Nazywam się Barbara Duszyńska, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwunastu lat jestem listonoszką na tej samej trasie pod Piotrkowem Trybunalskim. Znam tu każdą furtkę, każdego psa i to, kto komu ile winien za nawóz. Do Walentyny Sowy jeżdżę we wtorki i piątki – renta, czasem list z banku, czasem katalog z nasion. Tamtej soboty akurat nie miałam jej w trasie, ale zboczyłam z drogi, bo obiecałam sąsiadce oddać słoiki po ogórkach. I trafiłam na przedstawienie, jakiego w tej wsi jeszcze nie widziałam.
Czarne subaru wjechało w bramę tak, że aż zgrzytnęło o słupek. Zderzak zmiótł kawałek rabaty z hortensjami, białe płatki posypały się na maskę jak konfetti. Walentyna, drobna kobieta w wypłowiałym fartuchu ogrodniczym, upuściła sekator prosto w kompost. Stałam po drugiej stronie płotu z siatką pełną słoików i po prostu zamarłam – nie moja sprawa, myślę, ale nogi same wrosły w ziemię.
Z auta wygramolił się mężczyzna około trzydziestki, w luźnej lnianej koszuli, opalone brzuszysko, ciemne okulary zsunięte na czubek nosa.
— Cześć, ciotka! Co tak stoisz? Brama wąska jak u dziada, ledwo się wcisnąłem, lakier omal nie zdarłem o słupki.
Za nim wysiadła dziewczyna w sandałkach na grubej podeszwie, natychmiast utopiła obcas w mokrej ziemi przy drzewku i zaczęła nią potrząsać z obrzydzeniem.
— Kuba, patrz pod nogi! Tu jest bagno, cała para butów do wyrzucenia!
Zrozumiałam z rozmowy, że to Jakub, siostrzeniec, i jego dziewczyna Ola. Przyjechali „na trzy dni, ognisko zrobić, kości wygrzać na słońcu”, bo w Piotrkowie – jak twierdził – asfalt się topi z gorąca.
— Nie mam tu pensjonatu — powiedziała Walentyna spokojnie, ocierając rękawicę o dłoń. — I nie uprzedziliście.
— No coś ty, rodzina przyjechała, powinnaś się cieszyć!
Wtedy Jakub zaczął tłumaczyć, że mercedes musi stać w podwórku, bo na drodze głównej co dziesięć minut przejeżdżają ciężarówki ze żwirownicy i lakier posieką kamieniami. Walentyna zaproponowała parking przy stróżówce na wjeździe do wsi – sto metrów dalej, żwir, dozorca cały dobę. Jakub żachnął się, że przecież w bagażniku ma schłodzone mięso na grilla i głośnik, i nie będzie taszczył tego pieszo.
Ja stałam dalej z tymi słoikami, czując się jak na widowni bez biletu, ale odejść już nie umiałam.
Dziewczyna tymczasem obchodziła krzaki, unosząc rąbek sukienki.
— Kuba, po co jej ten chaszcz pod oknem? Nawet leżaka nie da się postawić.
— No właśnie — podchwycił Jakub, jakby tylko na to czekał. — Ciotka, plan jest taki: te twoje krzaki nikomu niepotrzebne, ani jagódki z nich, ani nic. Zaraz to wyczyścimy.
Otworzył bagażnik, wystawił na ścieżkę zardzewiałą, poplamioną kanistrę, łopatę i zwój liny holowniczej. Walentyna zapytała, co to za świństwo w kanistrze.
— Olej napędowy z odpadem i chemia na chwasty od chłopaków z warsztatu — oświadczył z dumą. — Zetniemy krzaki przy korzeniu, polejemy dobrze, żeby więcej nie odrosły. Wieczorem zamówię tłuczeń, wyrównamy podjazd i twój porządek będzie, i moja bryka stanie jak wryta.
Usłyszałam, jak Walentynie zabrakło tchu.
— Chłopie, coś ty oszalał? Cztery lata te hortensje wyhodowałam ze szkółki, każdej wiosny okrywałam przed przymrozkiem!
— O, zaczyna się dramat na pustym miejscu — wtrąciła Ola, poprawiając farbowane włosy. — Facet się dla niej stara, a ona o krzaczki się trzęsie.
Wtedy Jakub przeszedł do gróźb w stylu „to ziemia dziadka, wszystkich nas", a Walentyna spokojnie przypomniała, że po śmierci dziadka spłaciła każdemu jego udział, matce Jakuba oddała pieniądze co do grosza, jemu osobiście odliczyła gotówkę do ręki – dyżurami na kolei to wypracowała. On na to, że „ziemia rodzinna, wspólna", i że krzaki i tak zaraz wykarczuje.
Odkręcił kanistrę. Po podwórku rozszedł się gryzący zapach oleju napędowego.
— Odsuń się, ciotka, nie szukaj guza. Zaraz linę zaczepię za hak i wyrwę te twoje chaszcze w dwie minuty.
Walentyna cofnęła się o krok. Ręce jej drżały, ale w oczach nie było już zagubienia – widziałam to wyraźnie przez sztachety. Sięgnęła do kieszeni fartucha i wyjęła mały pilot z dwoma gumowymi przyciskami.
Ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to za pilot. Dowiedziałam się w ciągu następnych trzydziestu sekund razem z całą resztą wsi, bo krzyk było słychać chyba do przystanku PKS.
Walentyna, bez słowa, poszła w stronę wiaty na drewno, weszła po schodkach letniej kuchni i stanęła za drewnianą barierką. Wcisnęła przycisk.
Spod trawnika odezwało się suche kliknięcie przekaźnika. Ziemia jakby drgnęła. Po sekundzie z darni wystrzeliły mosiężne zraszacze, a nad rabatą wybuchła ściana lodowatej wody – to Walentyna, jak się później okazało, kazała rok wcześniej zainstalować system nawadniania z pompą głębinową, sześć atmosfer ciśnienia, rury pod całą rabatą i przy bramie.
Pierwszy strumień trafił prosto w kanistrę, którą Jakub trzymał oburącz. Blacha zgięła się z brzękiem, kanistra wyleciała mu z rąk, koziołkując po trawie i oblewając olejem jego własne zamszowe buty.
— Kurwa mać! — zawył, gdy druga fala uderzyła go w klatkę piersiową, zrywając czapkę i wybijając okulary w pokrzywy.
Druga dysza, przy samych schodkach, zalała Olę. Sukienka przykleiła jej się do ciała w ułamku sekundy, trwała, wymodelowana fryzura zamieniła się w mokre sople.
— Kuba, wyłącz to! Wyłącz natychmiast! — wrzeszczała, machając rękami, aż w końcu poślizgnęła się na sandałach i z pluskiem wylądowała na krawędzi rabaty, prosto na rozerwanym worku z węglem drzewnym, który wcześniej sam Jakub rozpakował do grilla. Węglowa krucha mieszanka natychmiast zmieniła się w czarne błoto i oblepiła jej kolana, ręce, twarz.
— Gdzie się to zakręca, wiedźmo?! — ryczał Jakub, próbując przedrzeć się do werandy, ale zraszacze obracały się z bezlitosną regularnością, co dwie sekundy zwalając go z nóg lodowatą strugą. Woda ze studni głębinowej miała nie więcej niż pięć stopni.
A potem strumień dosięgnął otwartych okien mercedesa. Woda lała się do środka, na ekran multimedialny, w kratki wentylacyjne, w jasną skórę foteli.
— Bryka! Bryka, cholera! — Jakub zapomniał już o krzakach, o oleju, o wszystkim. Rzucił się do drzwi kierowcy, poślizgnął się w błocie, przejechał kawałek na brzuchu i wpakował ramieniem w mokre koło.
Ola, płacząc i wypluwając węglowe błoto, czołgała się na czworakach w jego stronę:
— Kuba, jedziemy stąd! Ona jest niespełna rozumu, utopi nas tutaj!
Za trzecim podejściem Jakub złapał klamkę, wpadł do rozchlapanego wnętrza i wcisnął start. Silnik zawył, zakrztusił się i w końcu ożył na wysokich obrotach.
— Wsiadaj, głupia! — wrzasnął przez okno.
Ola zostawiła jeden sandał w rozmokłej kolein i rzuciła się na tylne siedzenie. Mercedes ruszył z piskiem opon, koła rozorały darń, uderzyły w drewniany słupek przy płocie, zgięły zderzak o starą żeliwną wannę do podlewania i wyleciały na gminną drogę, zostawiając bramę na oścież otwartą.
Ja, przyznam się szczerze, stałam z tymi słoikami i się śmiałam. Nie chciałam, samo wyszło. Walentyna zeszła z ganku, nawet na mnie nie spojrzała, jakby mnie tam wcale nie było – zebrała złamane gałązki hortensji, zaniosła je na kompost, wyciągnęła grabiami śmierdzącą kanistrę i wyrzuciła ją do kontenera przy drodze. Potem zamknęła bramę na sztabę i dopiero wtedy zauważyła mnie za płotem.
— Dzień dobry, Basiu. Słoiki oddajesz?
Powiedziała to takim zwyczajnym tonem, jakby przed chwilą nic się nie stało, jakby to była zwykła sobota. Podałam jej siatkę przez furtkę i uciekłam, bo już naprawdę robiło mi się głupio, że tak się gapiłam.
O telefonie od Larysy, siostry jej zmarłego męża, dowiedziałam się dopiero we wtorek, kiedy przynosiłam rentę. Walentyna sama mi o tym opowiedziała, obierając ogórki na stole kuchennym, jakby to była najzwyklejsza plotka sąsiedzka.
— Dzwoniła, krzyczała, że ich ordynarnie oblałam, że Jakub cały trzęsący się z zimna, że w aucie zwarcie w elektronice, że sukienka Oli za dwa tysiące złotych do wyrzucenia. Że ziemię mi odbiorą, bo dziadkowa.
— A ty co? — zapytałam.
— Powiedziałam, że ziemia zapisana na mnie, że pokwitowania od niej i od Jakuba mam schowane w segregatorze, jeszcze z tamtego roku, kiedy błagali, żebym wykupiła ich udziały, bo pieniądze im się przydadzą, a ogród im nie potrzebny. I że jak Jakub jeszcze raz się pod moją bramą pokaże, to nagranie z kamery poleci na grupę osiedlową, niech wszyscy zobaczą, jak na czworakach z rabaty ucieka.
Odłożyła nóż i wytarła ręce w fartuch.
— Zablokowałam jej numer. I jego, i tej dziewczyny.
Nie wiem, co się stało dalej z tym Jakubem – podobno na grupie ogrodowej jeszcze przez tydzień pisał, że ciotka złośliwa i że zarząd powinien ją zmusić do zrobienia mu parkingu za płotem, ale prezes działkowy podobno odpisał mu wprost, żeby se kupił pole pod parking, jak tak mu zależy. Potem Jakub usunął konto z tej grupy.
Do Walentyny jeżdżę dalej we wtorki i piątki. Hortensje odbiły się po tej kąpieli lepiej niż kiedykolwiek, kwitną teraz tak gęsto, że aż zwieszają się nad ścieżką. A ja, jak przejeżdżam rowerem koło jej bramy, zawsze zerkam na trawnik – tam, gdzie chowają się te zraszacze – i uśmiecham się do siebie, bo nikt inny we wsi nie wie, dlaczego akurat ten kawałek trawy budzi we mnie taki respekt.






