Ostatnio mam wrażenie, że mój związek się wypalił. Między mną a mężem nie ma już tego, co kiedyś, została zwykła codzienność. Nie wiem dlaczego, ale przypomniała mi się jedna zakochana para, którą poznałam lata temu, jak jeszcze byłam z moim pierwszym mężem. Leżałam wówczas na porodówce w oczekiwaniu na pojawienie się na świecie mojej córki, Alicji. Byłam bardzo młoda i bałam się jak nigdy wcześniej… Na sali ze mną leżało więcej kobiet, były w różnym wieku, ale moją uwagę przykuła mocno otyła, napuchnięta młoda dziewczyna, która miała moim zdaniem mocno brzydką twarz, ogólnie była nieatrakcyjna, wręcz odpychająca. Zastanawiałam się wtedy czy dziecko nie było wynikiem gwałtu, ale szybko okazało się, że miała kochającego mężczyznę, który odwiedzał ją każdego dnia.
Zazdrościłam jej, bo mój był w pracy za granicą i do mnie nikt nigdy nie przyszedł i byłam z tym wszystkim sama. Może właśnie ta samotność skłoniła mnie do oceniających myśli, teraz mi za siebie wstyd. Wracając do Moniki, bo tak miała na imię wspomniana koleżanka z sali, jej mąż nie zawsze zdążył z odwiedzinami we właściwych godzinach i często musiał zaglądać przez okno, by żona odebrała garnek z ciepłym jedzeniem. Zawsze wtedy czekał aż zje, chwilę porozmawiali przez to okno i szedł do domu. Niby nic nadzwyczajnego, ale w tych odwiedzinach zawsze było czuć miłość i troskę. Mężczyzna nie był atrakcyjny, miał łysiejącą głowę, krzywe zęby i lekko kulał na prawą nogę, ale zawsze kiedy odwiedzał żonę, z czułością pytał czy już jadła, czy niczego jej nie brakuje i jak się czuje. Najbardziej rozczulało mnie to, że codziennie przynosił ten garnek z ciepłym obiadem. Garnek był zawinięty w koc, żeby jedzenie nie wystygło w drodze, a ponoć do szpitala miał godzinę jazdy. Czasem przynosił za dużo i Monika wtedy pytała czy mam ochotę na ciepły posiłek. Zawsze miałam, bo szpitalne jedzenie to była jakaś pomyłka…
Nie miałam z nimi kontaktu po porodzie, nie było wtedy telefonów, a nie przyszło mi do głowy, żeby poprosić ją o nazwisko czy choćby adres. Kilka lat później nasze drogi się zbiegły, nie wiem czy mnie rozpoznała, ale jestem pewna, że to była Monika i jej mąż. Ten sam, łysiejący i kulejący człowiek, który z taką czułością codziennie jeździł z garnkiem ciepłego obiadu. Monika stała się bardzo piękna! Wciąż miała nadwagę, ale jej twarz promieniała, co dodawało jej uroku, którego nie dostrzegłam przed laty na porodówce. Za to jej mąż pozostał taki sam nieatrakcyjny, jak wcześniej, ale widocznie to nie wygląd się w życiu liczy, a uczucie, jakim darzą się ludzie w małżeństwie. Cóż, od tamtego czasu jedno moje małżeństwo legło w gruzach, a drugie być może się wypala. Żaden mój mąż nigdy nie patrzył na mnie z takim uczuciem jak partner Moniki na nią. I przez lata to spojrzenie pełne miłości się nie zmieniło.
