Syn jest studentem pierwszego roku. Utrzymujemy go i zapewniamy wszystko, czego tylko potrzebuje do życia. Opłacamy wynajmowane mieszkanie, dajemy pieniądze na studenckie wydatki oraz na jedzenie. Uważamy, że naszym obowiązkiem jest zapewnienie dziecku wykształcenia i chociażby przyzwoitych warunków do życia w okresie, w którym się uczy.
Po 6 miesiącach nauki sprowadził do wynajętego dla niego mieszkania dziewczynę. Od razu wtedy powiedziałam, aby znalazł jakąś pracę, skoro uważa, że jest na tyle dorosły i niezależny, aby żyć z dziewczyną. Przecież mógł znaleźć jakąkolwiek pracę, nawet na ochronie – to nie jest aż tak absorbujące zajęcie, więc mógłby w niej uczyć się albo powtarzać materiał na studia. Powiedziałam jednak, że będziemy jak wcześniej płacić za mieszkanie i dawać mu na jego wydatki, ale nie zamierzamy dawać pieniędzy na ich rozrywki i że w naszej gestii nie jest utrzymywanie tej dziewczyny. Powiedziałam również, że mogę dawać mu od czas do czasu warzywa z ogrodu, ale tylko wtedy, gdy będą pomagać pielić grządki. Syn obiecał, że znajdzie pracę po nowym roku. Postanowiłam więc poczekać na rozwój wydarzeń.
Praktycznie dzień przed sylwestrem syn do nas zadzwonił i poprosił o zrobienie przelewu. Co prawda myślałam, że przyjadą do nas z noworoczną wizytą, ale nie przejęłam się tym i nie zamierzałam się obrażać – są młodzi, muszę się wyszaleć. Zrobiłam mu przelew na 1700 złotych – to dla niego na życie, oprócz tego zamierzałam przyjechac do niego z zakupami, które dla niego zrobiłam.
Piątego stycznia syn zadzwonił i znowu poprosił o pieniądze. Zapytałam, na co w te kilka dni wydał 1700 złotych? Powiedział, że w sylwestrową noc byli w kilku klubach i tak jakoś wydali wszystkie pieniądze. Sami nie mamy nie wiadomo ile pieniędzy, jesteśmy na emeryturze i od czasu do czasu tylko sobie dorabiamy, poza tym większość pieniędzy oddajemy synowi, a on ot tak po prostu je już wydał! Tym razem nic mu już nie wysyłam. Mógł najpierw pomyśleć i zorientować się, że jeżeli wyda wszystko, to nie będzie miał za co kupić sobie nawet i kromki chleba. Teraz niech rodzice dziewczyny im pomogą.
My świętowaliśmy skromnie. Wysłaliśmy córce zdjęcie naszego “imprezowego” stołu i powiedziała, że mogliśmy ją przecież odwiedzić – u niej stół aż uginał się pod ilością jedzenia. Niestety, mieszka ona daleko, a bilety nie są wcale tanie.
A Wy utrzymujecie swoje studiujące dzieci?






