Pewnego dnia Julia wróciła z pracy po ciężkim tygodniu, a mąż powitał ją bardzo zadowolony. Kobieta była zdziwiona, bo dawno nie widziała go w tak dobrym nastroju, więc od razu spytała co takiego się wydarzyło. Wtedy on z wielkim entuzjazmem oznajmił żonie, że jego matka zgodziła się dać im pieniądze na wkład własny i będą mogli kupić wymarzone mieszkanie. Julia ucieszyła się, ponieważ odkąd ponad pół roku wcześniej Patryk stracił pracę, nie umiał znaleźć nigdzie zatrudnienia i tylko ona utrzymywała ich dwójkę, więc ciężko było cokolwiek odłożyć. Oboje usiedli przed ekranem laptopa i zaczęli przeglądać aktualne oferty mieszkań w okolicy i wybrali coś idealnie pod ich potrzeby. Uzgodnili, że wezmą kredyt na ich dwójkę, a póki co, ratę będzie spłacała Julka, ale znając teściową, kobieta chciała do aktu notarialnego od razu wpisać, że 2/3 wartości mieszkania przypadają jej (po 1/3 dla Julki i jej córki). Teściowa też chciała mieć swój udział, skoro miała dać im pieniądze.
Nic nie szło zgodnie z planem, banki nie chciały udzielić im kredytu widząc niskie dochody Julii, innym nie podobał się pomysł uposażania dziecka i teściowej, którzy nie byli kredytobiorcami. Warunkiem wzięcia kredytu miał być wyższy wkład własny lub niższa kwota zobowiązania, ale małżeństwo nie umiało dojść do porozumienia ze sobą i teściową. W końcu to matka Patryka zaproponowała, żeby wpisać ją w umowę kredytową i nie uposażać wnuczki, chyba, że Julia płaciłaby większą część raty. Żadna opcja nie satysfakcjonowała wszystkich w równym stopniu i w końcu Julia podjęła jedyną słuszną decyzję – postanowiła rozwieść się z człowiekiem, który nie potrafił odciąć pępowiny i tylko zaniżał jej zdolność kredytową, bo wciąż nie miał pracy, za to miał ogromne wymagania. Miała nadzieję, że taka opcja w pełni zadowoli teściową – babcię żałującą wnuczce udziałów w mieszkaniu. A Wy jak myślicie, czy postąpiła słusznie?
