Moja rodzina nie funkcjonuje tak, jak powinna. Ja mieszkam w jednym mieście, a moja żona w drugim. Przyjeżdża do mnie i do córki tylko na weekendy i bardzo mi się to nie podoba.
Nie chcę widywać żony tylko przez dwa dni w tygodniu. Czuję się jak samotny ojciec, a ona żyje pełnią życia. Poza tym, kiedy przyjeżdża, to tak naprawdę spędzamy tylko jeden pełny dzień, ponieważ drugi musi spędzić z przyjaciółkami i rodzicami.
Wszystko zaczęło się pół roku temu. Żona awansowała i to na naprawdę prestiżowe stanowisko. jedynym warunkiem było to, że musiała się przenieść do Warszawy, ale w związku z tym, że mamy na głowie kredyt hipoteczny, a ja mam pensję nauczycielską, więc niewiele zarabiam, nie mogliśmy wybrzydzać.
Żona postanowiła więc pojechać do Warszawy. Wiedzieliśmy, że nie jest to idealne rozwiązanie i nie będzie można żyć tak wiecznie, ale oboje trzymaliśmy się przy tym, że to tylko na jakiś czas, a potem wszystko wróci do normy. Ani ja, ani moja żona tego nie chcieliśmy, ale trzeba było jakoś żyć.
Żona wynajęła pokój, ponieważ koszty wynajmu kawalerki czy dwupokojowego mieszkania w stolicy są obecnie naprawdę duże. Niestety, codzienne dojazdy do Warszawy także nie wchodziły w grę, bo nasza miejscowość jest oddalona od stolicy aż o 250 km.
Niestety, okazało się, że mimo tego, iż nie widzimy się przez cały tydzień, to kiedy przyjeżdża do domu w weekendy, ona nie zamierza poświęcać nam całego czasu, gdyż ma jeszcze rodziców czy przyjaciół, z którymi koniecznie także musi spędzić czas. Poza tym śpi do obiadu, więc ani ja, ani córka nie możemy się w sumie nacieszyć z jej obecności.
Dziecko bardzo tęskni za mamą, a ja za żoną, w której nie mam już żadnego wsparcia. Uważam, że nie da się tak żyć i zbudować rodziny, więc jeśli nic się nie zmieni, wszystko może skończyć się rozwodem.
Kilka miesięcy temu zacząłem sugerować żonie, że tutaj niewiele mnie trzyma, mogę przecież zmienić pracę, a córka może przecież zmienić szkołę, więc może zamieszkalibyśmy wszyscy w Warszawie. To mieszkanie wynajmiemy i będziemy mieć dodatkowy dochód. Żona chociaż nie musiałaby co tydzień podróżować tam i z powrotem.
– Po co macie się przeprowadzać, skoro i tak cały dzień jestem w pracy? W weekendy wracam do domu, co Ci nie pasuje? – oburzyła się żona.
Próbowałem jej wytłumaczyć, że dzięki temu będziemy mogli spędzić więcej czasu, bo za niedługo córka zapomni, jak wygląda jej mama. Żona jednak to zlekceważyła. Potem do mojej głowy wkradły się wątpliwości. Może żona ma kogoś, skoro jest tak bardzo przeciwna temu, abyśmy zamieszkali wszyscy razem w Warszawie? Kiedy powiedziałem jej o moich podejrzeniach, nazwała mnie zazdrosnym idiotą, bo ona dla nas tyle pracuje, a ja mam czelność jej coś takiego mówić.
– O co Ci chodzi? Pracuję na nas i na kredyt? Pracuję! Więc zajmij się sobą, naszym dzieckiem i nie wymyślaj głupot! – mówiła wściekła żona.
Wolałbym już pracować na dwa etaty, ale mieć normalną rodzinę, niż taką na odległość. Chcę, żeby moje dziecko widziało matkę, a nie dorastało z “niedzielną mamusią”. Oburza mnie też fakt, że moja żona jest zdecydowanie przeciwna naszej przeprowadzce. Co może być tego przyczyną?
