Ech! Można powiedzieć, że pół życia już minęło, a wcale nie nabrałem wraz z wiekiem rozumu.
W sobotę poszedłem na targ, aby kupić na nadchodzący tydzień jedzenie w postaci owoców, warzyw, a także takie przyziemne rzeczy jak papier toaletowy.
Pomidory, pomarańcze, banany i wszelkiego rodzaju inne produkty były już w mojej torbie. Rozliczając się ze sprzedawcą kątem oka zauważyłem na niższym blaciem coś ciemnego i zdeformowanego tak, że przypominało króliczą kupę.
– Co to jest? – pytam.
– To kasztan. Świeży, smaczny! Tylko brać!
– Ahh… Tak… a jak go zjeść?
– Aj, wrzucisz go do wrzącej wody, dodasz soli, a potem pokroisz i zjesz, będzie super!
– Pyszne są?
– I to jak pyszne! Także bardzo zdrowe!
– Nooo… Mogę trochę wziąć .. Jak mi posmakują, to przyjdę jeszcze kupić.
Muszę od razu powiedzieć, że kasztany przygotowane według wskazówek sprzedawcy okazały się niesmaczne, obrzydliwe i dobrze, że zawahałem się, aby ugotować je wszystkie i zrobiłem to tylko z pięcioma kasztanami.
Usiadłem nad brązową kupką i zacząłem myśleć – jak ugotować to dziwaczne warzywo?
Cała moja wiedza na temat kasztanów ograniczała się do dziecięcych wierszyków lub cytatu „w Paryżu najlepsze kasztany są na placu Pigalle z jednego polskiego serialu. Niestety, nigdy nie powiązałbym kasztanów z jakimiś wykwintnymi daniami!
Na podstawie mojego bagażu wiedzy wyciągnąłem kilka wniosków – pierwszym było to, że być może kasztany można usmażyć. Drugi wniosek wywodził się z filmowego cytatu – uznałem, że skoro są tak doceniane w Paryżu, tak bardzo kulturalnym mieście, to naprawdę musi to być smaczny i wykwintny produkt, więc może trzeba je usmażyć.
Wyjąłem patelnię teflonową, olej słonecznikowy i plastikową szpatułkę. Nalałem trochę oleju na patelnię, wrzuciłem na nią kasztany, dodałem przyprawy i wszystko wymieszałem, aby dokładnie się obsmażyły.
Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że kasztan będzie smakował jak smażone nasiona, orzeszki ziemne, a nawet lepiej. Siedziałem cały taki zamyślony i zrelaksowany, kiedy coś głośno zaczęło dudnić i obok ucha z prędkością światła przeleciało ciemne błoto.
A co to za cholerstwo?! – wspaniały, marzycielski nastrój zaczął mnie opuszczać.
HOPS!!! kolejne gówno przemknęło obok nosa, uderzyło w ścianę i upadło na stół. Przyglądając się bliżej opadłym bruzdom, rozpoznałem skórkę kasztana. Ale Boże! Co się z nią stało?! Rozerwana przez mały „wybuch jądrowy” skorupa została przeze mnie cudem zidentyfikowana na podstawie trasy “lotu”.
Pamiętając moje złe doświadczenia z gotowaniem jajek w kuchence mikrofalowej, byłem trochę zdenerwowany i nie bez powodu. Już w następnej sekundzie rozpoczęło się intensywne strzelanie z patelni tymi śmiercionośnymi ładunkami po całym pomieszczeniu.
Rozerwane kasztany leciały z rozpaczą japońskich kamikaze, pozostawiając po sobie brud i bałagan. Cały w kuchni pozostałem tylko ja, dlatego nie było wyboru – jako ostatniemu dostało mi się z impetem i niestety – trafił mnie prosto w tyłek!
Kurde, lepiej umrzeć na miejscu niż żyć z kasztanem w tyłku! Zwłaszcza, że tylko niewielka część tego cholerstwa pękła. Z przerażeniem wyobraziłem sobie, co się stanie, gdy reszta uderzy ze mną z pełną mocą i zacząłem się bronić.
Pochylając się nad podłogą, by uniknąć latających odłamków i mamrocząc nieprzyzwoite słowa, moje ciało zbliżało się do punktu ognia w śmiesznych podskokach.
Myślenie w krytycznej sytuacji działa znacznie szybciej niż w zwykłym życiu, dlatego podjęta decyzja, jak to zwykle bywa, okazała się błędną.
Nieprawidłowość polegała na tym, że patelnia musiała zostać usunięta z pieca bez względu na wszystko ale ja, przestraszony jak jelonek, nie odważyłem się dotknąć tego okropnego miejsca, z którego swoje ładunki wyrzucały kasztany-katapulty. Rzucając się na pokrywę magazynu, odwróciłem się po drodze dwa razy, ale w końcu odwracając twarz w drugą stronę konwulsyjnie chwyciłem pokrywę i ze zwycięskim okrzykiem położyłem ją na patelni.
To prawda, że kiedy wydałem okrzyk, eksplodujący kolejny kasztan poleciał mi w otwarte gardło, co mnie nieprawdopodobnie zabolało.
W kuchni ucichło. Dziwne. Ostrożnie, na palcach, uważając, aby nie przestraszyć drżącego naczynia, zbliżyłem się do patelni, która już nie skwierczała. Dotknąłem ją ręką, ale nic – cisza.
Tak! W końcu, pokonana!
Bałem się jak dzieciak, ale kiedy zobaczyłem, że już nastał spokój, śmiało się wyprostowałem się i spojrzałem pogardliwie na pokonaną patelnię. Niestety, nie zdążyłem nawet wypiąć klatki piersiowej, gdy pod pokrywą usłyszałem coś, co przypominało jakiś bełkot, jakby gdzieś daleko w jakiejś jaskini wypowiadano zapomniane zaklęcia.
Słuchałem i poruszyłem uszami, chociaż jak się okazało, na próżno próbowałem coś z tego zrozumieć.
W następnej sekundzie rozległ się głośny dźwięk i zobaczyłem tylko, jak pogrywka zrywa się z patelni, a z niej znowu wylatują kasztany. Robiły to z taką intensywnością, że nie zdążyłem nawet wyłączyc ognia. Wszystko było brudne – meble, naczynia i ja. Czy to karma i kara za coś?
Zastanawiam się, jak coś tak małego może narobić tyle syfu?! Życie jest niepojęte!
Wszystko się powoli kończyło – ostatnie kasztany wystrzeliły w końcu spod pokrywki. Nastała cisza. Było tak cicho, że na początku wydawało mi się, że ogłuchłem. Po chwili wyciągnąłem coś z ucha – był to kawałek kasztana. Wszystko nagle słyszałem i się uspokoiłem. Konwulsyjnie drżąca patelnia, która jeszcze nie ostygła po masakrze, najwyraźniej przypomniała sobie najlepsze momenty bitwy i czasami wzdrygała się z przyjemności.
Kasztany były wszędzie. Ich skórki i wnętrzności były obecne na każdym calu kuchni i mnie samym.
Eksplozja w fabryce kasztanów! Niewiarygodne! Tylko w naszej gazecie! Terroryści wysadzili magazyn z kasztanami! Okropna tragedia! Wiele ofiar! Wszystko w kasztanowym błocie!
I to nie była przesada.
Teraz nie lubię kasztanów, placu Pigalle i tamtego sprzedawcy!






