Grześka poznałam jeszcze na studiach. Kiedyś przypadkiem znaleźliśmy się na jednej imprezie, a potem spotykaliśmy się przez trzy lata i postanowiliśmy się pobrać. Już od pierwszego spotkania okazał się bardzo uprzejmym i dobrze wychowanym mężczyzną, a po kilku tygodniach znajomości marzyłam o tym, by być jego żoną. Gdy mi się oświadczył, czułam się najszczęśliwszą kobietą na ziemi.
Dogadywaliśmy się w każdej kwestii, a w łóżku było nam po prostu cudownie! Przy nim pozbyłam się wszystkich kompleksów i wiedziałam, że kocha mnie nad życie. Mieszkam dość daleko od rodziny, więc pierwszą osobą, z którą podzieliłam się informacją o zaręczynach była moja najlepsza przyjaciółka, Wiktoria. Myślałam, że podzieli moje szczęście, ale ona dziwnie się spięła i powiedziała, że to niedopuszczalne. Twierdziła, że nie powinniśmy być razem, a co dopiero brać ślub. Nie traktowałam jej komentarzy poważnie, gdyż byłam zakochana i widziałam wszystko w różowych barwach.
Mimo negatywnego podejścia Wiktorii, bardzo chciałam, żeby była obecna przy wyborze sukni ślubnej i innych przygotowaniach. Podczas każdego spotkania odradzała mi ślub z Grześkiem, ale ja nadal jej nie słuchałam, zaaferowana magią przygotowań. Udało mi się zorganizować bajeczny ślub i wesele, a Wika zgodziła się być moją świadkową. Rano, w dniu ślubu, po raz ostatni próbowała przemówić mi do rozsądku i odwieźć od decyzji, a ja podejrzewałam, że jest po prostu zazdrosna. Przecież Grzesiek to ideał!
Widziałam jakim wzrokiem Wiktoria patrzyła na Grzesia, przez ostatnie tygodnie przed ślubem wodziła za nim wzrokiem, a nawet za nim chodziła (ktoś uprzejmy mi o tym doniósł). Mimo to byłam spokojna, ponieważ mój przyszły mąż kochał tylko mnie i czułam się przy nim bezpieczna. Zaczęłam jednak żałować, że trzymałam taką koleżankę blisko swojego związku, ale w przyszłości miałam pożałować czegoś jeszcze…
Po ślubie zamieszkałam z Grześkiem w jego mieszkaniu i cieszyłam się na myśl, że w końcu będziemy spędzać ze sobą każdą wolną chwilę. Niestety moje szczęście nie trwało długo. Jakiś tydzień po ślubie mój mąż zaczął mnie poniżać i krytykować, a po facecie, w którym się zakochałam, nie było śladu! Chodziłam przy nim na palcach i miałam nadzieję, że to chwilowe, ale kiedy podniósł na mnie rękę, ta nadzieja zgasła. Od tamtej pory nie wiem co mam robić.
Boję się męża i nie rozumiem co się stało, że jest zupełnie innym, obcym człowiekiem. Jestem przerażona i nie wyobrażam sobie co będzie dalej… Są jakieś sposoby, żeby rozładować jego frustracje? Może byłyście w podobnej sytuacji i możecie mi coś doradzić? Gdzie się udać po pomoc? Wierzę, że to jeszcze może się udać, choć moja nadzieja gaśnie z każdym dniem.
