotowała ją zawsze w środy.

Dyrektorka spojrzała na mnie z góry i zapisała coś w formularzu, kręcąc głową, jakby to była zła odpowiedź. Ciocia zrobiła się czerwona jak te jabłka Ligol z warzywniaka.

— To dziecko liczy do dziesięciu po polsku i po angielsku — powiedziała szybko. — Zna wszystkie kolory. Recytuje wierszyki.

— Recytowanko to nie wszystko — zauważyła Dziubek, nie podnosząc wzroku znad papierów. — Ważniejsza jest gotowość społecznikowa. A z tym u tej dziewczynki może być problemek, skoro dnie tygodnia myli z kaszkami.

— Niektórym w tym gabinecie by się przydała sprawdzianka z poziomu wiedzówki — nie wytrzymała ciocia. — Zaczynam wątpić, czy tu w ogóle prawidłowo wychowuje się dziecków.

— Bez ironiowania mi tutaj! — obraziła się pani Dziubek, odkładając długopis z trzaskiem. — I tak brakuje nam kadrówek. Kogo pani chciała zobaczyć za taką pensyjkę? Wybitnych geniuszków? A miejsc i tak mam tylko dwa na całą grupę, więc niech się pani zastanowi, czy warto mi tu pyskować.

Trzeba przyznać, że "geniuszków" wymówiła całkiem sprawnie.

— Ma pani przy sobie dokumentki? — Dziubek wyciągnęła pulchną dłoń, nie odkładając formularza z moimi odhaczonymi rubrykami. — Do przyjęcia trzeba będzie przejść badanko lekarskie. A ty jak, dziewczynko? Chcesz chodzić do przedszkolika i wzrastać w naszym kolektywku?

— KOLEKTYWIE! — wybuchła ciocia, tak głośno, że podskoczyłam na krześle. — Nie wiem, czy pani to przeżyje, pani Dziubek, ale mówi się nie "badanko", tylko "badanie". Nie "dokumentki", tylko "dokumenty"! Jeszcze chwila i pomyślę, że mózg też ma pani domalowany kredką do brwi!

Dyrektorka dotknęła swojej wysokiej, lśniącej fryzury, jakby sprawdzała, czy mózg rzeczywiście jest na miejscu. Odciągnęła farbowany kosmyk, przyjrzała mu się krytycznie i ułożyła z powrotem. Potem, bez słowa, wzięła czerwony długopis i przekreśliła coś na formularzu — dokładnie tam, gdzie wcześniej odhaczała rubryki.

— Niech mi tu pani nie robi pretensyjek! — nadęła usta. — Gdybym miała słabe móżdżki, nie rosłyby mi takie piękne włosionki! A miejsce, które miałam dla tej dziewczynki, właśnie oddaję komuś z listy rezerwowej. Bo u nas rodzice szanują kadrę, a nie ironiowają.

Ciocia otworzyła usta, żeby coś odpowiedzieć, ale zamiast tego wzięła mnie mocno za rękę.

— A niech to! — powiedziała już od drzwi. — Istne przedszkole, panie na miarę tego przedszkola!

— A bo my i jesteśmy przedszkolem! — zauważyła rezolutnie Dziubek, chowając przekreślony formularz do szuflady. — Tabliczkę na bramie pani widziała?

Wyszłyśmy na dwór. Ciocia szła szybko, prawie ciągnęła mnie za sobą, i dopiero przy warzywniaku zwolniła, jakby przypomniała sobie, że mam krótsze nogi. Kupiła nam po jabłku Ligol, ale swojego nie zjadła — trzymała je w ręce przez całą drogę do domu, obracając w palcach.

— Noga moja tam więcej nie postanie! — oświadczyła babci tego samego wieczoru przy kuchennym stole, na którym parowała kaszka manna z rodzynkami. — Miejsce mi odebrała, bo nie chciałam słuchać w milczeniu tych jej "dzieckowych" i "wiedzówek". Chciałam, żeby dziecko dorastało w cywilizowanym, piśmiennym środowisku, a ta Dziubek to jakiś kataklizm filologiczny. Tam wychowują dzieckową, uprawiają sportowanko i składają mamom życzonka na Dzień Kobiet. A teraz co? Do września dwa tygodnie, a dziecko bez przedszkola i ja bez pracy.

Babcia nic nie odpowiedziała od razu. Odstawiła garnek na bok kuchenki, usiadła przy stole i nałożyła mi kaszki do miseczki — dokładnie tyle, żeby rodzynek starczyło do samego dna.

— A po co ci było tam chodzić — powiedziała w końcu, mieszając łyżeczką w swoim kubku z kompotem. — Zachciało ci się poprzewracać oczami na tę babę? Ja se do pracy nie wracam, kolana już takie, jakie są, ale dzieciak może siedzieć se ze mną. Rano cię odwiozę do biura, jak trzeba, a po robocie odbierzesz. Nikt nikomu nie będzie w duszę leźć, a kaszkę to ja i tak lepiej gotuję niż ta jej stołówka.

Ciocia spojrzała na babcię, potem na swoje jabłko, które w końcu odłożyła na stół, nietknięte.

— Dobra — powiedziała cicho. — Niech będzie kaszka.

Wzięłam łyżeczkę i wyłowiłam z dna miseczki ostatnią rodzynkę.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 5 =

Kaszka manna z rodzynkami