Sąsiad z klatki obok

Nazywam się Bogdan Wieczorek, mam siedemdziesiąt dwa lata i przez trzydzieści osiem pracowałem jako listonosz na osiedlu Piastów w Kaliszu. Znam tam każdą klatkę, każdy dzwonek, który nie działa, i każdego psa, który szczeka na mój widok, a który merda ogonem. Stanisława Nowickiego znałem z widzenia od lat — mieszkał piętro niżej, w bloku przy ulicy Górnośląskiej, i codziennie o siódmej trzydzieści odbierał gazetę z tej samej skrytki, zawsze w tym samym szlafroku w kratę.

Po śmierci żony pani Krystyny, we wrześniu, coś się w nim zamknęło. Skrzynka na listy stała się jedynym miejscem, gdzie go w ogóle widywałem — wychodził punktualnie, odbierał przesyłkę, mówił "dzień dobry" i wracał. Zegar zamiast człowieka. Ja to znam, bo u nas na osiedlu pół bloku żyje według takiego rozkładu, kiedy zostają sami — to jedyny sposób, żeby dzień się nie rozpadł.

We wtorek w czerwcu, gdy niosłem awizo dla sąsiadki z trzeciego piętra, usłyszałem przez uchylone drzwi Nowickiego szczekanie. Wysokie, ostre, nie z tego domu. Zajrzałem odruchowo — stara ciekawość listonosza, który przez lata nauczył się rozpoznawać, kiedy coś się w mieszkaniu zmienia.

W przedpokoju stała wnuczka, Ola, opalona, z plecakiem i transporterem, z którego dobiegało sapanie.

— Dziadku, to jest Kiełbaska. Jest bardzo grzeczna.

Nowicki spojrzał na torbę, potem na wnuczkę.

— A cóż to takiego?

— Jamnik. Piesek. Malutki.

— Widzę, że to nie osioł. Po co ją tu przywiozłaś?

— Bo nie miałam z kim jej zostawić na wyjazd…

— Na balkon — powiedział krótko. — Niech mieszka na balkonie. I koniec dyskusji.

Ola otworzyła usta, jakby chciała się kłócić, ale się rozmyśliła.

— Dobrze. Na razie na balkonie. Na razie.

Zapamiętałem to "na razie" tylko dlatego, że jeszcze tego samego dnia, wchodząc po schodach z pocztą dla góry, zobaczyłem przez uchylone drzwi rudego jamniczka, który spacerował po przedpokoju Nowickiego, jakby to mieszkanie należało do niego od zawsze. Miała taki pyszczek, jakby już wszystko o świecie wiedziała, i nikogo się nie bała.

Przez następne tygodnie zachodziłem częściej niż zwykle — miałem dla niego czasem przesyłkę z apteki, więc pukałem zamiast wrzucać do skrzynki. I za każdym razem widziałem kawałek tej historii, jak przez uchylone drzwi ogląda się serial w odcinkach.

Raz zastałem go, jak stał na środku salonu i patrzył na fotel.

— Do balkonu — powiedział do fotela, a właściwie do czegoś pod fotelem. Pies nie wyszedł. Ziewnął tylko, szeroko, z zadowoleniem, i zostawił po sobie kudłaty ogon wystający spod mebla.

Innym razem, gdy przyniosłem mu list polecony z ZUS-u, usłyszałem, jak czyta na głos gazetę przy śniadaniu.

— Podwyżka za gaz o osiemnaście procent od października. Skandal.

Pies szczeknął raz, krótko.

Nowicki spojrzał znad gazety.

— Zgadzasz się? — Cisza. — No właśnie. Skandal.

Uśmiechnąłem się wtedy pod nosem i poszedłem dalej roznosić listy, ale zapamiętałem tę scenę, bo w oczach starego człowieka było coś, czego nie widziałem od pogrzebu pani Krystyny.

W lipcu spotkałem go w warzywniaku na rogu — kupował karmę. Trzymał w ręku dwa opakowania: jedno tańsze, jakieś dwadzieścia złotych, drugie za czterdzieści pięć, z napisem "dla psów aktywnych ras małych, z jagnięciną". Ważył je w dłoniach, jakby to była jakaś poważna decyzja finansowa.

— Panie Stanisławie — powiedziałem, bo znaliśmy się na tyle, żeby zagadać — dobrze pan wygląda ostatnio.

— A, Wieczorek. — Machnął ręką na kasjerkę, żeby chwilę poczekała. — Ten piesek biega cały dzień po mieszkaniu jak szalony. Trzeba jej dać coś porządnego.

Kupił droższe. Nie skomentowałem, ale pomyślałem sobie wtedy: no proszę, "na razie na balkonie" trwa już miesiąc, a jamnik je jagnięcinę za czterdzieści pięć złotych.

Sąsiadka z parteru, pani Halina, która prowadzi warzywniak, powiedziała mi później, że Nowicki zaczął przychodzić po zakupy codziennie zamiast raz na tydzień, jak dawniej. Kupował świeże warzywa, czasem kość wołową u rzeźnika obok — dla psa, jak twierdził.

We wrześniu, prawie rok po śmierci żony, zastałem go na klatce w piątek wieczorem — schodził z torbą do samochodu wnuczki, która parkowała pod blokiem. Niósł ten sam plecak, który Ola przywiozła w czerwcu.

— Wyjeżdża pani Ola? — spytałem, choć widziałem.

— Wraca po studiach do Poznania. Zabiera psa.

Powiedział to spokojnie, ale ręka, która trzymała pasek plecaka, trzymała go trochę za mocno.

Wieczorem, gdy wracałem z ostatniej tury dostaw, zobaczyłem światło w oknie Nowickiego na drugim piętrze — mimo że było już po dwudziestej pierwszej, dawno po jego zwykłej porze gaszenia lampy. Zajrzałem, bo skrzynka na klatce była otwarta, a to niepodobne do niego, żeby zostawiać ją bez zamknięcia.

Drzwi mieszkania były uchylone. Zapukałem.

Nowicki stał w przedpokoju, a przy jego nogach siedziała ta sama rudawa jamniczka, z pyszczkiem opartym na jego kapciu.

— Myślałem, że wnuczka ją zabrała — powiedziałem.

— Zabrała się sama, do Poznania. Psa zostawiła. — Schylił się i podrapał ją za uchem, machinalnie, jakby robił to od lat. — Powiedziała, że w akademiku nie wolno trzymać zwierząt. A ja powiedziałem, że u mnie będzie porządek.

— I będzie?

Popatrzył na mnie, a potem na psa, który wsunął nos w jego kapeć jeszcze głębiej.

— Będzie. Tylko inny, niż myślałem.

Nie pytałem więcej, bo miałem jeszcze dwie przesyłki do dostarczenia, a poza tym czułem, że to nie jest moja sprawa, żeby drążyć. Ale zapamiętałem tamten wieczór, bo od tamtej pory, przynosząc mu pocztę, zawsze słyszałem zza drzwi to samo — najpierw ciche szczeknięcie, potem jego kroki, a dopiero na końcu zgrzyt zamka.

Miesiąc później, w październiku, spotkałem go na targu przy ulicy Górnośląskiej — kupował kość u rzeźnika, tego samego, u którego moja żona bierze schab. Miał na sobie nowy sweter, nie ten stary w łaty, który nosił od zimy poprzedniego roku. Jamniczka siedziała u jego stóp na smyczy, obwąchując stragan z serami.

— Panie Bogdanie — zawołał mnie, bo pierwszy raz w życiu zawołał mnie po imieniu, a nie "panie listonoszu" — niech pan popatrzy, jak ona rządzi całą ulicą.

Popatrzyłem. Rządziła.

Nie wiem, czy Ola wróciła kiedyś po psa, czy zostawiła go na stałe świadomie, czy z konieczności. Nie moja rzecz to sprawdzać. Wiem tylko, że mieszkanie na drugim piętrze przy Górnośląskiej, w którym przez rok po śmierci żony panowała cisza gorsza niż jakikolwiek hałas, teraz ma zapalone światło o dziewiętnastej, głośne czytanie gazety przy śniadaniu i rudego jamnika, który śpi na kocu koło łóżka, a nie na żadnym balkonie.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

6 + 2 =

Sąsiad z klatki obok