Panna Ochlewska musi się zjawić w salonie za dwadzieścia minut.

Franciszek Ochlewski wiedział to z absolutną pewnością, bo sam wyznaczył tę godzinę — piąta po południu, koniec sierpnia, upał wreszcie odpuścił i deszcz zmienił drogę z Krosna do Rzeszowa w rynnę pełną błota. Stał przy oknie kancelarii notarialnej, ocierał kark chusteczką i patrzył, jak jego siostrzenice krążą po pokoju jak trzy planety wokół jednego, tłustego słońca — spadku po zmarłym stryju.

Nazywał się Antoni Wardęski i był przemysłowcem, właścicielem trzech tartaków pod Krosnem, wdowcem po czterdziestce, z blizną nad lewą brwią po wypadku w młynie i reputacją człowieka, który nie znosi teatru. Franciszek — jego szwagier, ojciec trzech córek i dłużnik banku w Rzeszowie na sto dwadzieścia tysięcy złotych — od tygodnia szykował to spotkanie jak defiladę.

— On już jedzie — powiedział, nie odwracając się od okna.

Za jego plecami siostry zajęły miejsca, każda w swojej roli, wyćwiczonej precyzyjnie jak figura w kadryla.

Nastazja, najstarsza, dwadzieścia sześć lat, usiadła bliżej kominka, choć ogień w sierpniu nie był potrzebny — chodziło o światło, które rzucał na jej ciemne włosy. Trzymała w rękach hafcik, nad którym nie pochylała się od miesiąca. To był rekwizyt.

— Widać herb na powozie? — zapytała, nie podnosząc oczu znad płótna.

— Błoto! — wybuchnął Franciszek. — Same błoto, ale konie! Cztery konie, córko, nikt oprócz przemysłowca z takim majątkiem nie wpakowałby czterech koni w to bagno!

Środkowa, Ludwika, przewróciła stronę tomiku poezji, którego nie rozumiała nawet w połowie, bo był po francusku, a francuskiego uczyła się dorywczo u guwernantki z Sanoka.

— Uspokój się, ojcze — mruknęła. — Jeśli spocisz się na progu, zanim pan Wardęski wejdzie, pomyśli, że jesteśmy zdesperowani.

— Jesteśmy zdesperowani! — warknął Franciszek, odrywając się od okna. — Dach nad oficyną się wali, dzierżawcy nie płacą czynszu od Wielkanocy! Jeśli któraś z was nie umówi się z panem Wardęskim, będziemy jeść ziemniaki do końca życia!

Trzecia siostra, Zosia, stała przy kredensie i układała serwis do herbaty — filiżanki po babce, porcelanę w drobne fiołki, trochę wyszczerbioną na brzegach. Miała dwadzieścia lat, sukienkę koloru mysiego, uszytą z resztek materiału, bo krawcowa z Krosna wykorzystała cały ładny jedwab na suknie starszych sióstr. Zosia nie odzywała się. Przetarła kciukiem plamę na spodku i postawiła dzbanek dokładnie na środku tacy.

Frontowe drzwi kancelarii skrzypnęły w dole. Kroki na schodach.

— Pozycje! — syknął Franciszek, przygładził resztki włosów na czubku głowy i wyszedł witać gościa.

Zosia cofnęła się w cień, między firankę a szafę biblioteczną. Patrzyła, jak Nastazja szczypie się w policzki, żeby wywołać rumieniec, jak Ludwika zatrzaskuje książkę, zostawiając palec między stronami na znak, że jej lektura została brutalnie przerwana.

Potem wszedł Antoni Wardęski.

Nie wyglądał jak człowiek, który jest właścicielem trzech tartaków i połowy lasu koło Iwonicza. Wyglądał na zmęczonego. Wysoki, barczysty, przemoczony do suchej nitki, z ciemnymi włosami przyklejonymi do czoła. Płaszcz ociekał na wytarty dywan kancelarii. Bez cylindra, bez laski — jakby ostatnie osiem kilometrów przejechał konno, a nie w powozie, bo powóz utknął w błocie na gościńcu za Miejscem Piastowym. Buty miał obłocone po kostki.

Stanął w progu i rozejrzał się po pokoju. To nie było spojrzenie zalotnika. To była taksacja — jak przy odbiorze partii tarcicy.

— Panie Wardęski — zagrzmiał Franciszek, cały drżący z niecierpliwości. — Witam w progach kancelarii. Pozwoli pan, że przedstawię córki.

Nastazja wstała pierwsza. Jedwab jej sukni zaszeleścił w ciszy. Dygnęła — kąt szyi, pochylenie ramion, wszystko wyliczone tak, żeby pokazać obojczyki.

— Panie Wardęski — powiedziała z troską w głosie. — Musi pan być zmarznięty. Drogi są okropne.

— To błoto — powiedział Antoni. Głos miał niski, chropowaty. Nie uśmiechnął się. — Przepraszam, że wnoszę je do pańskiego biura.

— Ależ drobiazg — zaśmiał się Franciszek, za głośno. — Zaszczyt, prawdziwy zaszczyt! A to moja druga córka, Ludwika.

Ludwika wstała, palec wciąż tkwił między kartkami książki. Dygnęła krócej, z intelektualną powściągliwością.

— Zaszczyt, panie Wardęski. Czytałam właśnie o reformach w gospodarce leśnej w Prusach. Podobno w pańskich lasach wprowadzono nowe zasady wyrębu. To było odważne posunięcie.

Za odważne, pomyślała Zosia z kąta.

Antoni zamrugał. Spojrzał na Ludwikę, potem na książkę w jej dłoni.

— Zarządca zajmuje się wyrębem, panno Ludwiko. Ja pilnuję głównie ksiąg rachunkowych.

Zapadła krótka cisza, w której było słychać deszcz bijący o szybę i tykanie zegara na kominku. Franciszek otworzył usta, żeby ratować rozmowę, ale Antoni już patrzył gdzieś za plecy Ludwiki — w stronę kredensu, gdzie stała trzecia dziewczyna, cicha jak mebel, i nalewała herbatę do filiżanki tak ostrożnie, jakby to była jedyna rzecz na świecie, która wymagała jego pełnej uwagi.

— A to? — zapytał, nie odrywając wzroku.

— To Zosia — powiedział Franciszek, machając ręką, jakby odganiał muchę. — Najmłodsza. Zajmuje się herbatą.

Zosia podniosła oczy znad tacy — po raz pierwszy, odkąd Antoni wszedł do pokoju — i powiedziała jedyne zdanie, jakie tego wieczoru wypowiedziała do gościa:

— Napije się pan mocnej czy słabszej, panie Wardęski? Deszcz taki, że lepiej się rozgrzać.

I to wystarczyło.

Antoni przeszedł przez pokój, ominął fotel przygotowany dla niego przy kominku, i usiadł na krześle bliżej kredensu. Wziął filiżankę z jej rąk — nie z tacy, którą podałaby służąca, tylko wprost z jej dłoni, tak że na moment ich palce się dotknęły nad porcelaną w fiołki.

— Mocną — powiedział. — Dziękuję.

Franciszek zamarł z otwartymi ustami. Nastazja spojrzała na hafcik w swoich rękach, jakby dopiero teraz zauważyła, że nigdy w nim nie było ani jednego ściegu. Ludwika zamknęła książkę już naprawdę, palec wysunął się z niedokończonej strony.

Przez następną godzinę Antoni pytał Zosię o rzeczy, których nikt wcześniej nie pytał — czy sama piecze chleb dla domowników, ile kosztuje w tym roku węgiel na zimę, czy zna się na prowadzeniu ksiąg gospodarskich, bo jego zarządca w Iwoniczu ostatnio się rozchorował. Ona odpowiadała krótko, konkretnie, bez ozdobników — tyle a tyle korców mąki, tyle a tyle złotych za tonę węgla, prowadziła zeszyt wydatków domu, odkąd matka zmarła sześć lat temu.

Nastazja i Ludwika próbowały wtrącać się z anegdotami o balu w Rzeszowie i o nowej operze warszawskiej. Antoni odpowiadał grzecznie, krótko, i wracał wzrokiem do kredensu.

Kiedy wyjeżdżał, zapadał już zmierzch, a deszcz w końcu ustał. Franciszek odprowadził go do drzwi, spocony z ulgi i niepewności jednocześnie.

— Zechce pan odwiedzić nas ponownie? — zapytał, głosem drżącym jak struna.

Antoni zatrzymał się na progu, otrzepał kapelusz, który wreszcie włożył.

— Tak — powiedział. — Ale chciałbym rozmawiać z panną Zofią. Sam na sam, jeśli pan pozwoli, i z przyzwoitką.

Franciszek wybełkotał zgodę, zanim jeszcze skończył zdanie.

Trzy tygodnie później, w kancelarii tego samego notariusza, u którego Franciszek zaciągnął dług, spisano nowy dokument — nie akt zastawu, tylko intercyzę przedślubną między Antonim Wardęskim a Zofią Ochlewską. Nastazja stała przy oknie z twarzą białą jak porcelana z fiołkami. Ludwika trzymała w rękach francuski tomik, którego wreszcie nauczyła się czytać — za późno, żeby to cokolwiek zmieniło.

Zosia podpisała dokument własnym imieniem — bez ozdobnych zawijasów, prosto, tak jak prowadziła zeszyt wydatków przez sześć lat.

Franciszek dostał od Antoniego pożyczkę, która spłaciła dług w banku rzeszowskim — sto dwadzieścia tysięcy złotych, rozłożone na dziesięć lat, bez odsetek, spisane osobnym aktem, niezależnym od małżeństwa córki. Antoni postawił jeden warunek, zapisany czarno na białym w tym samym dokumencie: dom rodzinny w Krośnie, ten z dziurawym dachem oficyny, zostaje zapisany dożywotnio na Zosię, nie na Franciszka. Gdyby cokolwiek się wydarzyło — separacja, wdowieństwo, spór majątkowy — dach nad głową i grunt należą do niej, nie do ojca.

Franciszek podpisał, bo nie miał wyjścia. Podpisując, po raz pierwszy w życiu spojrzał na najmłodszą córkę nie jak na kogoś, kto zajmuje się herbatą w kącie salonu, tylko jak na kogoś, kto właśnie uratował mu dom.

Zosia złożyła dokument, schowała go do koperty i wsunęła do torebki, obok zeszytu wydatków, który zabrała ze sobą z Krosna do Iwonicza. Nie spojrzała na siostry. Nie musiała.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 4 =

Panna Ochlewska musi się zjawić w salonie za dwadzieścia minut.