Bożena wyciągnęła z torby brązową kopertę i położyła ją na blacie kuchennym, między talerzem po śniadaniu a solniczką w kształcie kurczaka.
— Podpisz to do piątku — powiedziała. — Notariusz czeka.
Marek nie musiał otwierać koperty, żeby wiedzieć, co w niej jest. Od trzech miesięcy słyszał to zdanie w różnych wariantach, przy różnych okazjach — przy niedzielnym obiedzie, przy odbieraniu wnuczki z przedszkola, teraz przy zwykłym wtorkowym śniadaniu, kiedy jeszcze nie zdążył dopić kawy.
Chodziło o warsztat samochodowy przy ulicy Kolejowej w Tarnowie. Dwadzieścia lat temu Marek zaczynał tam jako mechanik na etacie, potem wykupił udziały od poprzedniego właściciela, w końcu — dzięki pożyczce od teściów — stał się jedynym właścicielem. Ta pożyczka, dwadzieścia osiem tysięcy złotych, była teraz argumentem, którym Bożena posługiwała się jak kluczem francuskim.
— Mama zainwestowała w ten warsztat pieniądze, które miały być na jej starość — powiedziała żona Marka, Ania, siedząc naprzeciwko z filiżanką w rękach. — Ona się boi, że jak coś się między nami popsuje, zostanie z niczym.
— Nic się między nami nie psuje.
— No to tym bardziej możesz przepisać połowę na mamę. Skoro nic się nie psuje, to co ci szkodzi.
To zdanie Marek zapamiętał najdokładniej, bo było zbudowane tak, żeby nie dało się na nie odpowiedzieć. Każda odmowa brzmiała jak przyznanie się do złych zamiarów.
Rzecz w tym, że Marek spłacał tamtą pożyczkę już od jedenastu lat. Nie od razu — pierwsze trzy lata warsztat ledwo wychodził na zero, teściowie nie naciskali, mówili, że rodzina to rodzina. Ale odkąd interes zaczął przynosić realny dochód, odkąd Marek zatrudnił drugiego mechanika i otworzył dodatkowo stanowisko do wulkanizacji, ktoś zaczął liczyć, ile ten warsztat może być wart.
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, Marek usiadł na schodach za domem z telefonem w ręku. Zadzwonił do kolegi, Tomka, który prowadził kancelarię prawną kawałek dalej, przy Krakowskiej.
— Ile realnie ryzykujesz? — zapytał Tomek.
— Warsztat wart jest teraz z ziemią i sprzętem z pół miliona. Teściowa chce połowę udziałów za dwadzieścia osiem tysięcy pożyczki sprzed dwudziestu lat.
— To nie inwestycja. To próba przejęcia.
Marek długo milczał, patrząc na sąsiedzkiego psa, który obwąchiwał trawnik pod płotem i w końcu położył się przy furtce, jakby też czekał na jakąś decyzję.
— Problem w tym — powiedział w końcu — że jak odmówię, to Ania powie, że nie szanuję jej matki. A jak się zgodzę, to za pół roku będę pracował w warsztacie, który do mnie nie należy.
— Ile ta pożyczka wynosiła realnie, co do złotówki?
— Dwadzieścia osiem tysięcy. Mam potwierdzenie przelewu.
— To spłać ją. Całą, jednorazowo, z odsetkami umownymi jeśli jakieś ustalaliście. I wtedy nie ma żadnego długu, żadnego argumentu, żadnej koperty do podpisania.
Przez kolejny tydzień Marek nie odzywał się w temacie koperty. Ania myślała, że się przyzwyczaja do myśli, że zwleka, że w końcu ustąpi, tak jak ustępował poprzednio — kiedy teściowa przeniosła się do nich na trzy miesiące „tymczasowo" i została na rok, kiedy to jej gust decydował, jakie meble stoją w salonie.
W sobotę Marek pojechał do banku. Wypłacił dwadzieścia osiem tysięcy złotych z konta firmowego, dołożył do tego jeszcze cztery tysiące dwieście — odsetki, które sam sobie policzył, uczciwie, według średniego oprocentowania depozytów z tamtych lat. Poprosił o potwierdzenie przelewu na koncie Bożeny, wydrukował je w dwóch egzemplarzach.
W niedzielę, przy tym samym stole, na którym leżała brązowa koperta, Marek położył swoją własną kopertę. Białą.
— Co to jest? — zapytała Bożena, nie sięgając od razu.
— Spłata pożyczki z dwutysięcznego drugiego roku. Dwadzieścia osiem tysięcy plus odsetki. Od dziś warsztat nie jest niczym pani winien.
Bożena otworzyła kopertę, przeczytała potwierdzenie przelewu, potem jeszcze raz, jakby liczby miały zmienić się przy drugim czytaniu.
— Ja nie chciałam pieniędzy z powrotem. Ja chciałam być zabezpieczona.
— To była pożyczka, nie udział. Zabezpieczeniem jest to, że ją spłaciłem co do grosza.
— Ania — Bożena odwróciła się do córki — powiedz mu.
Ania patrzyła to na matkę, to na męża, trzymając w ręce filiżankę, z której już dawno wystygła kawa.
— Mamo — powiedziała w końcu — on ma rację. To była pożyczka.
Coś w twarzy Bożeny się zmieniło, jakby ktoś nagle zabrał jej ze stołu kartę, na której grała od miesięcy.
— No to gratuluję. Warsztat teraz cały twój.
— Był mój od dwudziestu lat, teściowo. Po prostu teraz nikt nie może powiedzieć, że jestem coś winien.
Wyszła tego samego dnia po południu, zabierając ze sobą walizkę, którą trzymała w gościnnym pokoju od kilku tygodni „na wszelki wypadek". Przez telefon jeszcze przez chwilę dzwoniła do Ani, powtarzając, że rodzina powinna sobie ufać bez papierów.
Marek schował drugi egzemplarz potwierdzenia przelewu do teczki w warsztacie, razem z aktem własności i umową najmu stanowiska wulkanizacyjnego. Wieczorem, kiedy zamykał bramę, sąsiedzki pies znowu leżał przy furtce — tym razem sam, bez nikogo, kto by na niego czekał.






