Zdawałem sobie sprawę, że w naszych lasach poza wsią, można łatwo natknąć się na zające, dziki, a nawet sarny. Kiedyś słuchałem dziadków przez telefon, jak złapali kreta, jak trzymali w domu jeża, jak zając ukradł babci całą marchewkę. Jednak za każdym razem, gdy przyjeżdżałem do wioski na lato, nie działo się nic ciekawego, widziałem co najwyżej bociany.
Czasami przychodziła mi do głowy myśl, że dziadkowie robią mi kawał, że płatają mi figle. Słuchałem tego nie bardzo dowierzając, kiedy dziadek po raz kolejny opowiadał mi, jak to w lesie natknął się na młodego dzika i uciekał tak szybko, że aż mu się pięty paliły.
Tak bardzo chciałem coś zobaczyć, żeby moje marzenia się spełniły.
Pod koniec września przyjechaliśmy z rodzicami, aby zdążyć na sezon grzybowy. Ponieważ mama i tata to wczesne ptaki, wyszli rano z babcią i wrócili, zanim się obudziłem. Ja natomiast wychodziłem później z dziadkiem. Zebraliśmy też dużo grzybów, a dziadek opowiadał historie o faunie lasu, w które w ogóle nie wierzyłem. Na każdy szmer miał w zanadrzu jakąś opowieść. Nie pozostało mi nic innego, jak przewrócić oczami.
Gdy szliśmy w stronę wyjścia, z koszami pełnymi grzybów, dziadek złapał mnie za rękę, zatrzymując się gwałtownie. Przycisnął palec do ust, każąc mi być cicho, i odsunął rękę. Spojrzałem niechętnie w bok, a moje oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Pomiędzy drzewami siedział niedźwiedź, młody misiu, właściwie bardzo mały, ale prawdziwy, to było najważniejsze.
Staliśmy i patrzyliśmy przez chwilę, a potem pognaliśmy do domu, żeby pochwalić się mamie i tacie. Nie wierzyli, zarzucali mi, że bawię się z dziadkiem i że nie ma tu żadnych niedźwiedzi.
Tak właśnie myślałem i nie wierzyłem dziadkowi, ale teraz już wiem, że mnie nie okłamywał. Chciałbym zobaczyć jeszcze zająca, kreta i inne zwierzęta, prawdziwe leśne zoo.
