Długo mieszkałam sama, nie miałam szczęścia do facetów, ale przynajmniej świetnie zarabiałam. Na tyle dobrze mi się powodziło, że kupiłam własne mieszkanie i to nie byle jakie. Przyjaciółka mojej mamy wyprowadzała się akurat z kraju wraz ze swoją rodziną i potrzebowali pilnie sprzedać trzypokojowe przestronne mieszkanie – udało mi się je dostać za całkiem przyzwoitą cenę. Miałam nadzieję, że kiedyś poznam godnego zaufania mężczyznę i będziemy mieć dzieci, więc kupno kawalerki nie wydawało mi się lepszym pomysłem niż mój zakup, którego dokonałam. Moje nowe mieszkanie napawało mnie dumą i radością.
Kiedy wracałam z pracy, bardzo często spotykałam małego chłopca niedaleko bloku, w którym mieszkałam. Któregoś razu zaniepokoiło mnie, że po raz kolejny bawi się bez nadzoru i postanowiłam do niego zagadać – powiedział, że ma 6 lat i ma na imię Leon. Zauważył, że mam torbę z zakupami i zapytał czy mam coś dla niego, bo jest głodny, więc podzieliłam się z nim kabanosami i świeżym pieczywem. Od tamtej pory często przynosiłam mu coś do jedzenia i stopniowo poznawałam jego historię. Jakiś czas wcześniej zmarła jego mama, a ojciec alkoholik sprowadził nową kobietę, która się nim nie interesowała. Było mi go żal, ale nic więcej nie mogłam dla niego zrobić.
Wydaje mi się, że Leoś przyniósł mi szczęście, bo mniej więcej w tym okresie spotkałam Piotra – zaradnego mężczyznę dwa lata starszego ode mnie, który prowadził wspólnie z ojcem rodzinny biznes. Przypadkiem wpadliśmy na siebie na ulicy i zaprosił mnie na spontaniczną kawę, a podczas tego spotkania dowiedziałam się mnóstwa szczegółów o jego szczęśliwym życiu. Zaczęliśmy się spotykać i po miesiącu przedstawił mnie rodzicom, którzy byli mną zachwyceni. Randki z Piotrem pochłaniały mnie całkowicie, po pracy pędziłam prosto do niego i bardzo późno wracałam do domu. Pewnego razu pod klatką mojego bloku spotkałam płaczącego Leona, który zapytał czy może u mnie spać tej nocy. Nie umiałam mu odmówić, przyrządziłam pożywną kolację, przygotowałam mu kąpiel i pościeliłam w małym pokoiku.
Gdy Leon zasnął, zadzwoniłam do Piotra i poprosiłam, by do mnie przyjechał. Opowiedziałam mu o chłopcu i zapytałam o radę, bo zupełnie nie wiedziałam co robić, a on polecił, żebym dała Leonowi się wyspać i wzięła urlop następnego dnia w pracy. Potem obiecał, że wróci następnego dnia i wyszedł. Wrócił z samego rana ze swoją matką, która od progu szeroko się do mnie uśmiechała. Piotr w tym momencie oświadczył mi się, a ja ze szczęścia krzyknęłam, niechcący budząc Leona. Razem z Piotrem planowaliśmy skromny ślub, a jego mama pomagała nam załatwić dokumenty adopcyjne i po kilku miesiącach Leon został naszym synem. Okazało się, że tamtej nocy jego ojciec zmarł, a macocha wyrzuciła go z domu, nie chcąc mieć z nim nic wspólnego.
Rok po tych wydarzeniach urodziła się nasza córeczka, a Leon chodził jak struty, dopóki nie obiecaliśmy mu, że nigdy nie przestaniemy go kochać. Od tamtej pory był najwspanialszym starszym bratem dla Wiktorii. Nasza rodzina jest bardzo silna i szczęśliwa, nigdy nie traktowałam gorzej żadnego z dzieci, kocham je tak samo, mimo, że tylko jedno z nich urodziłam. Od ślubu minęło już 20 lat, nasze dzieci mieszkają ze swoimi rodzinami, ale nie zapominają o nas i często nas odwiedzają, okazując swą miłość.
