Sąsiadka wyjeżdżała na dwa tygodnie na wakacje i przyniosła nam coś z brzuchem zwisającym do podłogi i dwoma jasnymi punktami, abyśmy się tym zaopiekowali.
Na jego czole zarysowały się wyraźnie widoczne zmarszczki.
„Zdrajczyni i potworna baba” – można było wyczytać z pyska kota, kiedy ten patrzył na swoją właścicielkę, jak tłumaczy nam, czym najlepiej go karmić.
Ku naszemu zdziwieniu Ferdynand jadał rzeczy, których nawet my nie jedliśmy.
Zwykle nie było nas stać na kupowanie świeżej cielęciny, indyka czy królika. Kot rozłożył się na środku kuchni i z arogancją patrzył na zdziwienie mojego dziadka, który podczas wojny musiała żywić się resztkami ziemniaków, a ten kot miał tak bogate menu.
– Halina, a czym on zasłużył sobie na takie obiady? Obronił Cię kiedyś czy co? Przecież to psy bronią ludzi, wyciągają ich spod gruzów, a co zrobił ten Twój Ferdynand, że tak go rozpieszczasz?
Wszyscy razem spojrzeliśmy na kota, starając się zrozumieć, jaka jest jego zasługa.
Ferdynand mruknął i zamknął oczy.
Ignorując pytanie, sąsiadka wyjęłą z kieszeni mały słoik, w którym znajdował się czarny kawior i powiedziała, że można mu dać łyżeczkę dziennie, tak dla zdrowotności kota.
Stojąc w przejściu między korytarzem a kuchnią, usłyszałem jak dziadek, odprowadzając Halinę, cicho pod nosem powiedział „no walnięta”.
Sąsiadka zatrzymała się w drzwiach i wzdychając, dodała jeszcze na koniec:
– I niech zawsze ktoś z Was będzie w pobliżu, ponieważ Ferdynand nie toleruje bycia samemu.
– Czego nie toleruje?! – zapytał dziadek.
– Samotności – powtórzyła Halina i dodała: – trzeba się z nim bawić, głaskać go i drapać po brzuszku. Tylko głowy nie dotykaj, bo tego nie lubi.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił dziadek, kiedy drzwi się zamknęły, było położenie dłoni na tym łysym kocie, między uszami. Ten gest oznaczał zniesienie władzy kota.
– Co, to żołądków z kurczaka niby nie zjesz?
Kot syknął, ale dziadek naciskała trochę mocniej i powiedział, że teraz będzie grać, tak jak on mu zagra.
Dziadek wyjął lustro i przez odbijające się słoneczne światło, wodził odbitym punktem po ścianach pokoju. Ferdynand nie znał takiej zabawy, ale od tego momentu najprawdopodobniej zapamiętał ją na całe życie. Kot biegał za punktem godzinę i oczywiście nic nie złapał.
Przemieszczający się punkt raz był na dole ściany, innym razem na suficie, a potem wrócił w okolicę łap kota, by znowu poszybować przez jego pysk do góry. W pewnym momencie już nawet ja chciałem, żeby słońce zaszło, zanim kot umrze ze zmęczenia.
O zachodzie słońca Ferdek zeżarł żołądki z kurczaka, mruknął niewyraźnie i zasnął.
Dziadek popychał mu jeszcze łyżeczkę z kawiorem pod nos i mówił:
– No dalej, jedz! Jutro znowu się pobawimy!
