Coś było nie tak z Edwardem Mikułą, osiemdziesięcioletnim staruszkiem zajmującym małą kawalerkę z oknami wychodzącymi na dziedziniec.
Od dwóch dni niestrudzenie odmawiał modlitwy i prosił o odpuszczenie grzechów, ale najwyraźniej diabeł był silniejszy od niego, a pragnienie, które uparcie mu wpajał, było powszechne dla dziecka, a dla niego dziwne i trudne do zrealizowania.
Edward błąkał się po mieszkaniu i mamrotał:
„Co za bzdury… Diabeł sobie o mnie, starym przypomniał… A już prawie nie grzeszyłam, postu przestrzegałam… No przeklęty…!”. Pragnienie staruszka było jednak nie do pokonania.
Tylko Bóg widział, że walczył z całej siły. Przez zaciągnięte zasłony na oknach nie było widać choinki i zjeżdżalni, ale światło z elektrycznych girland wciąż przenikało przez wszystkie szczeliny i kolorowe światełka ślizgały zatknięte, przez co dźwięczny zgiełk i stukot ucichły. Niestety, to dziwne pragnienie wcale nie słabło.
Poszedł do sąsiada na godzinę napić się herbaty, ale nie odważył się podzielić z nim swoim pragnieniem mimo, że bardzo chciał, ale za każdym razem udawało mu się na czas ugryźć w język.
Och, jakże ten staruszek męczył się już drugi dzień! A to wszystko przez to, że pokusa wciąż go nie opuszczała! A on chciał tylko usiąść na sankach i zjechać z najwyższego wzgórza i poczuć, jak zapiera dech w piersiach z prędkości.
Wydawało mu się, że na tym wzgórzu czeka na niego jego młodsza, 10-letnia wersja, która tak bardzo lubiła zjeżdżać na sankach. Zwykle robił to razem ze swoim młodszym bratem.
Przypominając sobie te miłe chwile zaczął rozmyślać, jak mógłby zrealizować swoje pragnienie, ale w taki sposób, żeby nie stać się pośmiewiskiem. Oczywiście gdyby miał wnuki i mógłby iść z nimi, niby dla opieki. Niestety, nie ma wnuków, a przecież z obcym dzieckiem nie pójdzie.
Zegar tykał na ścianie, a wraz z każdą minutą pragnienie było coraz silniejsze. Zgiełk na ulicy osłabł i wkrótce całkowicie ucichł. Staruszek wyjrzał przez okno. Zjeżdżalnie były puste, było też cicho, a światła w oknach zaczęły gasnąć.
Wtedy Edward zdecydował, że to zrobi – może nie będą to sanki i wzgórze, ale także zjedzie z większej wysokości. Szedł do swojego celu dość długo, po drodze modląc się, jakby to miała być jego ostatnia droga.
„To może się udać… – Edward spokojnie ocenił – Nic bez powodu, że ktoś czeka na mnie na wzgórzu… nie bez powodu…” .
Modlił się i obszedł jeszcze wcześniej całe mieszkanie, jakby żegnając się na wszelki wypadek. Uspokoiła się, ubrała, a przed wyjściem jeszcze przycupnęła, żeby odpocząć. Wziął ze sobą duży karton i bezszelestnie zszedł po schodach i wyszedł na zewnątrz.
Z podniecenia dudniło mu w głowie. Powoli wspiął się na wysoką zjeżdżalnię, która była bardzo zimna – ale nie ma się co dziwić, była zima. Nie było już jednak mowy o tym, by się wycofać. Długo siedział na kartonie, błagając o Boże błogosławieństwo, a potem ruszył przed siebie.
Edward doszedł do siebie znajdują się już w zaspie śnieżnej. „Żyje!”- ucieszył się starszy pan. Chrząkając, czołgając się, jakoś wydostał się na twardy śnieg, prostował się długo i z trudem. Powoli poszedł do domu. Całe ciało bolało i jęczał, ale na duszy był radosny, bo zrealizował swoje pragnienie.
