Mój mąż i ja od 8 lat staramy się o dziecko. Bardzo chciałam być mamą. W końcu zdaliśmy sobie sprawę, że nie ma sensu tracić czasu i zdecydowaliśmy się na adopcję dziecka.
Mój mąż nie do końca pochwalał tę decyzję, ale widząc jak mi zależy, w końcu się zgodził. Bardzo długo zastanawialiśmy się, które dziecko wybrać. Każde z nich marzyło o rodzicielskiej miłości i trosce. Ale mój mąż był bardziej stanowczy. Chciał chłopca, który okres pieluchowy ma już za sobą.
Polubił jednego z chłopców, 4-letniego Kamilka. Zgodziłam się na jego wybór więc ruszyła procedura adopcyjna.
Kilka miesięcy później chłopiec już z nami mieszkał. Nie było problemów z adaptacją. Kamilek zaimponował mi swoją życzliwością, uprzejmością i manierami. Od razu obudziły się we mnie uczucia macierzyńskie i przywiązałam się do niego. Ale mąż nie mógł znaleźć wspólnego języka z chłopcem. Komunikował się z dzieckiem za pomocą rozkazów i nakazów.
Rok później mój mąż postawił mnie przed wyborem: albo rozwód, albo oddamy Kamila do sierocińca. Sądziłam, że żartuje. Bardzo kochałam mojego męża i wątpiłam w to, że mógłby oddać chłopca z powrotem sierocińca. Okazało się, że nie żartował. Dodatkowo postanowił ułatwić mi wybór i po prostu oddał syna do domu dziecka.
Całą noc przepłakałam, nie mogłem spać i myślałam o Kamilku. Zrozumiałam, że nie wyobrażam sobie życia bez tego chłopaka. Rano, skoro świt, pojechałam go odebrać.
„Wiedziałem, że przyjdziesz. Wierzyłem! Wszyscy mówili, że mnie porzuciłaś! – krzyknął Kamilek.
— Teraz będzie nam dobrze. Zawsze będę po twojej stronie.
I tak zaczęło się nasze nowe życie z Kamilkiem. Z mężem się rozwiodłam i wróciłam do nazwiska panieńskiego. Nie chce mieć nic wspólnego z człowiekiem, który nie ma sumienia.
