Kiedy skończyłam studia, kategorycznie nie chciałam iść do pracy w swoim zawodzie. Szczerze mówiąc, moje wykształcenie nie było najlepsze – technologia informacyjna nie była na poziomie programowania, ale na poziomie systemów ewidencji i zarządzania dokumentami. Właściwie to można było dostać pracę w jakimś archiwum i gnić tam razem z cennymi dokumentami. doskonale wiedziałam, że właśnie tego nie chcę, więc szukałam czegoś innego na stronach internetowych dla osób poszukujących pracy.
Próbowałam pracować w dostawie, ale nie podobało mi się to. Potem byłam kierownikiem w jednym ze sklepów internetowych, ale zachorowałam i szybko mnie zwolniono. Pod koniec lata, w roku ukończenia studiów, znalazłam pracę, która wydawała mi się idealna – kierownik ds. realizacji zamówień w sklepie plastycznym. Stawka była przyzwoita, nawet jak na okres stażu, a po jego zakończeniu zaoferowano mi dodatkowe wynagrodzenie oraz płatne nadgodziny.
Dyrektor, który przeprowadzał ze mną rozmowę, był bardzo dobrym i kompetentnym człowiekiem, który kochał swoją pracę i sam był artystą, więc dosłownie żył życiem tego sklepu z artykułami plastycznymi. Przez kilka pierwszych dni to on mnie szkolił, a od nowego tygodnia pracy zostałam dosłownie wrzucona na głęboką wodę – i to bardzo łagodnie mówiąc.
Ekipa była po prostu „niesamowita”: zgrani dziwacy, którzy wyznawali dewizę „każdy sobie rzepkę skrobie”. Nie miałam nikogo, kogo mogłabym zapytać o radę, a poza tym wszyscy mnie otwarcie obgadywali na grupowym czacie, najwyraźniej nie zauważając, że dyrektor dodał tam również moje konto. Wydaje się, że wszyscy są mili i otwarci, ale gdy widzą, że otwieram usta, żeby zadać pytanie, udają, że mają coś do załatwienia w innej części pomieszczenia.
Nie zostałam tam długo. Wyjaśniłam dyrektorowi, że trudno mi pracować w takim zespole, bo na początku potrzebuję pomocy i wsparcia. Przeniósł mnie do magazynu, gdzie miałam tworzyć listy przewozowe, pakować paczki i przekazywać je kurierowi. Byli tam głównie młodzi chłopcy, studenci i absolwenci, tacy jak ja. O wiele łatwiej było znaleźć z nimi wspólny język, byli otwarci na zawieranie nowych znajomości.
Myślę, że są po prostu takie „zgrane” zespoły, które nie chcą zaakceptować nikogo innego. Dla nich każdy nowy pracownik jest jak ciało obce w ciele. Lepiej nie próbować przyłączać się do takich grup, a jeśli już się znajdziesz wśród takich osób, to odejść bez żalu, bo to nie twoja wina, że są zamknięci.
Hermetyczny zespół pracowników






