Pewnego dnia, gdy wracałem do domu z treningu, zobaczyłem na jednej z ulic ogromne drzewo morwy. Gałęzie zwisały aż do ziemi, obwieszone owocami, które zaczęły spadać pod wpływem wiatru.
Cóż, nie mogłem przejść koło nich obojętnie, więc zacząłem zrywać i zajadać się pysznymi owocami.
Obok mnie przeszła matka z dzieckiem. Dziecko spojrzało na mnie i sięgnęło do gałęzi. Usłyszałem, jak matka syczy do dziecka; “ Oszalałeś?! Są brudne! Pójdziemy do sklepu, kupię ci jakieś owoce, umyjemy je w domu i sobie zjesz. Nigdy, słyszysz, nigdy nie rób tego co ten pan. Tam są zarazki, mogą cię zabić!”
Dziecko westchnęło i spojrzało z żalem na pana, którego według wersji matki, straszne zarazki powinny już wciągnąć w jakiś zaułek za nogę i tam go zjeść.
A ja zamarłem, z ustami wypełnionymi jagodami i liśćmi.
I moje dzieciństwo minęło przed moimi oczami.
Budzisz się, chwytasz chleb, kiełbasę, nóż. Mama krzyczy: „skaleczysz się to cię ukarzę!” Ucinasz się w palec. Z ręką za plecami, bokiem wzdłuż ściany, wychodzisz na ulicę. Skóra wisi na włosku. Przyklejasz go klejem i obwijasz liściem babki lancetowej. Najważniejsze, żeby mama się nie dowiedziała. Bo przyłoży..
Na ulicy razem z Bartkiem jemy wspólnie kanapkę. O gryz, ja gryz, po bratersku. Kanapka spada, oczywiście kiełbasą w dół. W dzieciństwie mieliśmy takie prawo “szybko podniesione nie jest uważane za upadłe”. Strząsamy kiełbasę i dalej jemy chleb.
Biegnę do swoich przyjaciół. Gramy w wojnę Dostałem z procy piętnaście razy. Cóż, byłem wytrwały. Siedziałem później oblepiony listkami babki.
Zrobiliśmy z gumy bungee. Jako najodważniejszy skaczę z najwyższego drzewa. Ląduję twarzą na ławce, łamię nos, rozwalam sobie usta, wyszczerbiam ząb. Krew tryska jak z fontanny. Wkładam babkę do nozdrzy. Najważniejsze, żeby mama się nie dowiedziała.
Zrobiliśmy z bratem dziadkowi i siostrze „sufit”. Wygląda to tak, że naciągasz nad śpiącą osobę prześcieradło i krzyczysz ” sufit spada!”. Siedzieliśmy trzy dni na lipie i próbowaliśmy jeść korę. Dziadek chodził na dole z kijem i mamrotał „ech, strzelba byłaby teraz dobra”.
Pojechaliśmy na działki. Trzech na jednym rowerze. Ktoś wsadził nogę w łańcuch, ktoś przewrócił się przez kierownicę. Nie wszyscy dotarli do celu. Straty bojowe. Po drodze zbieraliśmy ogórki, pomidory i kabaczki. Najważniejsze jest to, że w domu w ogrodzie każdy ma własne kabaczki. Ale trofea są smaczniejsze.
Zakładaliśmy się, kto zje arbuza leżącego na kamieniu, bez użycia noża czy widelca. Siedzieliśmy zadowoleni, cali w nasionach, lepcy od soku. Muchy łaziły po nas i lizały sok.
Założyłem się z chłopakami, że przepłynę staw. Cóż, pływałem od trzech dni. Uratował mnie mężczyzna na łodzi. Siedziałem wypluwając muł i żaby, żeby tylko mama się nie dowiedziała.
Wygaszone ognisko. Umieszczaliśmy w nim naboje i łuski. Chowaliśmy się w wąwozie a po “ostrzale” czołgaliśmy się brzuchem po ziemi. Cóż, wróg nie drzemie, podniesiesz tyłek – zastrzelą.
Wrzucaliśmy ziemniaki do ogniska. Pożeraliśmy je w całości wraz z łupinami. Twarz cała czarna ale szczęśliwa..
W nocy poszliśmy obrywać wiśnie sąsiada. Sąsiad spuścił psa. Pies pogryzł nam tyłki i pięty. Znowu, witaj babko lancetowa, dawno się nie widzieliśmy.
Babcia goniła nas do domu i uderzała kijem po grzbiecie. Myśleliśmy tylko o tym, żeby nie powiedziała nic mamie.
Krótko mówiąc, żadne drobnoustroje nie były dla nas straszne w dzieciństwie. To zarazki się nas bały.
Baliśmy się tylko mamy.
Bo mama dołoży!






