Właśnie skończyłem 45 lat i nie wiem, kiedy to się stało. Tak szybko stałem się dorosły, czasem mam wrażenie, że ominęła mnie młodość. Nie mam za dużo wspomnień z młodzieńczych lat, szczególnie tych pozytywnych. Pamiętam tylko mojego ojca jako zawsze szczęśliwego człowieka, miał ogromne poczucie humoru i był duszą towarzystwa.
Kiedy byłem smutny, potrafił poprawić mi humor i rozweselić. Z biegiem lat stał się zrzędliwy, smutny, już nie kibicuje mi w moich dokonaniach. Mam wrażenie, że nie wierzy we mnie, że się w końcu wyprowadzę, znajdę żonę i założę rodzinę. Byłem w kilku związkach, ale nie przetrwały próby czasu. Największą miłość poznałem na wakacjach zaraz po studiach, niestety okazało się, że ukrywała przede mną męża. Z czasem chciała rozwieść się z nim, ale nie byłem gotowy wtedy na małżeństwo i wychowywanie jej dzieci więc wróciła do męża. Często po latach biłem się w pierś, że byłem tak niedojrzały i nie potrafiłem zawalczyć o nią. To był dla mnie dramat, nie potrafiłem już więcej oddać serca kobiecie. Z czasem uznałem, że miłość jest przereklamowana i nie ma sensu zakładać rodziny, skoro nie ma wierności i nic nie jest trwałe. Poza tym nie mam dobrze płatnej pracy, ciężko by mi było zapewnić rodzinie utrzymanie, nie mówiąc o dobrobycie. Czasy są ciężkie, wszystko dużo kosztuje, jedzenie, odzież, szkoła, opłacenie niani, przedszkola. Jeszcze jak dziecko zachoruje to kolejne wydatki. A tak to pracuje na siebie i pomagam tacie. Byłoby mi ciężko się wyprowadzić się od niego i założyć rodzinę. Mimo wszystko uważam, że rodzina jest droga w utrzymaniu.
Chociaż czasem brakuje mi jednak tej ukochanej obok, kogoś kto mnie zrozumie i pomoże ciągnąć ten wózek dalej. To musi być naprawdę miłe zjeść wspólnie rodzinny obiad, obserwować jak dzieci rosną. Czy jeszcze uda mi się znaleźć miłość? Czy mam jeszcze szanse?
