Trzydzieści sześć tysięcy złotych — tyle kosztował remont hali, który Bożena sfinansowała ze sprzedaży mieszkania po matce. Nikt jej o to nie prosił. Zrobiła to sama, bo warsztat na Grochowskiej stał od trzech lat z dziurawym dachem, a jej mąż Ryszard powtarzał, że jakoś to będzie.
Nie było.
Teraz, w środę po południu, stała na podwórku warsztatu z segregatorem pod pachą i patrzyła, jak jej pasierb Kamil wiesza nową tabliczkę nad bramą. "Auto-Serwis K. Wach" — bez ojca w nazwie, bez niej, bez wzmianki o dwudziestu dwóch latach, które Ryszard tu przepracował, zanim serce go zawiodło w zeszłym roku w listopadzie.
Bożena miała pięćdziesiąt jeden lat. Drugie małżeństwo, żadnych wspólnych dzieci z Ryszardem — tylko Kamila, syna z jego pierwszego związku, którego traktowała jak swojego, odkąd miał czternaście lat. Gotowała mu żurek na urodziny. Jeździła na wywiadówki, kiedy jego matka wyjechała do Niemiec i już nie wróciła. A teraz ten sam Kamil, w brudnym kombinezonie roboczym, z kluczem nasadowym w ręku, mówił jej, że warsztat "zawsze miał przejść na niego", bo to on w nim pracował od dziesięciu lat, a ona "tylko wypisywała czeki".
— To nie były czeki, Kamil. To był mój przelew. Trzydzieści sześć tysięcy z mieszkania po mamie.
— Ojciec by tak nie chciał, żeby ci się to zwracało. To była pomoc rodzinna.
— Pomoc rodzinna nie zmienia się w twoją własność, kiedy ojciec umiera.
Zza rogu wyszła Ewa, żona Kamila, z termosem kawy i tym swoim spojrzeniem, które Bożena znała aż za dobrze — spojrzeniem osoby liczącej w głowie, ile jeszcze trzeba wytrzymać, żeby dostać to, co się chce. Postawiła termos na beczce po oleju.
— Bożena, rozumiemy, że to trudny czas. Ale papiery są jasne. Ryszard zapisał warsztat na Kamila jeszcze w dwa tysiące dziewiętnastym. Zanim w ogóle był remont.
To była prawda. I to właśnie bolało najbardziej.
Ryszard rzeczywiście przepisał połowę udziałów na syna cztery lata wcześniej — z myślą, że kiedyś przejmie firmę, że to naturalna kolej rzeczy. Wtedy warsztat generował dwa tysiące złotych zysku miesięcznie, jeśli w ogóle. Bożena o tym wiedziała i się nie sprzeciwiała. Problem polegał na czymś innym: gdy dach zaczął przeciekać na skrzynię biegów klienckiego auta, gdy trzeba było wymienić instalację elektryczną, żeby warsztat w ogóle przeszedł przegląd BHP — to nie Kamil wyjął pieniądze. To zrobiła ona.
I zrobiła to mądrze. Zamiast wpłacić gotówkę na konto firmy, poprosiła prawniczkę, koleżankę z liceum, o sporządzenie umowy pożyczki z zabezpieczeniem hipotecznym na nieruchomości warsztatu. Papier leżał teraz w segregatorze pod jej pachą razem z aktem notarialnym i wyciągiem z księgi wieczystej.
— Mam umowę pożyczki, Kamil. Podpisaną przez twojego ojca jako współwłaściciela. Trzydzieści sześć tysięcy złotych, zabezpieczone na nieruchomości, spłata w ciągu pięciu lat albo przewłaszczenie części udziałów na mnie.
Kamil odłożył klucz na maskę stojącego w warsztacie forda. Za oknem przejechał tramwaj numer siedem, ten sam, którym Bożena dojeżdżała tu codziennie przez ostatnie osiem miesięcy, odkąd Ryszard zachorował. Pachniało smarem i mokrym kartonem — pudła po nowych filtrach oleju, które sama zamówiła w zeszłym tygodniu, żeby warsztat miał czym pracować.
— To jakiś blef. Ojciec by mi powiedział.
— Twój ojciec podpisał to przy świadku notarialnym w kwietniu zeszłego roku. Miał tydzień, żeby się zastanowić. Nie powiedział ci, bo bał się, że zrobisz dokładnie to, co robisz teraz.
Ewa złapała Kamila za rękaw, jakby chciała go pociągnąć w stronę auta, z dala od tej rozmowy. Ale on się nie ruszył. Stał i patrzył na tabliczkę, którą sam przed chwilą powiesił, jakby nagle zobaczył w niej coś innego niż dumę.
— Więc czego chcesz? Odszkodowania?
— Chcę tego, co mi się należy z umowy. Albo spłacasz trzydzieści sześć tysięcy w ratach do prawniczki, z odsetkami ustawowymi, albo przepisujesz na mnie osiemnaście procent udziałów, żeby to pokryć rynkową wartością. Do wyboru, ale do piątku. Bo w piątek składam wniosek o wpis hipoteki w sądzie rejonowym, jeśli nic nie podpiszemy.
Sąsiad z warsztatu obok, pan Grzesiek od wulkanizacji, wystawił głowę zza swojej bramy, zobaczył, że coś się dzieje, i szybko się cofnął — udawał, że sprawdza ciśnienie w oponie, która stała tam od tygodnia bez klienta.
Kamil milczał długo. Ewa w końcu odezwała się pierwsza, cichszym głosem, bez tej pewności z początku rozmowy:
— A jeśli nie mamy takich pieniędzy teraz?
— To dokładnie dlatego umowa przewiduje przewłaszczenie udziałów. Nikt nie musi wykładać gotówki. Ale warsztat przestaje być tylko wasz. Będę współwłaścicielką z prawem głosu, wpisaną w KRS, z dostępem do księgowości. Skoro nazwałeś to firmą rodzinną — będę w niej rodziną na papierze, nie tylko przy garnku z żurkiem.
Kamil spojrzał na ojca — a raczej na miejsce przy ladzie, gdzie przez dwadzieścia dwa lata stało krzesło Ryszarda, teraz puste, z kurtką roboczą wciąż wiszącą na oparciu, bo nikt nie miał odwagi jej zdjąć.
— Nie chcę cię tu jako wspólniczki, Bożena. Nie o to chodziło.
— Wiem. Chodziło o to, żebym zniknęła po pogrzebie, tak jak zniknęła twoja matka, kiedy przestałam być wam potrzebna. Tyle że ja nie wyjechałam do Niemiec. Ja zapłaciłam za dach nad twoją głową i mam na to papier.
W piątek rano, dokładnie o dziewiątej trzydzieści, Bożena siedziała w poczekalni kancelarii notarialnej przy ulicy Puławskiej, z termosem herbaty z cytryną, który sama sobie przyniosła, bo w automacie kawowym od tygodnia było zepsute. Kamil przyszedł sam, bez Ewy, w czystej koszuli zamiast kombinezonu. Podpisał przewłaszczenie osiemnastu procent udziałów w ciszy, bez jednego słowa więcej niż wymagał protokół.
Wychodząc, zatrzymał się przy drzwiach.
— Będziesz tam przychodzić? Do warsztatu?
— Raz w miesiącu, na sprawozdanie finansowe. Nie po to, żeby ci przeszkadzać. Po to, żeby wiedzieć, że dach, za który zapłaciłam, wciąż trzyma wodę.
Notariuszka podała jej kopię aktu w białej kopercie. Bożena schowała ją do tej samej teczki, w której od miesięcy nosiła zdjęcie Ryszarda z dnia otwarcia warsztatu — on w kombinezonie, uśmiechnięty, jeszcze zanim serce zaczęło zawodzić. Złożyła kopertę, zamknęła teczkę na zamek i wyszła na Puławską, gdzie akurat zaczynał padać sierpniowy deszcz, ten sam, który miesiąc wcześniej znowu przeciekał przez naprawiony przez nią dach — ale tym razem, pomyślała, przynajmniej wiedziała dokładnie, ile to jej kosztowało i na jakich warunkach.






