Mężczyzna wsiadł do autobusu. Ogromne soczewki spoczywające na jego nosie były tak grube, że nie było widać za nimi oczu. W prawej ręce trzymał sztywną smycz psa przewodnika. Bernardyn. Wielki pies. Bardzo piękny.
Z przedniego siedzenia wstało dwoje ludzi naraz, ustępując mu miejsca. Mężczyzna stukając laską próbował zobaczyć, gdzie usiąść. Jedna z kobiet wstała i wzięła go pod lewy łokieć. Obok niego znalazł się pies. Autobus odjechał. To był kurs międzymiastowy i ludzie przygotowywali się do drzemki.
Aż nagle….
Mały kotek wyrwał się z rąk jednej z pasażerek siedzących na tylnym siedzeniu. Pobiegł a raczej przetoczył się przez przejście i zatrzymał się w pobliżu ogromnego psa. Ludzie siedzący w autobusie wstali i zamarli.
Mały kot był tak mały, że trudno było określić jego kolor. Albo czerwony albo szaro-czerwony. Rozłożył szeroko nogi, uniósł ogon sztywno do góry a każdy z jego włosów stanął dęba. Próbował syczeć i warczeć na paskudnego psa. Ale mu nie wyszł. Zamiast przerażających i groźnych dźwięków z jego gardła wyskoczyło żałosne miauczenie.
Autobus wypełnił się śmiechem. Właścicielka podbiegła i po podniesieniu malucha poszła z nim na tylne siedzenie, namawiając go po drodze, by się uspokoił, ale…
Ale znowu się wyrwał i rzucił się do bernardyna aby pokazać mu kto tu rządzi. Kotek, uciekając, z całej siły uderzył w potężną łapę psa i odleciał żałośnie miaucząc. Pies opuścił głowę i polizał dziecko. Kotek podskoczył z oburzenia. Nie mógł pozwolić, by jakiś tam pies traktował go tak lekceważąco.
Machając ręką kobieta z ostatniego rzędu przeniosła się obok niedowidzącego mężczyzny i rozmawiała z nim, od czasu do czasu powtarzając próby podniesienia rozzuchwalonego kiciusia, którego nadal lizał pies.
Wysiedli razem z autobusu. Kobieta prowadziła mężczyznę pod ramię, a ten przepraszał i mówił, że nie potrzebuje pomocy. Jednak robił to jakoś niezdecydowanie. Najwyraźniej był bardzo zadowolony z uwagi, jaką poświęcała mu kobieta.
Pogoda była niesamowita. Słońce świeciło a ptaki śpiewały szczególnie pięknie. Szli ulicą a twarz mężczyzny jaśniała z przyjemności. W końcu obok niego była taka kobieta. Taka.
Zaczęli się spotykać. A raczej zaczęła go odwiedzać pod pretekstem tego, że kotek tego chciał. Bała się przyznać, że jest zainteresowana tym nieśmiałym, praktycznie ślepym mężczyzną a on…
Tym bardziej nie odważył się jej nic powiedzieć. Tylko czasami prosił o pozwolenie, aby zbliżyć się i spróbować spojrzeć na jej twarz. Była bardzo zawstydzona i długo odmawiała ale później się zgodziła. Nie uważała się za piękną, wręcz przeciwnie. Pracując jako terapeuta na izbie przyjęć w klinice, nie miała wystarczająco dużo czasu na makijaż. A w lustrze patrzyła na siebie z obrzydzeniem.
Sześć miesięcy później umówiła się ze znajomym profesorem okulistą na spotkanie. Po wysłuchaniu jej zgodził się przyjąć mężczyznę i zobaczyć, jak można pomóc. Leciała do domu jak na skrzydłach, żeby przekazać taką wiadomość.
Leżał przy wejściu z połamaną prawą nogą i czołgał się po asfalcie, próbując zebrać rozsypane róże.
Podbiegła do niego i przysiadła, unosząc mu głowę. Przytuliła go mocno do siebie.
– Co zrobiłeś? Dlaczego, dlaczego poszedłeś po te kwiaty?
Krzywiąc się z bólu, patrząc na nią niewidzącymi oczami powiedział:
– Przepraszam.. Naprawdę chciałem dać ci bukiet róż. A do domu został spory kawałek. Nie dotarłem…
— Dlaczego. Po co mi te róże? Płakała, dzwoniąc po karetkę.
– Chciałem ci je dać. – Odpowiedział. – I powiedzieć, że jesteś najpiękniejsza i najlepsza. Chciałem też powiedzieć, że gdybym był normalny, zaproponowałbym, żebyś się do mnie wprowadziła.
Przytuliła go i pocałowała.
– Wprowadzę się do ciebie. I jesteś normalny. Najbardziej normalny ze wszystkich mężczyzn, których spotkałam.
Karetka przyjechała w końcu i zabrała ich do szpitala. A sześć miesięcy później, kiedy mógł chodzić, zabrała go do kliniki profesora okulisty. W końcu, dobrze, panie i panowie, kiedy ma się takich znajomychi.
Po operacji zabrano go na osobny oddział. Po znajomości. Siedziała obok niego i bała się. Wydawało jej się, że kiedy ją zobaczy, będzie rozczarowany.
Więc kiedy zdjęto mu bandaże, odwróciła się. Ale na jego radosny krzyk podbiegła do niego.
Widział. Nie idealnie. Ale widział.
Podeszła do niego i powiedziała:
– Proszę bardzo. Widzisz. Wcale nie jestem taka piękna, jak ci się wydawało.
Wziął ją za prawą rękę i przyciągnął do siebie. Potem przytulił i pocałował.
– Jesteś najpiękniejsza na świecie – powiedział. – Nie ma piękniejszej od ciebie.
Tydzień później, kiedy oczy przyzwyczaiły się do światła, nerw oczny zaczął normalnie reagować, a centra wzrokowe w głowie działały wyraźnie, został wypisany.
Pojechali do domu. Nie, nie do niego. Do niej.
Miała bardzo ładne mieszkanie. Duże i jasne. W samym centrum miasta. Po rodzicach dostała. Byli szczęśliwi. Załatwiła mu pracę w przychodni, gdzie pracował na recepcji, jako technik naprawy czegoś tam. Nieważne. Ważne, że byli razem.
Na czym to skończyłem, panowie i panie?
Ach, tak. Oczywiście.
Czerwony kot urósł. Teraz ona i bernardyn byli nierozłączni. A raczej on uważał szkodliwego i paskudnego futrzaka za swoje dziecko. A dzieciom, jak wiadomo, wszystko jest dozwolone. Dlatego kot wybierał najsmaczniejsze kawałki od swojego wielkiego tatusia i ogólnie jako pierwszy podchodził do miski z jedzeniem. Pies chętnie mu na to pozwalał.
Spacerowali też razem ulicą. Rudemu chłopakowi kupiono najpiękniejszą obrożę i długą plecioną smycz. Kot szedł przed ogromnym psem z wysoko uniesionym ogonem. Był ważny. Był dumny. Bo przed tym psem.
Bernardyn lizał syna. I pozwalał mu absolutnie na wszystko.
Cóż, absolutnie wszystko. A jeśli jakieś psy odważyły się szczekać z daleka na jego dziecko, bas i ryk Wielkiego tatusia szybko zagłuszyły wszelkie zastrzeżenia.
Krótko mówiąc, wszyscy byli szczęśliwi.
Wszyscy. A czego jeszcze potrzeba w życiu? Nic więcej nie jest potrzebne.
Dobrze im razem.
Czego i Wam życzę z całego serca.






