Miałam już kłaść się spać, gdy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Mój śpiący pies o imieniu Nysa wstał ze swojego posłania i zaczął szczekać. Minęłam pupila i spojrzałam przez wizjer – zobaczyłam staruszkę, która mieszka obok mnie. Wyszłam z mieszkania, żeby dowiedzieć się, co sprowadziło tę starszą panią do mnie o tak późnej godzinie. Nysa patrzyła na całą tę sytuację ze zdziwieniem – najwyraźniej nie rozumiała, dokąd jej pani wybiera się o tak późnej porze.
„Co się stało?” – zapytałam staruszkę.
„Natalia, proszę, pomóż mi!” – wyszeptała.
„Co się dzieje? Czy syn panią wyzywa?”- zapytałam.
„Nie, nie syn, trzy dziewczyny. Nie wiem, jak je wyrzucić z mieszkania”.
Dziewczyny? Zupełnie nic z tego nie rozumiałam. Miałam aż ciarki, bo pomyślałam o najgorszym:
„To pewnie pierwsze przejawy starczej demencji” – pomyślałam. Staruszka w tym czasie kontynuowała swoją opowieść:
„Przyszły do mnie po południu, siedziały trzy godziny, a potem poszły. Myślałam, że będę mieć już spokój, ale one znowu wróciły”.
Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam kiedy weszłam do jej mieszkania, były trzy pary damskich butów. Wtedy też zaczęłam wątpić w moje założenia dotyczące demencji. Zrobiło się strasznie. W mieszkaniu było cicho, można wręcz powiedzieć, że panowała złowieszcza cisza. Weszłam do każdego pokoju, zajrzałam nawet do łazienki, toalety i spiżarni i nikogo nie widziałam.
„To chyba jednak demencja” – wróciłam do swojej pierwotnej wersji.
Przyszłam do starszej pani. Ta patrzyła na mnie przerażona i w jej oczach malował się dziecięcy strach.
„Natalia, uratuj mnie. Jak je przepędzić”? – powiedziała cicho.
Nigdy wcześniej nie znalazłam się w podobnej sytuacji. Demencja jest jednak przerażająca. Kilka lat temu w tej samej klatce mieszkała pewna starsza pani, która również cierpiała na tę chorobę. Potrafiła stać przy drzwiach wejściowych przez kilka godzin i wzywać policję. Krzyczała tuż pod oknami i nie dawała spać innym mieszkańcom. Oczywiście nie ma za co jej winić – to nie ona zdecydowała się na tę chorobę i nie robiła tego wszystkiego złośliwie.
Przeszłam przez wszystkie pokoje i udałam, że wyrzucam wyimaginowane dziewczyny.
„Szybko stąd wyłaźcie!” – krzyczałam.
Potem przeszłam przez każdy pokój ze staruszką i pokazałam jej, że w domu nie ma już nikogo. Po tym wszystkim sąsiadka się uspokoiła, a ja wróciłam do swojego mieszkania. Tej nocy nie spałam aż do świtu – myśli o starszej pani nie wychodziły mi z głowy. Uważam, że dzieci powinny być przy niej i się nią opiekować, ale niestety – nie mają z nią prawie kontaktu.
Niedawno staruszka znów do mnie przyszła i prosiła powtórnie o pomoc. Tym razem chciała, abym wyrzuciła z jej mieszkania dziewczyny i mężczyznę bez ręki. Wyjaśniłam, że przez ściany nikt nie może dostać się do jej mieszkania i pokazałam, że ma naprawdę solidny zamek w drzwiach. Obawiam się jednak, że te działania nie przyniosą długotrwałego rezultatu i kobieta ponownie przybiegnie do mnie przerażona.
Nawet nie wiem, co robić w takiej sytuacji, bo naprawdę szkoda mi mojej sąsiadki.






