Emerytura bez Basi

# Emerytura bez Basi

Mam siedemdziesiąt jeden lat i przez czterdzieści trzy z nich myślałem, że wiem, jak wygląda cisza. Myliłem się.

To było w piątek, dwudziestego dziewiątego sierpnia, po obiedzie. Basia pakowała się do córki do Rzeszowa, do Kasi, bo mieli tam chrzciny wnuka sąsiadów, nie pamiętam już dokładnie czyje, ale ona się wystroiła jak na wesele. Stałem w progu kuchni, patrzyłem, jak wciska do torby słoiki z ogórkami kiszonymi, jakby jechała na koniec świata, nie na dwie godziny autobusem, i powiedziałem to, czego żałuję do dziś: "Jedź już, Basiu, może i ja se trochę od ciebie odpocznę."

Nie powiedziałem tego ze złości. Powiedziałem to, bo miałem dość jej radia w kuchni, tego serialu o brazylijskiej hacjendzie, który leciał codziennie o siedemnastej, i tego, że nawet mecz Legii nie mogłem obejrzeć w spokoju, bo ona komentowała każdą akcję, choć piłka nożna obchodziła ją tyle co zeszłoroczny śnieg. Chciałem jednego wieczoru bez tego wszystkiego. Jednego.

Basia spojrzała na mnie tak, jakbym oznajmił, że zamierzam sprzedać działkę pod Otwockiem, którą mieliśmy od trzydziestu lat. Postukała się palcem w skroń, złapała torbę z pierogami dla wnuków – te z mięsem, bo Kasia twierdzi, że jej dzieci nie jedzą z serem – i wyszła, trzaskając furtką tak, że kot Filemon zeskoczył z płotu i schował się pod altanką.

Zamknąłem bramę. Wyprostowałem plecy. Poczułem się jak w reklamie piwa, tej, gdzie facet siada z pilotem i nikt mu nie przeszkadza. Wolność, pomyślałem. Nareszcie.

Pierwsze co zrobiłem, to zdjąłem koszyk z robótką Basi sprzed telewizora i wepchnąłem go za kanapę. Filemon próbował wejść mi na kolana, strąciłem go, bo zawsze uważałem, że kot na fotelu to nieporządek, a Basia tylko się śmiała, gdy to mówiłem. Włączyłem telewizor. Przeskakiwałem kanały – jakiś teleturniej, powtórka "Klanu", prognoza pogody dla Podkarpacia. Wyłączyłem.

Przeszedłem się po domu. Pusto. Nawet nie wiedziałem, że nasz dom ma tyle kątów, w których nic się nie dzieje, kiedy nie ma kogo zapytać, gdzie są okulary.

Około południa odgrzałem sobie żurek, poparzyłem palce, bo zapomniałem, że garnek trzyma ciepło dłużej niż ja pamiętam, usiadłem przy stole i z przyzwyczajenia krzyknąłem w stronę kuchni: "Basiu, podaj chleb!"

Cisza. Taka gęsta, że słyszałem tykanie zegara z korytarza, tego, co go dostaliśmy na ślub od jej matki, i który od trzydziestu ośmiu lat chodzi pięć minut do przodu.

Wiadomości o osiemnastej też straciły sens. Bez Basi, która przy każdym wystąpieniu polityka mruczała "kłamczuch jeden", nie miałem z kim się pokłócić o to, kto zawinił drożyźnie. Wyjąłem talię kart, tych wytartych na rogach, i przypomniałem sobie, jak ona mnie ograwa w tysiąca prawie każdego wieczoru, śmiejąc się przy tym jak nastolatka, choć ma sześćdziesiąt osiem lat i zaćmę w lewym oku.

Noc bez jej chrapania i bez porannego brzękania garnkami o szóstej rano okazała się gorsza, niż myślałem. Nie mogłem zasnąć. Dom skrzypiał inaczej. Łóżko było za szerokie.

Następnego dnia byłem już nerwowy, gburowaty, kuchnia wyglądała jak po przejściu frontu – dwa brudne talerze, niedopita herbata, okruchy na obrusie, którego nawet nie strzepnąłem. Dom działał na mnie jak zimna owsianka bez cukru.

Do wieczora się poddałem. Zmarszczony na czole, zadzwoniłem do Kasi. Powiedziałem: "Daj mi mamę." Przełknąłem dumę, która przez czterdzieści trzy lata małżeństwa nie raz stawała mi w gardle, i powiedziałem cicho do słuchawki: "Niedobrze samemu."

Basia wróciła po godzinie, autobusem o dwudziestej pierwszej trzydzieści, tym samym, którym pojechała. Od progu zbeształa mnie za bałagan w kuchni, pogłaskała Filemona, wyciągnęła koszyk z robótką zza kanapy, jakby wiedziała dokładnie, gdzie go szukać. Wieczorem znowu karty, herbata z cytryną i śmiech, jakby nic się nie stało.

Przegrałem trzy rozdania z rzędu. Mruknąłem: "Z tobą nie ma spokoju… może byś jeszcze raz gdzieś pojechała na chwilę?"

Basia tylko machnęła ręką i sięgnęła po kolejną kartę. Znała prawdę, której ja bym nigdy głośno nie przyznał: ten zgorzkniały staruch od trzydziestu ośmiu lat nie wytrzymałby bez niej ani jednej doby.

Rano zastałem na stole kartkę – jej pismem, tym samym, którym pisała listy zakupów przez pół wieku: "Idę do Kasi w sobotę na chrzciny. Wracam w niedzielę. W lodówce żurek, chleb w chlebaku. Nie krzycz na kota." Poniżej dopisała jedno słowo, bez podpisu, bo nie musiała się podpisywać: "Wytrzymasz."

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × pięć =

Emerytura bez Basi