Peruka z tęsknoty
Kiedy Rafał Wolski zmarł, klasa Zosi nie wiedziała, co powiedzieć dwunastolatce, której tata zniknął z fotografii na regale. Trzy miesiące później, w bloku przy ulicy Kościuszki w Bielsku-Białej, wciąż stał w przedpokoju jego rower, bo nikt nie miał siły go wynieść.
Marta Wolska, jego żona, wracała z pracy w przychodni na Cieszyńskiej i za każdym razem zwalniała krok przed klatką — jakby te trzydzieści sekund mogły odsunąć wieczór, w którym znowu trzeba było udawać, że wszystko jest w porządku.
Tego dnia Zosia zamknęła się w łazience na czterdzieści minut. Marta zapukała.
— Kotku, mogę wejść?
Drzwi ustąpiły od razu, bez zamka. Na kafelkach leżały pasma jasnych włosów — całe naręcza, jakby ktoś rozsypał siano. Zosia stała przed lustrem z fryzurą do ramion, ściętą krzywo, jednym cięciem tu, drugim tam. Nożyczki do papieru — te same, którymi wycinała laurki — leżały w umywalce.
— Co ty zrobiłaś — Marta usiadła na brzegu wanny, bo nogi jej się ugięły.
Zosia odwróciła się, w oczach miała łzy, ale mówiła równo, jakby od rana układała to zdanie.
— Millie z mojej klasy ma białaczkę. Dzisiaj wszyscy zobaczyli, że nie ma już włosów, bo zdjęła czapkę na WF-ie. Bartek i Kuba się śmiali. Ona uciekła do toalety i płakała tak, że nie mogła złapać oddechu. Nie mogłam na to patrzeć, mamo.
Zosia sięgnęła po plastikową torebkę na parapecie — związała w niej włosy gumką recepturką, tą samą, jaką Rafał zawiązywał kable od ładowarki.
— Czytałam, że z prawdziwych włosów robi się peruki. Wiem, że moje same nie wystarczą, ale może chociaż pomogą komuś zrobić jedną całą.
Marta pomyślała o mężu — o tym, jak po trzeciej chemii ogolił głowę sam, brzytwą, w tej samej łazience, żeby nie musieć patrzeć, jak włosy wypadają kępkami na poduszkę. Zosia wtedy miała jedenaście lat i nie odezwała się do niego przez dwa dni, bo się bała. Teraz, rok później, robiła coś wręcz przeciwnego.
Marta przytuliła córkę tak mocno, że ta jęknęła z braku tchu.
— Tata byłby z ciebie dumny. Ja jestem.
Tego samego wieczoru pojechały do salonu Ilony przy placu Wolności — tej samej fryzjerki, która kiedyś strzygła Rafała, zanim zaczął się golić sam. Ilona nie wzięła złotówki za usługę, tylko zapakowała włosy w bibułkę i podała namiary na pracownię w Katowicach, która robi peruki onkologiczne z prawdziwych włosów — potrzeba ich zwykle od kilku darczyńców na jedną sztukę.
Trzy tygodnie później gotowa peruka wróciła pocztą kurierską, w pudełku obwiązanym wstążką. Zosia zaniosła ją do szkoły osobiście, w plecaku, owiniętą w ręcznik, żeby się nie pogniotła.
Wieczorem Marta odbierała ją spod bramy Szkoły Podstawowej nr 4 i widziała córkę z daleka — uśmiechniętą tak, jak nie uśmiechała się od pogrzebu. Wsiadły do starej Skody Fabii, którą Rafał kupił jeszcze przed chorobą, i przez całą drogę Zosia opowiadała, jak Millie przymierzyła perukę w gabinecie pielęgniarki i się rozpłakała, tym razem inaczej.
Następnego ranka, kwadrans po siódmej, zadzwonił telefon. Numer szkoły. Głos dyrektora, pana Zająca, był napięty, jakby dzwonił z korytarza, nie z gabinetu.
— Pani Wolska, proszę przyjechać do szkoły. Natychmiast. To w sprawie Zosi.
Ręce Marty zrobiły się zimne, mimo że w kuchni kipiał czajnik.
— Coś się stało? Zosia jest cała?
— Proszę to zobaczyć na własne oczy. Proszę przyjechać jak najszybciej.
Rzuciła kubek do zlewu, nie zdążyła nawet zgasić gazu pod czajnikiem — sąsiadka z dołu miała potem powiedzieć, że słyszała gwizd przez pół godziny. W samochodzie ręce jej się trzęsły na kierownicy, a przy każdym czerwonym świetle na Cieszyńskiej powtarzała sobie, że gdyby chodziło o coś złego, powiedzieliby wprost.
Pod szkołą czekał pan Zając, blady, z rękami złożonymi jak do modlitwy.
— Proszę wejść — powiedział tylko i otworzył drzwi gabinetu.
To, co zobaczyła w środku, omal nie zwaliło jej z nóg — ale nie tak, jak się bała.
Na dywanie siedziało w kręgu może piętnaścioro dzieci z klasy Zosi, a pośrodku — Millie, w peruce, z uśmiechem od ucha do ucha. Obok niej stała cała klasa 6b, a każde dziecko trzymało w rękach kopertę. Na biurku dyrektora leżała sterta takich samych kopert. Pan Zając wskazał je otwartą dłonią.
— Rodzice dowiedzieli się wczoraj wieczorem od dzieci. Do rana zebrali między sobą prawie dziewięć tysięcy złotych. Część na leczenie Millie, część dla fundacji, która robi peruki dla dzieci z innych szkół w Bielsku.
Millie podeszła do Marty i podała jej kartkę złożoną na pół. W środku był rysunek: dwie dziewczynki trzymające się za ręce, obie z krótkimi włosami.
Marta wróciła do domu późnym popołudniem. W przedpokoju wciąż stał rower Rafała. Tym razem go nie ominęła. Otarła z ramy kurz rękawem swetra, zaniosła do piwnicy i odstawiła obok pralki, robiąc miejsce w korytarzu na wieszak.
Wieczorem wyjęła z szuflady stary segregator z dokumentami po Rafale i odszukała numer rachunku fundacji dziecięcej onkologii przy Klinice w Katowicach, na który przelewali co miesiąc pięćdziesiąt złotych, odkąd zachorował. Powiększyła przelew stały do stu pięćdziesięciu złotych i zamknęła laptop.
Z pokoju obok dobiegł śmiech Zosi, rozmawiającej przez telefon z koleżanką — nierówny, urywany, jakby jeszcze uczyła się, jak to robić bez czapki na głowie.






