Od zawsze wiedziałem, że chcę mieć dom, moje marzenie dzieliłem z żoną. Oboje dobrze zarabialiśmy, dodatkowo Ania miała swój mały biznes, który prowadziła po godzinach pracy. Co miesiąc odkładaliśmy spore kwoty na konto oszczędnościowe i w końcu zaczęliśmy realizować naszą wizję. Nie chcieliśmy wiązać się z bankiem umową kredytową, a do wymarzonego domu na wsi brakowało nam około 70 tysięcy złotych. Postanowiłem pożyczyć tę kwotę od mojego brata Rafała, dla którego taki wydatek to nic nieznacząca kwota w budżecie.
Moim zdaniem Rafał mógł nam po prostu dać te pieniądze i w ciągu tygodnia je odzyskać z innych inwestycji, ale on wypisał dokładne terminy spłat, na które się zgodziłem. Byłem pewny, że dam radę spłacić brata w ciągu roku, ale się przeliczyłem… Ania zaszła w ciążę i musiała zrezygnować z własnej działalności z powodów zdrowotnych, a potem szybko przeszła na zwolnienie lekarskie i nie dostawała premii w pracy. Nasze dochody znacznie zmalały, a do tego musieliśmy zacząć szykować się na przyjście dziecka, co pochłaniało spore pieniądze.
Oczywiście właśnie wtedy mój brat zaczął domagać się spłaty długu, ponieważ kilka terminów już przeleciało, a ja nie oddałem mu nawet złotówki. Było mi wstyd, ale uważam, że powinien zrozumieć moją sytuację i próbować się ze mną dogadać. Miał mi do powiedzenia tylko jedno: „Jeśli nie jesteś w stanie utrzymać domu, to powinieneś go sprzedać”. Nie mogłem tego zrobić, zbyt wiele bym stracił. Postanowiłem poprosić o pomoc znajomych, którzy bez wahania dali mi pieniądze i mogłem pozbyć się długu u brata. Moi przyjaciele nie dali mi terminu na oddanie całej kwoty, po prostu mam im oddać wtedy, gdy będę mógł.
Myślicie, że tak powinien zachować się brat? A może to ja zbyt wiele od niego oczekiwałem?
