Grom z Poznańskiej 14

Pracuję w klinice „Cztery Łapy” na Żeromskiego w Radomiu od jedenastu lat. Sprzątam po pacjentach, po lekarzach, po wszystkim. Więc widzę, co się dzieje. I słyszę. Tamtego listopadowego dnia zostałam po dyżurze, bo akurat wylądowała mi na podłodze rzygocząca kotka, potem jeszcze trzeba było zmyć ślady po siku w klatce. Koło piątej po południu weszłam do rejestracji i akurat wtedy on stanął w drzwiach.

Wysoki facet w drogiej kurtce, z taką fryzurą, co to widać, że u fryzjera bywa częściej niż u matki. Na smyczy ciągnął dużego czarnego psa. Właściwie nie ciągnął — pies szedł pół kroku za nim i co chwilę zostawał, jakby nogi mu zmiękły. Facet rzucił smycz na ladę, aż metalowa klamra uderzyła o blat.

– Albo pani go bierze, albo przywiążę go przy szosie. Nie mam czasu.

Magda, nasza administratorka, podniosła wzrok znad zeszytu przyjęć. Nie, nie wzrok. Podniosła głowę. Dobra. Spojrzała na faceta, potem na psa. Ja stałam z mopem przy kibelku i patrzyłam przez uchylone drzwi.

– A właściciel? – zapytała Magda.

– Umarł. Wujek. Udar, szpital, koniec. Pies mi niepotrzebny, mam dzieci.

– To nie znaczy, że można go wyrzucić jak stary fotel – powiedziała Magda, ale bez złości.

Facet prychnął.

– Proszę mi nie prawić kazań. Wracam z pogrzebu.

Kłamstwo śmierdziało na trzy metry. Po pogrzebie człowiek pachnie kremem z kościoła, ziemią z cmentarza i potem z nerwów. A ten pachniał jak drogeria z perfumami. I buty miał czyste, bez śladu błota, chociaż na dworze już od rana padał mokry śnieg.

Magda wyszła zza lady, kucnęła przy psie. Pies ją obwąchał i westchnął tak głęboko, że aż mu żebra pod skórą podskoczyły. Na szyi miał stary skórzany obrożak, a do kółka przyczepiony metalowy żeton. Magda przeczytała na głos:

– „Grom. Jeśli się zgubi — odwieźć do domu. Poznańska 14.”

Pies usłyszał swoje imię i uniósł uszy. Tylko tyle. Nie zamerdał ogonem, nie pisnął. Usiadł i dalej patrzył na faceta.

– Niech pan zostawi numer – powiedziała Magda. – Znajdziemy dom tymczasowy, dam znać.

– Nie mam czasu. Wyjeżdżam.

– To niech pan zabierze psa.

Facet chciał złapać smycz, ale Grom nagle stanął na czterech łapach, zesztywniał i zawarczał. Cicho, nisko, tak, że mi mop zadrżał w palcach. Facet cofnął rękę.

– No to róbcie z nim, co chcecie – warknął. – I tak pożyje góra dwa tygodnie. Właściciel nie żyje.

Po chwili drzwi się zamknęły. Grom został.

Tej nocy zostałam dłużej, bo po zamknięciu trzeba było umyć całą podłogę w rejestracji. Grom leżał w magazynku, dostał koc i miskę z wodą. Nie tknął jedzenia. Leżał przy drzwiach i wpatrywał się w klamkę.

Około dziesiątej wyszłam wynieść śmieci. Drzwi na zaplecze, normalnie ciężkie, wypchnęłam biodrem, bo w rękach miałam dwa worki. Wróciłam, zamknęłam na zasuwę. Nie patrzyłam na magazynek. Byłam zmęczona, myślałam tylko o herbacie z malinami.

Rano wpadłam do kliniki dziesięć po siódmej. Magda już była. Stała w pustym magazynku, a koc leżał zwinięty pod ścianą.

– Gdzie pies? – zapytałam.

– Wyszłam rano, podłoga mokra, drzwi od zaplecza niedomknięte.

Zamarłam.

– Ja wczoraj wieczorem wynosiłam śmieci. Może on wtedy…

Nie dokończyłam. Magda tylko machnęła ręką.

– Szukajmy.

Kurczę, obeszłyśmy całe podwórko, śmietniki, przystanek pod Biedronką. Mokry śnieg padał, gdzieniegdzie zostawał psimi łapami, ale ślady urywały się na parkingu. Nic.

Magda wpadła do środka, chwyciła kurtkę. Na ladzie leżał żeton, który znalazła chyba przy drzwiach. Obróciła go w palcach.

– Jadę na Poznańską. Może on tam poszedł. Pies z takim żetonem to nie głupi. Wróć i pilnuj pacjentów.

No to zostałam. Umyłam trzy klatki, wytarłam parapety, dwa razy zaparzyłam kawę doktorowi Wiśniewskiemu. Minęły trzy godziny. Koło jedenastej przed kliniką zatrzymała się taksówka. Magda wysiadła, otworzyła tylne drzwi i wyskoczył Grom. Miał mokre łapy i pysk, ale wyglądał, jakby wrócił z dalekiej podróży. Magda trzymała pod pachą kopertę formatu A4, taką brązową, z narożnikami.

Weszła do środka, a Grom od razu poszedł do magazynku i położył się na kocu. Magda podeszła do rejestracji, wyjęła telefon. Usłyszałam, bo akurat myłam posadzkę kilka metrów dalej.

– Panie mecenasie? Tu Magda Krawczyk z kliniki. Tak, tak, znalazłam psa. Ale nie o to chodzi. Byłam na Poznańskiej czternaście. W mieszkaniu siedział ten człowiek, co wczoraj go przywiózł. Razem z pośrednikiem. Zdążyli wymienić zamki, pokazywali lokal klientce. Tak, weszłam, bo drzwi były otwarte. Pies wbiegł do sypialni, zaczął drapać w szafę. No i znalazłam. Testament. Oryginał. Schowany w szafie między pościelą. Podpisany u notariusza w lipcu. Tak, wiem. Mieszkanie na Poznańskiej czternaście, pięćdziesiąt osiem metrów, warte czterysta osiemdziesiąt tysięcy. Zapisane siostrzenicy zmarłego, Agnieszce Dębskiej. Ten facet, co chciał sprzedać, to tylko daleki bratanek. Nie ma prawa do niczego poza dziesięcioma tysiącami, które wujek zapisał mu na pokrycie kosztów pogrzebu. Tak, już dzwoniłam do siostrzenicy. Odezwie się. Tak, mogę przywieźć testament do kancelarii. Jutro. Dobrze. Dziękuję.

Odłożyła telefon. Popatrzyła na mnie, a raczej na mopa w mojej ręce.

– Jadwiga, niech pani wytrze podłogę w magazynku. Grom naniczył błoto.

– Jasne – powiedziałam i ruszyłam.

Umyłam mu łapy ręcznikiem papierowym. Pies położył łeb na mojej dłoni. Czułam, jak mu wali serce, bardzo szybko.

Trzy dni później do kliniki wparował ten facet. Bez kurtki, w rozpiętej koszuli, z czerwonymi uszami. Ja akurat myłam podłogę w kibelku, ale drzwi zostawiłam uchylone. Grom wstał z koca i stanął w progu, naprężony.

Magda siedziała przy biurku i układała papiery.

– Dzień dobry – powiedziała, nie podnosząc głowy.

– Zniszczyłaś mi wszystko! – wrzasnął. – Straciłem dziesięć tysięcy zaliczki dla pośrednika! Umowa sprzedaży była już prawie podpisana! Ty suko!

Grom zawarczał. Facet cofnął się o krok.

– Proszę nie krzyczeć przy pacjentach – powiedziała Magda. – Testament jest u notariusza. Mieszkanie przechodzi na pannę Dębską. Pan nie ma prawa sprzedawać tego lokalu. A psa — dodała, wyjmując z szuflady kserokopię testamentu — pan próbował wyrzucić na ulicę. To współgra z wujka decyzją, żeby panu nie przepisać mieszkania.

Facet wyciągnął rękę, jakby chciał chwycić psa albo kopertę. Nie zdążył. Magda podniosła słuchawkę telefonu.

– Dzwonię po policję. Proszę wyjść.

Stał jeszcze parę sekund. Potem odwrócił się na pięcie, kopnął mop, który stał pod ścianą, i wybiegł. Drzwi trzasnęły tak, że szyba zadzwoniła.

Magda wstała, podeszła do drukarki, wyjęła kopię testamentu i położyła ją na stoliku dla klientów. Na górze napisała długopisem: „Dla sprawy. Klinika Cztery Łapy, Radom, ul. Żeromskiego 8. Data.”

Potem kucnęła przy Gromie, zdjęła z kółka żeton i schowała go do koperty razem z kserokopią.

– Jedziesz do nowej pani, Grom – powiedziała. – Ona na ciebie czeka. Mieszkanie i ty. Wszystko zgodnie z wolą wujka.

Pies polizał jej dłoń. Nie wiem, czy rozumiał. Ale na dźwięk słowa „pani” zamrugał. A ja wytarłam podłogę, podniosłam mopa i poszłam do magazynku. Po drodze zerknęłam przez szybę. Facet stał po drugiej stronie ulicy, przy swoim samochodzie. Wyglądał, jakby nie wiedział, gdzie teraz pojedzieć. Kluczyki trzymał w ręku, ale nie podchodził do drzwi auta. Po prostu stał. A nad Radomiem ciągle padał ten mokry listopadowy śnieg.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × pięć =

Grom z Poznańskiej 14