Opowieść o tym, że po pochmurnym dniu zawsze w końcu nastaje słońce.

Listopad. Wychodzę z urzędu stanu cywilnego z moim byłym mężem. Od 12 minut jesteśmy rozwiedzeni. On coś mówi a ja myślę czy zdążę do pracy, czy lepiej wrócić do domu. I wtedy dociera do mnie co on mówi. Prosi o zwrot obrączki i ostrzega, że wieczorem wpadnie po pieniądze. Trzymam pieniądze jak stara babcia, owinięte chusteczką i wetknięte w szparę przy balkonie.

Nie pamiętam na co oszczędzaliśmy. Na samochód lub na coś do domu. Próbuję ściągnąć obrączkę, obracam ją wokół palca, nie chce zejść, boli mnie lecz nagle zsuwa się i spada na ziemię. Skacze po asfalcie i zatrzymuje się w pobliżu jego tenisówki. Podnosi ją i wkłada do kieszeni. Odwracam się i odchodzę.

Przyjeżdża jego mama z siostrą, żeby pomóc dzielić wspólnie zakupione rzeczy. Otworzyły szafy, zdjęły pościel z kołdry (teściowa dała pościel), zdjęli żyrandol. To chyba najbardziej zawstydzająca scena w moim życiu. Jak sępy. Niech zabierają wszystko, mi zależało tylko na mojej części gotówki, o to mogłam walczyć. Usłyszałam tekst: „mój syn zarabiał więcej”.

Nikt nie słuchał moich argumentów ale byłam niesamowicie odporna. Pieniądze liczyliśmy w kuchni. Mama w salonie upychała rzeczy do kraciastych toreb. Ostatni stuzłotowy banknot były mąż podał mi, rzucając spojrzeniem na drzwi i mrugając. Może mi się wydawało….. ale było w tym coś konspiracyjnego, jakby też czuł się nieswojo.

W końcu wyszli a ja siedziałam przed stosem rozrzuconych banknotów i zastanawiałam się, co mam zrobić. Pozostało mi na wpół wyremontowane mieszkanie, dług wzięty na remont, kredyt na meble. W pracy nie za wesoło, podejrzewałam, że wkrótce dostanę wypowiedzenie. Siedziałam na podłodze i układałam banknoty w stosy. Kilka małych, jeden duży. Ten duży podobał mi się najbardziej.

Oszczędzałam te pieniądze przez trzy lata małżeństwa. Nic sobie nie kupowałam. W ogóle nic. Miałam ładną garsonkę w kolorze bordowym ale zamówiłam ją u krawcowej jeszcze będąc na Uniwersytecie, parę bluzek, spodnie. I tyle. W tym stroju poszłam na sylwestrową imprezę firmową. W nim pojechałam na ślub do przyjaciółki. I nawet mój tata, który w ogóle nie zna się na strojach, zapytał: “ A ty nie masz nic więcej do noszenia?”.

Przeciągnęłam koc z sypialni na sofę w salonie, zaparzyłam kawę, wlałam do niej trochę koniaku, wyjęłam notatnik i napisałam trzy rzeczy, które zrobię rano:

1). Pójdę do fryzjera.

2). Kupię nowe ciuchy.

3). Wymyślę sposób, żeby spojrzeć na siebie jak na kogoś innego.

Miałam dwie przyjaciółki, Martę i Dorotę. Marta zabrała mnie do fryzjera, a Dorota postanowiła, że pojadę z nią na konferencję do Hiszpanii. Podczas, gdy ona w ciągu dnia będzie pracować jako tłumaczka, ja będę leżała przy basenie. A wieczorem wyrwiemy się na miasto.

Były to czasy, kiedy Turcja i Egipt były ziemią obiecaną. Do Hiszpanii jeździły jednostki. Niemniej wszystko udało mi się w miarę gładko załatwić. Szybko wyrobiono mi paszport, dostałam bez problemu wizę. Miałam kilka nowych sukienek, świetnie zrobione włosy i trochę kasy na szaleństwo. Byłam gotowa!

A oto Majorka. Światła, muzyka, bary a w każdym barze ktoś tańczy. Tańczę i ja. Gabloty kuszą obietnicą szczęścia i rabatami. W jednej z alejek widzę mały sklep z odzieżą, sądząc po samochodach przy wejściu – to bardzo drogi butik. Na wystawie wisi sukienka. Ta w stylu „i oto zobaczyła sukienkę swoich marzeń”.

Nie marzyłam o takiej sukience. O takiej sukience mogłaby marzyć Brigitte Bardot czy Sophia Loren. Ta sukienka była poza moimi marzeniami. Nie była funkcjonalna: otwarty stanik z fiszbinami, bardzo wąska w talii, wykończona szeroką spódnicą z szeleszczącej tafty. Na pewno nie pasowała do codziennego życia i nie nadawała się do noszenia pod kurtką do biura.Nie miałabym dokąd pójść w tej sukience. Poza tym nie mam pieniędzy, nie mam pracy, mam za to dług za remonty i kredyt na meble.

A potem zaczęła się mistyka. W którąkolwiek stronę poszłam, swój spacer kończyłam przy tej wystawie. Ok, mówiłam sobie, zobacz jaka uniwersalna marynarka w kolorze musztardowym, a ta spódnica, można w niej na piknik i na spacer z przyjaciółmi, a także te spodnie i biała bluzka – do biura, musisz pilnie poszukać pracy. A sukienka świeciła jak czekoladowy cukierek wśród karmelków w noworocznym prezencie. Absolutnie bezużyteczna. W tej sukience możesz uciec z ukochanym od surowego ojca, ścigać się w nocy kabrioletem, a wiatr strąca ci kapelusz, latać prywatnym odrzutowcem, pić szampana i zakochać się w przemytniku.

Kupiłam ją. Założyłam w sklepie. Dostałam do niej złote baleriny i bransoletkę. Chciałam wrócić do hotelu, zjeść kanapkę, poczekać na przyjaciółkę, płakać nad zmarnowanymi pieniędzmi. Ale gwiazdy zdecydowały, że tego dnia wszystko miało być jak w filmie. Spotkałam na ulicy Dorotę z jej kolegami i zostałyśmy zaproszone do restauracji z widokiem na ocean. Poznałam Irlandczyka lub Szkota, kto ich tam rozpozna po dwóch butelkach szampana. Po trzeciej butelce zaczęłam rozumieć zarówno irlandzki, jak i szkocki.b Całowaliśmy się jak szaleni, spędziliśmy noc na jachcie i przypadkowo zobaczyłam moją twarz w odbiciu szyb. Była piękna…

Musiałyśmy wyjechać wieczorem następnego dnia. Próbowałam znaleźć w sobie odrobinę skruchy, ale nie. Wszystkie te rachunki były warte uczucia, kiedy zdałam sobie sprawę, że mogę być taka. Mogę być zuchwała. Naprawdę zuchwała. Otworzyć dowolne drzwi. Stać mnie na wiele. Pić szampana, kiedy chcę. Kochać tego, kogo chcę. Nie wahać się nosić piękna. Nie bać się chcieć więcej. Tego samego wieczoru Dorota sporządziła mi CV. Napisałam tę historię i przeczytałam ją redaktor jednego magazynu o modzie, proponując jej publikację. Pisałam dla nich przez kolejne pięć lat i już nie dla pieniędzy ale dlatego, że mi się to podobało.

Wyszłyśmy z lotniska na Okęciu, zadzwonił telefon i zostałam wezwana na rozmowę kwalifikacyjną. A po trzech tygodniach wyjechałam na staż do Berlina.

Minie jeszcze kilka lat, wyjdę za Pawła, pójdę na studia psychologiczne, zjadę pół świata, w mojej szafie znajdą się dziesiątki sukienek, a życie będzie zupełnie inne ale nigdy nie zapomnę dwudziestopięcioletniej siebie stojącej przy oknie, liczącej w głowie na ile kilogramów kaszy starczy mi pozostałych pieniędzy. I bardzo się cieszę, że pchnęłam te drzwi.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewięć + 5 =

Opowieść o tym, że po pochmurnym dniu zawsze w końcu nastaje słońce.