Nazywam się Monika. Mam trzydzieści cztery lata. Pracuję w przychodni weterynaryjnej w Radomiu, przy ulicy Słowackiego. Właściwie to ja jestem tą osobą, do której ludzie przywożą swoje zwierzęta, kiedy te zaczynają dziwnie się zachowywać. Tyle że żaden z moich pacjentów nigdy nie zrobił czegoś takiego jak Sabat.
Sabat to nasz czteroletni owczarek belgijski. Wzięliśmy go ze schroniska w Dąbrowie Górniczej dwa lata temu, dokładnie w drugi weekend marca. Pamiętam, bo padał wtedy deszcz ze śniegiem i jechaliśmy po niego starą skodą, którą Paweł kupił od swojego szwagra za cztery tysiące złotych. Sabat od razu wskoczył na tylne siedzenie i położył łeb na oparciu, jakby wracał do domu, a nie jechał do obcych ludzi. Paweł powiedział wtedy: "No, ten to się u nas zadomowi, zobaczysz." Miał rację. Zadomowił się bardziej niż ktokolwiek z nas przypuszczał.
Przez dwa lata nic się nie działo. Zwykłe psie życie: spacery po parku Kościuszki, kąpiele w wannie po błocie, kradzione skarpetki z kosza. Paweł pracuje w hurtowni hydraulicznej przy strefie ekonomicznej, wraca zwykle po osiemnastej. Ja kończę o szesnastej, więc to na mnie spadało wszystko: obiad, sprzątanie, pies. Nie narzekałam. Naprawdę. Do pewnego wtorku.
Tego dnia wróciłam z pracy wcześniej, bo odwołano mi dwóch pacjentów. Zdjęłam buty w przedpokoju i weszłam do kuchni, żeby nastawić wodę na herbatę. I wtedy to zobaczyłam. Sabat leżał na swoim posłaniu w salonie, a przed nim, równo ułożone, leżały trzy pary męskich bokserek. Nie byle jak rzucone — ułożone w rzędzie, para przy parze. Spojrzałam na nie bez większego zainteresowania. Pies przynosi różne rzeczy. W zeszłym miesiącu przytargał z podwórka czyjąś rękawiczkę roboczą, a wcześniej znalazł na trawniku zgubioną smycz. To normalne. Podeszłam, żeby je zabrać, i wtedy zobaczyłam metkę. Calvin Klein. Paweł nosi bokserki z Biedronki, po dwanaście złotych za sztukę, kupowane w paczkach po trzy. Te były inne. Złożyłam je i schowałam do torby na zakupy. Wieczorem nie zapytałam Pawła. Pomyślałam, że może dostał od kogoś z pracy, może kupił na wyprzedaży. Głupie myśli, ale wtedy wydawały się sensowne.
Następnego dnia Sabat przyniósł kolejną parę. Granatowe, z żółtym paskiem. Potem czarne, w drobną kratkę. Codziennie coś nowego. W czwartek znalazłam na progu tarasu spodenki termoaktywne, takie do biegania. Paweł nie biega. Nigdy nie biegał. To znaczy, raz próbował, w 2019, kupił buty za trzysta złotych i po tygodniu odstawił je na dno szafy. A teraz pies przynosi mi bieliznę termiczną. Zaczęłam się bać.
W piątek rano, zamiast iść do pracy, powiedziałam szefowej, że mam migrenę. Nie wiem, czy mi uwierzyła — mówię to rzadko, więc chyba tak. Sabat dostał jeść, wypił wodę, a potem sam podszedł do drzwi tarasowych i cicho warknął. Wypuściłam go. Zamiast wrócić do kuchni, stanęłam przy oknie w salonie, tak żeby mnie nie widział. Sabat przebiegł przez cały ogród, okrążył kompostownik, potem wślizgnął się za starą altankę, którą zbudował jeszcze ojciec Pawła, i zniknął. Czekałam. Minęły może trzy minuty, kiedy wyszedł stamtąd z czymś w pysku. Weszłam po cichu na taras. Położył przed drzwiami kolejną parę i popatrzył na mnie. Miał taki wzrok, jakby mówił: "No nareszcie, chodź."
Nie weszłam do domu po klucze ani po telefon. Poszłam za nim prosto do altanki. Drzwi były uchylone, a w środku unosił się zapach wilgoci i starych liści. Sabat stał przy stercie kartonów po telewizorze, które Paweł trzymał tam od przeprowadzki. Odsunęłam je. Zobaczyłam skrzynkę po narzędziach, a obok niej — plastikową reklamówkę z Biedronki, wypełnioną męską bielizną. Świeże ślady łap prowadziły dalej, do samego końca altanki, gdzie stała stara szafka na przetwory. Otworzyłam ją. W środku, między słoikami po ogórkach, leżał składany nóż z drewnianą rączką. Należał do mojego brata. I wtedy zobaczyłam coś jeszcze. Zegarek. Mój własny zegarek, ten, który dostałam od mamy na trzydziestkę i który zginął mi w styczniu. Leżał tam, dokładnie pod nożem, owinięty w męską koszulę, której nigdy wcześniej nie widziałam.
Telefon w kieszeni zawibrował. Paweł. "Jesteś w domu? Bo chyba zostawiłem portfel." Zgasiłam połączenie, schowałam zegarek do kieszeni i wyszłam z altanki. Sabat szedł przy mojej nodze, łeb przy kolanie. W domu zamknęłam drzwi na klucz i usiadłam pod ścianą w przedpokoju. Siedziałam tak z psem chyba z godzinę, zanim wstałam i zadzwoniłam na policję.
Nie chciałam wierzyć. Ale Sabat przez cały tydzień nie przynosił mi bielizny. On przynosił mi dowody.
Na komendzie przyjęła mnie młoda sierżant z kucykiem, która spisywała wszystko bardzo wolno. "Czy mąż wie, że pani tu jest?" — zapytała. "Nie" — odpowiedziałam. "Proszę nie wracać sama do domu." Wróciłam i tak, bo musiałam. Sabat nie odstępował mnie na krok.
Paweł wrócił o osiemnastej dziesięć. Pamiętam, bo właśnie zaparzyłam herbatę i nie mogłam trafić łyżeczką do cukiernicy. Wszedł, zdjął buty, powiedział: "Cześć, co tak ciemno?" Nie odpowiedziałam. Siedziałam w fotelu z telefonem w dłoni. Na stole przede mną leżała reklamówka z altanki. Rzucił na nią okiem i zatrzymał się w pół kroku. Zrobił się biały. Nie pytał, skąd to mam. Zapytał tylko: "Gdzie jest zegarek?" Wyjęłam go z kieszeni. Wtedy usiadł na podłodze, oparł plecy o kaloryfer i powiedział: "To nie jest tak, jak myślisz."
Policja znalazła w altance jeszcze jedną rzecz, której nie zauważyłam, bo leżała za szafką. Kartę SIM zapakowaną w foliowy woreczek, a przy niej kluczyk do skrytki na dworcu PKS. W skrytce leżał telefon. A w telefonie — wiadomości. Dużo wiadomości. Do kobiety, która przez rok wynajmowała mieszkanie dwa piętra niżej. Do kobiety, która w styczniu była u nas na sylwestrze i zgubiła w ogrodzie kolczyk. Do kobiety, która nosiła te wszystkie majtki.
Nie zgubiliśmy kolczyka. On go jej oddał, tylko nie na moich oczach.
Brat dał mi ten nóż dwa lata temu, na urodziny, w formie żartu. "Gdyby kiedyś coś…" — powiedział wtedy. Schowałam go do szuflady. Potem zniknął. Myślałam, że go zgubiłam. A on przez rok leżał w altance, w szafce mojej własnej rodziny, obok bielizny kochanki mojego męża.
Sabat przyniósł mi pierwszą parę w poniedziałek. W piątek rano pakowałam rzeczy Pawła do worków na śmieci, tych czarnych, po sto dwadzieścia litrów, i zaniosłam je do garażu, żeby mu nie przeszkadzały w wyprowadzce. Powiedział mi wtedy: "Nie możesz tak po prostu…" — ale nie dokończył, bo Sabat wstał i stanął między nami, nieruchomo jak słup. Nie warknął. Nie pokazał zębów. Po prostu stał i patrzył Pawłowi prosto w twarz.
W sobotę podpisałam wniosek o rozwód z orzeczeniem o winie. W niedzielę wymieniłam zamki. Tydzień później Paweł przyszedł po resztę rzeczy. Nie wpuściłam go do środka. Wystawiłam mu kartony na wycieraczkę i powiedziałam: "Masz dwadzieścia minut, potem zamykam bramę." Stał na ścieżce, trzymał w ręku reklamówkę, którą dostał ode mnie, i patrzył na dom. A Sabat leżał na progu, z łbem na łapach, i nie drgnął ani razu, dopóki samochód Pawła nie zniknął za zakrętem.
Sąsiad, ten, który wiedział, przyszedł później z ciastem drożdżowym i powiedział: "Nie wtrącałem się, bo to nie moja sprawa." Zostawiłam ciasto na stole. Zjadł je Sabat. Ja nie mogłam przełknąć ani kęsa.
Teraz jesteśmy sami. Ja i Sabat. I wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? On już nie przynosi mi żadnych rzeczy. Ani skarpetek, ani patyków, ani cudzej bielizny. Nic. Leży na swoim posłaniu, gryzie starą piłkę i czasem podnosi łeb, kiedy dzwoni domofon. Jakby wiedział, że zrobił, co do niego należało, i teraz może wreszcie odpocząć.
Nie zapłaciłam za zegarek ani za nóż. Zabrałam je z komendy w poniedziałek, pokwitowałam odbiór i schowałam do pudełka po butach. Nóż oddałam bratu w następny weekend. Zapytał, gdzie go znalazłam. Powiedziałam: "Sabat mi pokazał." Nie pytał więcej. Zegarek noszę codziennie, chociaż pasek pachnie jeszcze trochę stęchlizną. Nie zdejmuję go nawet do snu.
A Paweł? Mieszka teraz u matki w Skarżysku. Zadzwonił raz, w zeszłym tygodniu, i powiedział, że chce pogadać. Nie oddzwoniłam. Usunęłam jego numer. Odłożyłam telefon na stolik, wzięłam smycz i poszłam z Sabatem nad zalew. Wracaliśmy po ciemku, wzdłuż Słowackiego, mijając pawilon handlowy i pana w kaszkiecie, który codziennie sprzedaje tam warzywa. Sabat szedł krok za mną, z pyskiem przy mojej dłoni. Wtedy po raz pierwszy od tygodni poczułam, że mogę oddychać. Nie głęboko. Ale mogę.






