Rodzina została porzucona niespodziewanie i bez ostrzeżenia: mąż postanowił o rozwodzie, nie informując o tym żony.
Grzegorz odszedł brzydko, nagle, nie uprzedzając Małgorzaty o swoich zamiarach. Gdy wróciła do domu jak zwykle, zobaczyła pusty wieszak w przedpokoju i puste szafy. Chodziła po mieszkaniu zdezorientowana i zagubiona. Zniknięcie męża było dla niej kompletnym zaskoczeniem, więc nie wiedziała, jak zareagować. Przebrana w domowy strój, podgrzała zupę, jadła w zamyśleniu, uśmiechając się czasem gorzko. „Aha Grzesiu, widzę, że wcale cię nie znałam! Świetna żona, nic dodać, nic ująć!” myślała, zmywając naczynia.
Prawie trzydzieści lat żyli razem w Płocku. Wychowali jedynego syna, Wojtka, który ożenił się i wyjechał do Włoch. „Wojtuś wyjechał, dom opustoszał, żeby tylko twojej przygody nie zaczął” martwiła się stara przyjaciółka Bronisława. Małgorzata wtedy tylko się zaśmiała: „Ach, co ty się tak przejmujesz! Przesadzasz? A może ja ciebie, Broniu, nie znam?”
„Na próżno się śmiejesz” uraziła się Bronisława. „Znam milion takich historii! Dzieci się wyprowadzają, mężczyzna się ogląda, a żona zostaje sama i nikomu niepotrzebna!” Małgorzata znów się zaśmiała: „Ty, Broniu, taka sama maruda jak za młodu! Gdyby nie to, że razem w ławce siedziałyśmy, to czy chciałabym cię teraz słuchać?”
Po wyjeździe Wojtka małżonkowie zaczęli spędzać więcej czasu razem. Chodzili do kina, spacerowali po parku, jeździli na działkę, zapraszali przyjaciół i grillowali kiełbaski. Było przytulnie i spokojnie. Wydawało się, że życie zaczyna nowy rozdział, pełen radości i wiary w przyszłość. Grzegorz skończył pięćdziesiąt sześć lat, Małgorzata była tuż po pięćdziesiątce. Mogli żyć dla siebie, starzeć się razem, odwiedzać syna, czekać na wnuki.
„Jakoś twój Wojtek z dziećmi się nie śpieszy” zauważyła Bronisława, gdy Płocczanie wrócili z Włoch, a Małgorzata wspomniała, że młodzi małżonkowie mają się świetnie. „Broniu, Broniu, no i znowu nie potrafisz się po prostu cieszyć! Zawsze musisz wtrącić swoje trzy grosze!”
„A co, nie mam racji?! Trzeci rok żyją, a wciąż tylko we dwoje” upierała się Bronisława. „Chcą poznać świat, lepiej się zrozumieć! Dziś nie patrzy się na dzieci tak jak za naszych czasów” westchnęła Małgosia.
Półtora roku później Wojtkowi urodzili się bliźniacy, chłopiec i dziewczynka. Zosia i Jędrek. Dzieci były piękne i zdrowe, radość patrzeć. Co wieczór dzwonili przez wideorozmowę, pokazywali maluchy, a gdy skończyli osiem miesięcy, Małgosia z Grzegorzem pojechali ich poznać, wziąć wnuki na ręce.
„Jakie cudowne szkraby!” zachwycała się Małgorzata, pokazując Bronisławie zdjęcia. „Popatrz, Zosia taka podobna do Wojtka! A Jędrek do Ewy!”
„Eeee, 'podobni’!” skrzywiła się Bronisława. „Za mali jeszcze, żeby do kogoś być podobni! Jak zaczną chodzić, mówić, to wtedy zobaczymy.”
„Czemu taka złośliwa jesteś? Nie chcesz patrzeć, to nie patrz!” Małgorzata schowała zdjęcia do szuflady, by potem wkleić je do albumu. Lubiła tradycyjne fotografie. Z tysięcy cyfrowych obrazów wybierała najlepsze i drukowała.
Bronisława świadomie żyła sama, tak o sobie mówiła. Całe życie miała kochanków, głównie żonatych. „Żonatemu facetowi niewiele potrzeba, a to bardzo wygodne: żonie jedzenie i brudne ubrania, mi uwaga i czułość” deklarowała.
Od babci dostała przytulne kawalerki z balkonem niedaleko metra. Bronisława uciekła spod rodzicielskiej kurateli, ledwo osiągnęła pełnoletność. „Chcę żyć, jak mi się podoba!” oświadczyła i tak zrobiła. Po przeprowadzce farbowała włosy na jaskrawoczerwono, kupiła błyszczyk i pierwsze szpilki. „Chodź, Małgosia, zapraszam cię na imprezę. U mnie będą faceci, aż się zdziwisz!”
Właśnie na tej imprezie Małgorzata poznała Grzegorza i wkrótce za niego wyszła. „No i zrobiłaś sobie najnudniejsze życie!” powiedziała Bronisława po otrzymaniu zaproszenia na ślub. „Pierwszy chłopak i od razu wesele! Bez porównania, bez zastanowienia! Jesteś taka przewidywalna, nie mogę!” Małgorzata jednak wierzyła w swojego Grzegorza, była pewna, że są parą na całe życie.
I przez wiele lat tak było, aż nagle
„Broniu, słuchaj!” zadzwoniła Małgosia do przyjaciółki. „Grzegorz mnie zostawił. Zupełnie, zabrał swoje rzeczy Nic nie powiedział, nie zostawił listu, telefon milczy.”
„A dawno byłaś na wakacjach?” niespodziewanie spytała Bronisława.
„Na wakacjach?! zdziwiła się Małgosia. „Broniu, czy ty mnie w ogóle słuchasz? Grzegorz, mówię, odszedł, zostawił mnie. Gdzie tu wakacje?!”
„Pisz podanie, Małgoś, jedziemy do Gruzji, tam mieszka moja ciotka, pamiętasz?”
Małgorzata zamilkła, pomyślała chwilę i zgodziła się: „Dobrze, Broniu, jedziemy do Gruzji!”
W Gruzji, gdzie gościnność jest tak wyjątkowa, że raz doświadczona, pozostaje w pamięci na zawsze. Ciotka Bronisławy, piękna Anna, niegdyś wyszła za Gruzina Ramaza i wyjechała z nim do Tbilisi. Urodziła mu czterech synów, każdy przystojniejszy od poprzedniego. Chłopcy dorośli, założyli rodziny, urodziły się wnuki rodzina stała się jeszcze większa. I do tego hałaśliwego, radosnego domu przyjechały odpocząć Bronisława z Małgorzatą.
Pomysł z wyjazdem okazał się zbawienny już po kilku dniach Małgosia przestała rozmyślać nad sobą i szukać powodów, dla których Grzegorz odszedł.
„To takie proste, jak dwa razy dwa” pomyślała, siedząc w ogrodzie i wdychając zapachy przygotowywanego jedzenia. „Pokochał inną, ale nie miał odwagi powiedzieć. I to wcale nie przez mnie. Zwykłe życie, tyle.”
„Pij sok!”






