Bartek i ja jesteśmy małżeństwem od dziewięciu lat. Od wielu lat staraliśmy się o dziecko, jednak nie zostaliśmy nim pobłogosławieni. Okazało się, że niestety nigdy dziecka nie urodzę. Nie chcieliśmy zostać bezdzietni, dlatego złożyliśmy stosowne dokumenty i czekaliśmy na adopcję.
Sprawa się przeciągała, ponieważ nie wyobrażałam sobie, że weźmiemy starsze dziecko. Chciałam noworodka, chciałam przejść przez wszystkie etapy rozwoju dziecka, chciałam, by nasze dziecko od początku dobrze się rozwijało, bez żadnych traum z dzieciństwa.
Codziennie wyczekiwaliśmy telefonu, który uczyni nas wreszcie rodzicami. Czas mijał, telefon milczał a my traciliśmy nadzieję. O naszych staraniach wiedzieli praktycznie wszyscy nasi znajomi i sąsiedzi.
Pewnego ranka do naszych drzwi zadzwonił dzwonek. Kiedy spojrzałam przez wizjer nikogo nie zauważyłam. Postanowiłam mimo to otworzyć drzwi. Na progu stał wózek. Nie był pusty. W środku znajdowało się małe dzieciątko owinięte w brudny kocyk.
Natychmiast wzięłam znalezisko do domu i pokazałam mężowi. Umyłam, jak się okazało, małą dziewczynkę, i owinęłam w czyste prześcieradło. O takim właśnie dziecku śniłam od wielu, wielu lat. Podczas kąpieli zauważyłam, że dziewczynka musiała się urodzić dosłownie parę godzin wcześniej, gdyż była jeszcze pokryta krwią.
Najchętniej rozkoszowałabym się znaleziskiem, jednak zdawałam sobie sprawę, że muszę zawiadomić policję o podrzuceniu nam dziecka. Nie miałam wyboru. Dostaliśmy jednak zapewnienie, że jeżeli dziecko trafi do domu dziecka, będziemy pierwszymi kandydatami do adopcji.
Bardzo szybko prawda wyszła na jaw. Okazało się, że niedaleko nas wynajęła mieszkanie studentka, która zaszła w niechcianą ciążę i bała się powiedzieć o tym rodzicom. Wiedząc, jak większość ludzi na osiedlu, że staramy się o adopcję, dziewczyna wpadła na pomysł, by podrzucić nam swoją córeczkę.
Kiedy dostałam te informacje od policji, postanowiłam pójść do dziewczyny i z nią porozmawiać. Przekonałam się w trakcie tej rozmowy, że dziewczyna nie ma zamiaru zająć się swoim dzieckiem. Bała się reakcji matki i uważała, że jej uczynek mógł nam pomóc.
Jej nieszczęście stało się naszym szczęściem. Laura, bo tak miała na imię studentka, podpisała zrzeczenie się dziecka, dzięki czemu mogliśmy przejąć nad nią opiekę.
Kiedy tylko córeczka Laury zamieszkała z nami, młoda dziewczyna postanowiła się przeprowadzić. Pomimo tego, że nie chciała tego dziecka, patrzenie na nie stało się dla niej zbyt trudne.
