Podróż poślubna zaowocowała nie tylko jagodami, a moja żona doceniła polską wieś

Kiedy poznałem Kaśkę, mieliśmy po 30 lat. Każde z nas miało własne małe mieszkanie, samochód i dobrą pracę. Oboje byliśmy też doświadczeni życiem, po kilku nieudanych związkach. To wszystko sprawiło, że mogliśmy podejść poważnie do tematu zakładania rodziny. Kiedy okazało się, że świetnie się dogadujemy i nie możemy bez siebie żyć, podjęliśmy decyzję o ślubie. Nie powiem, łatwo nie było. Kaśka miała swoją wizję wesela, która kosztowała mała fortunę – suknia od znanego projektanta, najdroższy dworek jako sala weselna, ślub w plenerze, 300 gości, wedding planerka, florystki, zabytkowe auto… lista była długa! No ale kocham ją, zawsze kochałem, byłem więc gotowy sprzedać swoje mieszkanie i zapłacić za każde jej marzenie.

Po zaręczynach mieszkaliśmy w jej kawalerce, bo była bliżej centrum, a moją wynajęliśmy, dzięki czemu mieliśmy dodatkowe źródło pieniędzy, poza tym, życie we dwójkę jest znacznie tańsze. W rok oszczędziliśmy 50 tysięcy złotych, co wcześniej wydawało mi się nie do osiągnięcia w dwa lata. Wtedy Kaśka stwierdziła, że skoro mamy pieniądze, to powinniśmy wyjechać w egzotyczną podróż poślubną, np. do Tajlandii lub na Malediwy. Byłem przerażony jej pomysłami, ale potem pomyślałem, że odkujemy się po ślubie i moja ukochana ma rację, powinniśmy zrobić coś niezapomnianego i wyjątkowego, by uczcić nasze małżeństwo.

Pewnego dnia usiedliśmy razem i zaczęliśmy podliczać szacunkowe koszty ślubu, wesela i podróży. Kwota była niebotyczna! Nie dałem nic po sobie poznać, miałem zdolność kredytową i byłem gotowy za wszystko zapłacić. Kasia też miała jakieś dodatkowe oszczędności z wcześniejszych lat, jakoś byśmy to ogarnęli. Ale moja narzeczona mnie zaskoczyła, powiedziała, że za tyle pieniędzy moglibyśmy kupić stumetrowe mieszkanie blisko centrum naszego miasta i to z tarasem. Przytaknąłem, bo miała rację, lecz ona kontynuowała. Powiedziała, że jest gotowa zrezygnować z wesela i podróży poślubnej, bo bardziej potrzebujemy mieszkania, bała się, że po ślubie nie odłożymy takich pieniędzy i będziemy musieli mieszkać w ciasnej kawalerce. Ze smutnym wzrokiem stwierdziła, że wesele możemy zrobić później i wyskoczyć na weekend do Włoch.

Byłem przychylny tej decyzji, ale nie mogłem pozwolić, by marzenia mojej Kasi legły w gruzach. Zaproponowałem skromniejszy ślub i wesele tylko dla najbliższych, ale w pięknym miejscu, a później podróż poślubną w okolice, w których się wychowałem. Moja przyszła żona lekko się uśmiechnęła i przystała na tę opcję, choć nie wydawała się zadowolona.

Ślub spełnił oczekiwania Kasi, była przeszczęśliwa, zrealizowała swoje marzenie, ale w skali mikro. Później udaliśmy się na dwa tygodnie do wioski, z której pochodzę. Kaśka całą drogę spała, a kiedy obudziłem ją, gdy już dojechaliśmy, nie mogła uwierzyć, że jest tak pięknie. Zakochała się w tej okolicy tak samo jak ja. Zatrzymaliśmy się u mojej kuzynki, której nie było akurat w domu. Na weselu przekazała nam klucze i kazała się częstować wszystkim, co w lodówce i spiżarni. Prawie jak all inclusive. W zamian musieliśmy tylko skosić trawę i zebrać siano. Resztę czasu spędziliśmy kąpiąc się w pobliskiej rzece, spacerując po lesie, zbierając jagody i jeżdżąc na rowerze. To były moje najlepsze wakacje od lat. A Kasia po dwóch tygodniach podziękowała mi, że pokazałem jej to miejsce. Stwierdziła, że jest milion razy lepiej niż gdziekolwiek na świecie.

Po powrocie do miasta kupiliśmy duże mieszkanie w centrum, a po miesiącu okazało się, że zostaniemy rodzicami. Tak dobrze nam się skończyła podróż poślubna. Już planujemy kolejne wakacje, zgadnijcie gdzie…

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

7 + 3 =

Podróż poślubna zaowocowała nie tylko jagodami, a moja żona doceniła polską wieś