Słoneczny gabinet przy ulicy Piotrkowskiej

Prowadzę salon kosmetyczny w Łodzi od dwunastu lat i takich klientek jak Amira nie miałam wcześniej. Przyszła do mnie pierwszy raz jesienią, chyba w październiku, bo za oknem akurat sypały się liście z kasztanowca po drugiej stronie ulicy. Umówiła się na makijaż permanentny brwi, standardowa rzecz, robię to kilka razy w tygodniu. Ale gdy zdjęła szalik i kurtkę, zauważyłam na jej przedramionach i na szyi jasne plamy, zupełnie inny odcień skóry niż resztę ciała. Nie zapytałam wtedy o nic — nie moja sprawa, a klientka i tak zerkała w stronę drzwi, jakby się spieszyła, jakby żałowała, że przyszła.

Wróciła do mnie jeszcze trzy razy w tamtym roku. Przy trzeciej wizycie, kiedy robiłam jej brwi mikropigmentacją, sama zaczęła mówić. Powiedziała, że urodziła się w Kairze, że w dzieciństwie po ciężkiej infekcji skóra zaczęła jej tracić kolor w płatach — na rękach, potem na szyi, potem na jednym policzku. Bielactwo, tak to nazwała po polsku, uczyła się właśnie tego słowa. W szkole dzieci trzymały się od niej z daleka, jedna dziewczynka mówiła, że wygląda jak "łaciata krowa". A kiedy w wieku jedenastu lat powiedziała ciotce, że chce być modelką, ciotka się zaśmiała i odpowiedziała, że z taką skórą prędzej zostanie stróżem nocnym niż modelką, bo nikt nie chce na nią patrzeć w świetle.

Amira nie płakała, kiedy to mówiła. Mówiła to tak, jakby czytała fragment czyjejś biografii, spokojnie, prawie bez emocji w głosie — jakby lata dały jej dystans do własnych słów. Skończyła kosmetologię, potem specjalizację w wizażu, pracowała w Kairze robiąc makijaż dla panien młodych, potem w Warszawie w studiu telewizyjnym. Do Łodzi przeprowadziła się dwa lata temu za mężem, który dostał pracę w fabryce elektroniki na Widzewie. Miała córkę, dziewięcioletnią Yasmin, którą raz przyprowadziła do salonu i która przez całą wizytę siedziała na fotelu obok i rysowała w zeszycie konie.

Zapytałam ją wtedy, dlaczego w ogóle wspomniała o tym marzeniu z dzieciństwa, o modelkach, skoro pracuje w zawodzie, który jest w sumie blisko tamtego świata, ale z drugiej strony sceny. Powiedziała, że przez piętnaście lat sama siebie przekonywała, że to marzenie było głupie, dziecinne, że lepiej robić innym ładne brwi niż wystawiać własną skórę na osąd tysięcy ludzi. Że dopiero niedawno, po trzydziestce, zaczęła znowu o tym myśleć. Nie powiedziała wprost dlaczego. Zauważyłam tylko, że nosiła bluzki z krótkim rękawem, mimo że jeszcze pół roku wcześniej zapinała się po szyję nawet w lecie.

W grudniu przyszła po makijaż na jakąś sesję zdjęciową, dała mi zdjęcie na telefonie — stała na tle szarego tła studyjnego, w prostej czarnej sukience, ręce odkryte, plamy na skórze widoczne bez żadnej korekty w Photoshopie. Powiedziała, że zgłosiła się do castingu na Miss Universe Egipt, że nic sobie nie obiecuje, że pewnie i tak nic z tego nie będzie. Miałam wtedy klientkę na manicure na sąsiednim stanowisku i słyszałam, jak ta kobieta mruczy pod nosem coś w stylu "no, odważna", niby komplement, ale zabrzmiało to jak zdziwienie, że w ogóle się odważyła spróbować.

Nie widziałam jej potem przez kilka miesięcy. Wróciła w maju, tym razem żeby poprawić henna brwi przed wyjazdem — powiedziała, że jedzie do Meksyku, że wygrała koronę w Egipcie, że stanie na scenie międzynarodowego konkursu jako pierwsza uczestniczka z bielactwem w całej historii tego konkursu. Mówiła to bez podnoszenia głosu, siedząc w fotelu z głową odchyloną do tyłu, podczas gdy ja nakładałam jej barwnik na łuk brwiowy. Zapytałam, czy będzie zakrywać plamy makijażem korekcyjnym na scenie. Powiedziała, że nie, że właśnie o to szło, że przez piętnaście lat czekała, aż stanie się "wystarczająco poprawna" dla czyichś oczu, i że przestała czekać.

W listopadzie obejrzałam transmisję na telefonie w zaplecze salonu, między klientkami. Amira wyszła na scenę w sukni wieczorowej, bez retuszu skóry, i przeszła do finałowej trzydziestki na całym świecie. Napisała mi później krótkie zdjęcie z backstage'u, bez podpisu, tylko emoji serca. Nie wiem, co czuła w tamtej chwili na scenie w Meksyku — nie byłam tam, widziałam tylko obraz na ekranie telefonu w małym pokoju z suszarkami do włosów i pudełkami rękawiczek nitrylowych.

Wróciła do mnie w styczniu, na zwykłą wizytę, korektę brwi co kilka miesięcy jak zawsze. Usiadła w fotelu, zdjęła kurtkę, rękawy krótkie mimo mrozu na zewnątrz. Powiedziała, że jej ciotka z Kairu zadzwoniła po ceremonii, że długo nie mówiła nic konkretnego, tylko powtarzała, że nie wiedziała, że w rodzinie jest taka odwaga. Amira odpowiedziała jej krótko, że odwaga nie ma tu nic do rzeczy — po prostu przestała się chować. Potem zamknęła oczy, żebym mogła dokończyć henna na brwiach, i przez chwilę w salonie było słychać tylko brzęczenie sterylizatora na blacie i szum kaloryfera pod oknem.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście + trzy =

Słoneczny gabinet przy ulicy Piotrkowskiej