Zbliża się rocznica śmierci mojej teściowej. Spojrzenie zatrzymuje się na zdjęciu na ścianie, gdzie jest z prawnukiem, moim wnukiem. Powiało wspomnieniami.
Mam dwadzieścia lat. Teściowa ma nieco ponad pięćdziesiąt. Przymierza nową sukienkę. Bardzo jej pasuje. Mówię jej o tym. A myślę sobie: po co takiej starej kobiecie nowa sukienka?
Minęły dwa lata. Relacje z teściową powoli się klarowały. Była dla mnie dość surowa, choć starałam się być dobrą synową. Dopiero później zrozumiałam jej podejście. Organizowała sprzedaż ubrań, które szyłam. Mówili, że całkiem nieźle mi to wychodziło. Szycie zajmowało mi dużo czasu ale starałam się, żeby nie zawieść teściowej.
Kiedy robiła pranie proponowała mi, żebym to ja je rozwieszała. Nie wiedziałam o co jej chodzi. Nie rozumiałam jej toku myślenia. Dopiero później zrozumiałam. Chciała, żeby wszyscy widzieli we mnie pomocną synową, która umie wyprać ubrania tak, że lśnią bielą.
Dwa miesiące po każdym porodzie wysyłała mnie do pracy. Opiekę nad wszystkimi trzema wnukami przejęła sama. Zrozumiałem ją i doceniłem później. Tak dbała o mój rozwój zawodowy.
Wiosna. Na uliczki naszego miasta powychodziły kobiety ubrane w nowe, eleganckie stroje.
Do domu wchodzi teściowa z naręczem paczek, jakaś taka zatroskana. Wyciąga piękny, kolorowy szalik, mówiąc: masz, to dla ciebie, narzucisz na płaszcz. Zobacz, jak wszyscy są ubrani na ulicy. Nie możesz wyglądać gorzej.
Miałam wrażenie, że najchętniej zorganizowałaby całe moje życie. Była wszędzie i pomagała we wszystkim. Często zatrzymywałam ją ze słowami: “mogę to zrobić sama, wciąż żyję”.
Córka przeprowadziła się z mężem do innego miasta. Teściowa była zdecydowanie przeciwna. Nie wyjaśniła przyczyny. Zrozumiałam później. Nie ufała szwagrowi. Miała rację.
Minęły lata. Nauczyłam się rozumieć lakoniczną teściową. Nazywałam się “mama”. Lubiła to. Tak mówiłam do niej od pierwszych dni ale z biegiem lat słowo to nabierało dla mnie coraz większego znaczenia.
W końcu zapanowało pomiędzy nami całkowite porozumienie.
W wieku 84 lat była prawie przykuta do łóżka.
Udało się postawić ją na nogi, nauczyła się poruszać o kulach. Miała w sobie ogromne pragnienie życia. W jej oczach smutek i bezradność. Na mój smutek, łzy i zmęczenie pozwalałam sobie tylko w kuchni, przy niej byłam pełna wigoru i radości.
Wiek i choroba załatwiły sprawę. Po trzech latach odeszła. Od czterech lat nie ma jej z nami.
Pamiętam jej uśmiech. Szeroki, miły. Rozciągał się, wypełniając cały pokój.
Powoli udaję się do tego samego wyjścia. Wygląda na to, że wyjdzie mi na spotkanie. Tak jak kiedyś.
Mam nieco ponad 60 lat. Zmieniam stroje. Pamiętam moje myśli. Przyznałam się jej kiedyś do nich. Długo się śmiała. Nawet teraz czuję się niezręcznie. Młodość jest samolubna.
Przyglądam się synowej.
Łapię się na powtarzaniu wielu nawyków teściowej…






