Kiedy w pierwszy ciepły weekend tego roku wybrałam się z mężem na naszą działkę nad jeziorem, wspominaliśmy szaloną historię jej zakupu. Na co dzień żyjemy w mieście, nie mamy dzieci z powodów zdrowotnych, więc taka działka w rekreacyjnej okolicy była spełnieniem naszych marzeń. Kilka lat temu trafiliśmy wspaniałą okazję i nie traciliśmy czasu – godzinę od publikacji ogłoszenia mój dzwonił do właścicielki i ustalał warunki zakupu. Okazało się, że to w pełni własnościowa działka, na której stał piękny i prawie nowy drewniany domek. Lokalizacja była bajkowa – z jednej strony działkę zacieniał las, a z drugiej płynęła rzeka, wpadająca do urokliwego jeziora. Cena, jak na taką okolicę wydawała się mocno okazyjna. Następnego dnia jechaliśmy obejrzeć przyszłą własność i spisać umowę w obecności notariusza. Gdy dokonaliśmy wszystkich płatności i otrzymaliśmy klucze, poprzednia właścicielka przypomniała sobie, że zostawiła w domku jakieś rzeczy osobiste i poprosiła, żebyśmy zostawili jej klucze, a potem miała nam je podrzucić do miasta. Nie spodziewaliśmy się po niej niczego podejrzanego, więc się zgodziliśmy.
Do dziś nie potrafię pojąć co ona miała w głowie, ale wyobraźcie sobie, że faktycznie przywiozła nam klucze, ale z dwudniowym opóźnieniem, a kiedy udaliśmy się w kolejny weekend, by wypocząć w naszej nowej nieruchomości, po domku nie zostało nawet śladu! Gdyby nie nasze zdjęcia sprzed tygodnia i brak trawy po dawnym obrysie domku, nikt by nam nie uwierzył, że coś takiego tam kiedyś stało. Zanim zgłosiliśmy sprawę na policję, zadzwoniliśmy do byłej właścicielki, by dowiedzieć się kiedy była tam po raz ostatni i ustalić przybliżoną datę kradzieży. Niestety numer nie odpowiadał, więc zadzwoniliśmy pod numer alarmowy i czekaliśmy na przyjazd funkcjonariuszy policji. Na podstawie naszych zeznań, jako główną podejrzaną podali byłą właścicielkę i w ciągu dwóch dni ją odnaleźli.
Przerażona kobieta, której groziło więzienie, do wszystkiego się przyznała i zobowiązała się do zwrotu domku i rekompensaty za wszelkie straty (choćby zniszczenie podwórka). Zgodziliśmy się wycofać zeznania, ale kobieta i tak miała problemy, jednak my już dłużej nie wnikaliśmy w szczegóły. Najzabawniejsze było jednak to, że była właścicielka nie miała pojęcia jak łatwo było ją namierzyć po danych, które przekazała nam wraz z umową sprzedaży nieruchomości. Myślała, że zlikwidowanie numeru telefonu uchroni ją przed wszelkimi konsekwencjami oszustwa, którego się dopuściła.
