Moja praca od niemal 15 lat polega na bezpośrednim kontakcie z klientami, a ostatnie 10 lat pracuję jako pośrednik w obrocie nieruchomościami. Myślę, że każdy, kto zawodowo ma kontakt z klientami, ma w zanadrzu niejedną ciekawą historię, a ja chciałem podzielić się swoją, która mogłaby pretendować do pierwszej dziesiątki w kategorii absurdu. Pewnego dnia zadzwonił do mnie klient, zainteresowany zakupem mieszkania trzypokojowego. Przesłałem mu kilka propozycji z naszej strony internetowej, a on wybrał jedno z nich. Umówiliśmy się na oglądanie nieruchomości oraz omówienie szczegółów i wtedy pierwszy raz zauważyłem nietypowe zachowanie klienta – przez 40 minut oglądał całkiem puste, nieumeblowane mieszkanie, zaglądając w każdy kąt, choć wszystko było widać jak na dłoni z daleka.
Następnie klient potwierdził, że jest zainteresowany zakupem i, wręczając mi czyjąś wizytówkę, poprosił o przesłanie umowy do jego prawnika. Od razu zapytałem o formę płatności i klient z niemałym oburzeniem w głosie powiedział, że zapłaci gotówką, a później wyszedł, zostawiając mnie bez słowa pożegnania. Wszelkie formalności ustaliłem z jego prawnikiem, a kiedy nadszedł dzień finalizacji transakcji, klient chciał mi wyrwać z ręki umowę i był gotów wszystko podpisać. Powstrzymałem go i zapytałem o kwestię finansową, ponieważ na koncie firmowym nie było żadnego przelewu, a klient nie okazał potwierdzenia wykonania transakcji. Nie widziałem przy nim również żadnej torby z gotówką.
Zaznaczyłem wyraźnie warunki zakupu, na jakie się umawialiśmy, a klient udawał zdziwionego i zarzucał mi nieufność wobec jego osoby. Jak miałem mu ufać, skoro się nie znaliśmy? Przypomniałem mu, że jeśli nie wypełni warunków, do których się zobowiązał, możemy zrezygnować z transakcji i przepadnie mu kaucja. Starałem się zachować spokój, ale wewnętrznie byłem bardzo zdenerwowany, nie lubię tracić czasu na takich ludzi. Wtedy on zaczął się awanturować, wyzywać mnie i żądać zwrotu kaucji… Oczywiście wpadła ochrona, wyprowadzili go i nie doszło do sprzedaży mieszkania. Podałem klientowi jeszcze jeden termin, zaznaczając ponownie warunki zakupu, ale on wciąż wydzwaniał i żądał zakupu mieszkania na własnych warunkach – najpierw umowa, a później zapłata. Oczywiście, są takie możliwości, ale wówczas pieniądze powinny być ulokowane w specjalnej skrytce bankowej, a nie na indywidualnym koncie klienta. Nie mogę ryzykować takiej straty dla firmy, gdyby klient po podpisaniu umowy uchylał się od dokonania płatności.
A Wy, macie jakieś historie z podobnym typem klienta?
