Kotek Józio

Pamiętam to jak dzisiaj, a to był rok dziewięćdziesiąty drugi. Mieliśmy wtedy pewnego kota. Cóż, pojawił się znikąd, a że z dziadkiem mieszkaliśmy w domu jednorodzinnym, to postanowiliśmy go przygarnąć. Najpierw zaczął przychodzić na podwórko, a potem, kiedy poczuł się wystarczająco komfortowo, zaczął sobie leżeć na grządce z marchewką. Kiedy szło się do ogrodu po jakieś warzywa, można było go tam spotkać. To był już duży kot, szary w biało-czarne pasy, nierasowy z poszarpanym uchem.
Początkowo dziadek nie zwracał na niego uwagi: kot jak kot, może uciekł jakiemuś sąsiadowi. Potem ja zacząłem przynosić mu jedzenie. Zwykle czekał aż sobie odejdzie, a potem pożerał wszystko. Sytuacja powtarzała się, aż potem kot praktycznie zamieszkał na naszym podwórku.
Koty to jednak przebiegłe zwierzęta i chyba każdy, kto kiedyś miał z nimi do czynienia może to potwierdzić. Jego miejsce spoczynku wypoczynkowe stopniowo się zmieniało i przenosił się coraz bliżej domu, aż znalazł się na ganku. Dziadek wzdychając przeniósł jego miskę w nowe miejsce. Wreszcie nadszedł dzień uroczystego wejścia kota do naszego domu – czmychnął przez werandę do kuchni. Oswoił się i był już potem członkiem rodziny.
– Jureczku, musimy mu wymyślić imię, skoro to już nasz kot – powiedział dziadek.
To prawda. Jedna wszystkie „mruczki” i miauczki” nie pasowały do wyrazu twarzy doświadczonego myśliwego. W tym przypadku trzeba było pomyśleć nad lepszym imieniem.
Gdzie szukać pomocy i pomysłów? Teraz z pomocą przyszedłby internet, a wtedy była tylko telewizja, w dodatku mieliśmy jeszcze czarno-biały telewizor z kilkoma kanałami. No i faktycznie, telewizja nam pomogła. Ci, którzy pamiętają tamten okres wiedzą, że to był czas seriali. Niewolnica Izaura leciała non stop w telewizji, zresztą podobnie jak inne tego typu seriale.
– Proponuję nazwać go Juan-Manuel – zasugerowałem – brzmi fajnie no i jest nieszablonowe.
Na tym stanęło.
Mój dziadek był osobą prostą, choć wykształconą i w niektórych kwestiach był bardzo bezpośredni. Raz więc wracałem do domu i usłyszałem wołanie „kici-kici”, a potem dziarski krzyk dziadka: „kuźwa! Idź jeść, Ty gnoju, głupi Juan-Manuelu, a nie plączesz się pod nogami! ”.
Umierałem ze śmiechu, nie ukrywam. Sąsiedzi nie wiedzieli, coś się dzieje – to wieś i wszystko szybko się niesie.
Dziadek długo nie mógł zrozumieć, dlaczego tak bardzo się śmieję się, a ja stwierdziłem, że trzeba zmienić imię dla kota na krótsze i bardziej czułe, bo na Juan – Manuel można sobie połamać język.
Zmieniliśmy więc mu imię na Józiu – krótko i wyraźnie. Sam Józio był obojętny na kwestie swojego imienia, bo dla niego ważne było tylko to, aby był nakarmiony, a wołać go na jedzenie wcale nie trzeba, on sam się o to domaga.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − 10 =

Kotek Józio