Ostatnio zatrzymała mnie sąsiadka mojej mamy i zarzucała mi, że jestem wyrodną córką. Nie miałam pojęcia o co jej chodziło, ale po chwili wyrecytowała całą listę moich ostatnich przewinień, na które skarżyła się mama. Akurat wchodziłam do niej i postanowiłam ją o to zapytać, bo nie wierzyłam w to, co słyszałam od sąsiadki…
Mama była jakieś dwa tygodnie wcześniej w szpitalu, miała mieć laparoskopowo usuwanego niegroźnego guza z nerki. Spędziła tam 5 dni, po czym została wypisana. Wszystko się udało bez najmniejszych problemów. Osobiście zawiozłam ją do szpitala na zabieg, po czym odebrałam w dniu wypisu. Przez cały czas byłam z nią w kontakcie telefonicznym i zadbałam, by miała dobrą opiekę pielęgniarską. Przelałam jej nawet pieniądze na konto, by mogła skorzystać ze stołówki szpitalnej, gdyby dostawała za mało jedzenia. Miałam stały kontakt z jej lekarzem prowadzącym i byłam na bieżąco informowana o stanie mamy.
Wyobraźcie sobie, że po powrocie ze szpitala moja mama naopowiadała sąsiadce, że przez całe 5 dni jej nie odwiedziłam, narzekała, że do innych przychodziła rodzina, a ja zostawiłam ją samą, bez opieki. Podkreślała, jaka była wtedy samotna i niemal wpadła w depresję. Lamentowała, że gdyby była umierająca, to też na pewno zostawiłabym ją na pastwę losu, a ona mogła liczyć tylko na samą siebie. Mówiła, że obcy ludzie dawali jej domowe jedzenie, bo ja nie chciałam dla niej gotować i przynosić jej ulubionych dań. Było mi wstyd, że matka opowiadała ludziom takie bzdury. Przykro mi, że nie porozmawiała ze mną o swoich pretensjach, przecież doskonale wiedziała, że nie mogłam jej odwiedzić.
Moja mama uwielbia robić z siebie ofiarę, ale tym razem przesadziła – zrobiła ze mnie potwora! Przecież zawiozłam ją, odebrałam, konsultowałam jej stan z lekarzem i codziennie do niej dzwoniłam! Nie moja wina, że miałam chore dziecko w domu i nie chciałam wchodzić do szpitala. Mój syn i tak miał obniżoną odporność i chorował w każdym miesiącu, nie chciałam go dodatkowo narażać. Lekarz mówił, że zabieg jest całkowicie bezpieczny i mama będzie po nim całkowicie samodzielna i nie powinnam się martwić. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, że nie mogłam do niej przyjść, ale zdrowie dziecka było wtedy ważniejsze… Co miałam zrobić?
Poza tym, uważam, że te całe odwiedziny w szpitalu powinny być całkowicie zakazane. Moim zdaniem wtedy pacjenci szybciej by dochodzili do zdrowia i nikt nie roznosiłby zarazków na ubraniu i butach ani nie przeszkadzałby chorym w odpoczynku. Sale są zwykle wieloosobowe i gdyby do każdego przychodzili znajomi i rodzina, to robiłoby się niepotrzebne zamieszanie i potencjalne zagrożenie dla pacjentów. Myślę, że kontakt telefoniczny w zupełności wystarczy. A Wy, co o tym myślicie?
