Miedza za stodołą, człowiek bez imienia

Krystyna Wołoszyn zbierała jeżyny przy miedzy, kiedy usłyszała jęk. Sierpień dogorywał, słońce grzało jeszcze mocno, a w powietrzu unosił się zapach przejrzałych owoców i suchej trawy. Postawiła wiklinowy koszyk na ściernisku i rozgarnęła gałęzie tarniny. Za krzakiem, w rowie odgraniczającym pole sąsiada, leżał mężczyzna twarzą w dół. Koszula miał podartą na plecach, przy skroni zaschła mu smuga krwi, a ręce związane z tyłu sznurem od bel siana.

Krystyna kucnęła i przyłożyła dwa palce do jego szyi. Puls był, słaby, ale był. Wyjęła z kieszeni fartucha chusteczkę, poślinila ją i przetarła mu usta. Mężczyzna poruszył powiekami.

— Pani… jest tu pani?

— Jestem, jestem. Cicho.

Zajęła się węzłami. Sznur wżarł się w nadgarstki tak głęboko, że skóra pod nim posiniała. Paznokciami rozgrzebywała pętlę po pętli, klnąc pod nosem na sękate, twarde uzły. Kiedy w końcu ręce się uwolniły, mężczyzna jęknął i osunął się na bok.

— Wstać pani mi pomoże?

Nie od razu dał radę stanąć. Nogi miał zdrętwiałe, uginały się jak u nowo narodzonego cielaka. Krystyna podała mu ramię, potem znalazła w rowie kij od płotu i wsadziła mu w dłoń. Do jej domu na skraju wsi było dobre półtora kilometra polną drogą. Szła przodem, nasłuchując, jak za nią chrzęści żwir i jak nierówno oddycha. Kij stukał o ziemię w nierównym rytmie. Za każdym razem, gdy się potykał, przystawała i czekała, aż złapie równowagę.

Krystyna od piętnastu lat prowadziła we wsi Zalesie Duże, w powiecie kutnowskim, mały gabinet ziołoleczniczy — bez szyldu, bez rejestracji, ot, po prostu ludzie przychodzili, bo babka jej babki też tak umiała. Sąsiedzi mówili na nią "ta od ziół". Miała pięćdziesiąt trzy lata, męża pochowała siedem lat temu, syn mieszkał w Łodzi i dzwonił raz w tygodniu, w niedzielę po dwudziestej.

Kiedy przez sad dojrzała dach swojej chałupy, mężczyzna zatrzymał się i oparł czołem o pień jabłoni.

— Nie dam rady…

— Dasz. Jeszcze sto metrów.

Poprowadziła go przez podwórko od tyłu, mijając kurnik, żeby nikt z drogi nie zobaczył. Otworzyła drzwi do letniej kuchni, gdzie stało zapasowe łóżko z siennikiem, i pomogła mu przekroczyć próg. Dopiero kiedy zamknęła za nimi drzwi na skobel, w świetle naftowej lampy zobaczyła jego twarz bez zarostu przyklejonego zaschniętą krwią — i poczuła, że coś jej ściska w żołądku. Twarz wydała się jej znajoma, choć nie umiała powiedzieć skąd.

Ułożyła go na sienniku, obmyła rany rumiankowym naparem, na skroń przyłożyła okład z babki lancetowatej. Mężczyzna zasnął niemal natychmiast, twardo, jak po wielogodzinnym marszu. Krystyna usiadła na stołku obok i patrzyła na jego ręce — dłonie miał gładkie, bez odcisków, jakby nigdy nie trzymał w rękach ani widłów, ani młotka. Na przegubie, tam gdzie sznur zdarł skórę, dostrzegła bladą kreskę po dawnej bliźnie chirurgicznej. Nie wyglądał na miejscowego.

Obudził się dopiero następnego dnia po południu. Powiedział, że nazywa się Marek, że jechał służbowo z Warszawy do Kutna i po drodze wpadł w jakieś kłopoty, których nie chce wciągać jej w szczegóły — dla jej bezpieczeństwa. Krystyna nie dopytywała. Karmiła go rosołem, zmieniała opatrunki, a wieczorami słuchała, jak radio w kuchni podaje prognozę pogody. Zauważyła, że kiedy na podwórku szczekał sąsiedzki Burek, Marek zrywał się i wyglądał przez firankę, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Trzeciego dnia usłyszała pod płotem samochód. Nie taki, jakie jeżdżą po Zalesiu — czarne bmw, błyszczące nawet pod warstwą kurzu z polnej drogi. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn w garniturach nie do pary z tą okolicą. Krystyna przez uchylone drzwi kuchni zobaczyła, jak jeden z nich stuka w bramę do sąsiadów, pyta o coś, pokazuje zdjęcie na telefonie.

Weszła do letniej kuchni. Marek siedział już na łóżku, blady jak ściana.

— To po mnie — powiedział cicho. — Musi mnie pani stąd wyprowadzić. Tylnym wyjściem, przez sad, do lasu.

— Kim ty jesteś, Marku?

Milczał chwilę za długo.

— Nazywam się Marek Suski. Byłem księgowym w firmie budowlanej w Kutnie. Zobaczyłem w papierach, że wspólnicy przez trzy lata wyprowadzali pieniądze z inwestycji unijnej na remont drogi powiatowej. Ponad milion sto tysięcy złotych. Chciałem to zgłosić do prokuratury. Wywieźli mnie za wieś, żeby mnie nastraszyć. Albo gorzej.

Krystyna patrzyła na niego długo. Potem wyjrzała przez okno — bmw wciąż stało pod płotem sąsiadów, ci dwaj rozmawiali teraz z Zenkiem, który hodował kozy i wszystko widział, bo miał zwyczaj siedzieć na ławce od świtu.

Nie zaprowadziła Marka do lasu. Zamiast tego zadzwoniła do syna do Łodzi, a ten połączył ją z kolegą z liceum, który pracował w Centralnym Biurze Śledczym. Przez telefon podyktowała nazwiska, które wymamrotał Marek w gorączce pierwszej nocy — nazwiska, których teraz, na trzeźwo, sam już nie chciał powtórzyć. Dwie godziny później na podwórko wjechał nieoznakowany radiowóz, a za nim drugi. Ludzie z bmw zniknęli, zanim funkcjonariusze zdążyli wysiąść.

Marek zeznawał przez cały następny tydzień. Krystyna dowiedziała się wtedy więcej, niż jej powiedział pierwszego dnia: że nie był zwykłym księgowym, tylko głównym księgowym firmy, i że to on osobiście podpisywał część tych fałszywych faktur, zanim się połapał, na co się pisze. Prokurator zaproponował mu status świadka koronnego w zamian za pełne zeznania przeciwko właścicielom firmy.

Kiedy po miesiącu wyzdrowiał na tyle, żeby chodzić bez laski, przyszedł do Krystyny z kopertą.

— To za pani kłopoty. Piętnaście tysięcy. Więcej teraz nie mam, konta mam zablokowane do czasu procesu.

Krystyna nie wzięła koperty do ręki.

— Nie leczyłam cię za pieniądze, Marku. I nie zamierzam ich brać teraz.

Zamiast tego wyjęła z szuflady komody stary zeszyt w kratkę, w którym od piętnastu lat zapisywała, komu i za co dawała zioła, kto ile jej winien i komu przebaczyła dług, bo nie miał z czego oddać. Otworzyła na ostatniej stronie i przy jego imieniu napisała jedno słowo: "spłacone" — mimo że koperty nie tknęła.

— Jak wyjdziesz stąd, idź od razu do notariusza w Kutnie i zgłoś się do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie ochrony sygnalistów. Sam. Beze mnie. Ja swoje już zrobiłam.

Marek wyszedł tego samego dnia po południu, w wypożyczonych od syna Krystyny spodniach, bo swoje przy zatrzymaniu ktoś mu podarł. Odprowadziła go tylko do bramy. Kiedy jego autobus do Kutna zniknął za zakrętem drogi, wróciła do kuchni, wzięła koszyk po jeżynach i wyszła znów na miedzę — bo owoce same się nie zbiorą, a jesień tego roku, jak zwykle, nie zamierzała czekać.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedem + 4 =

Miedza za stodołą, człowiek bez imienia