Jola to siostra mojego partnera, Dawida, znamy się od lat i na początku miałam ją za wyluzowaną osobę, która traktowała wszystkich na równi z sobą. Niestety, zmieniła się po urodzeniu Igora – od tamtej pory uważa, że jej dziecko jest najmądrzejsze i najpiękniejsze. Wiem, każda matka tak ma, ale Jola ewidentnie przesadza. Na każdym kroku próbuje wymusić na wszystkich wokół, żeby podziwiali jej maleństwo i na głos wyrażali zachwyt jaki to on nie jest mądry i wspaniały. Moim zdaniem to zwykłe dziecko, jak każde inne, nie odznacza się niczym wśród swoich pięcioletnich rówieśników. Oczywiście wszyscy kochamy Igora, nie rozumiem po prostu tego zachwytu.
Sama mam dwójkę dzieci i wychowuję je na ludzi szanujących innych, nie daję im odczuć, że są lepsze czy gorsze od kogokolwiek, nie chcę by byli egoistami bez przyjaciół. Jola z kolei żyje w przeświadczeniu, że jej Igor jest najmądrzejszym dzieckiem na świecie, a kiedy zdarzy mu się coś nabroić musimy udawać, że nic się nie stało, bo przecież jest taki idealny. Prawda jest taka, że Igorek to największy łobuz w przedszkolu, wyrywa dzieciom zabawki, popycha dziewczynki i pyskuje opiekunkom – jest przekonany, że wszystko ujdzie mu na sucho, tak jak w domu. Jola oczywiście ignoruje uwagi opiekunek, bo w jej mniemaniu to inne dzieci są winne, a pani przedszkolanka przesadza.
Zawsze kiedy przychodzą do nas w odwiedziny, musimy tolerować zachowanie jej syna, nie możemy mu na nic zwrócić uwagi, bo Jola od razu się obraża i wychodzą. Ostatnio niemal wywołałam kłótnię stulecia, gdy próbowałam dać jej rady wychowawcze, Dawid musiał interweniować i uratował sytuację.
Wczoraj zadzwoniła do mnie z zaproszeniem:
– Asia, może wpadłabyś do nas na kolację? Zrobię twoją ulubioną lasagne, upiekłam też sernik, to przy herbacie byśmy trochę poplotkowały.
Nie zastanawiałam się zbyt długo, bo lasagne robiła wyśmienitą.
– Będę do godziny – odpowiedziałam prędko i zakończyłam rozmowę.
Pomyślałam, że po drodze zajrzę jeszcze do cukierni i wezmę ciasta do herbaty.
Weszłam do ich mieszkania i skierowałam się w stronę kuchni, gdzie Jola karmiła Igora. Zaprosiła mnie gestem do stołu, przesunęła talerz w moim kierunku i powiedziała:
– Jedz, Igorek już nic nie zmieści.
Spojrzałam na zawartość talerza i mnie zemdliło, straciłam ochotę na jedzenie.
Nie umknęło to uwadze Joli:
– Igorek to najczystsze dziecko jakie znam, nie musisz się obawiać.
Gdy kończyła to zdanie Igor właśnie dłubał w nosie… Oczywiście niczego nie zjadłam, napiłam się tylko herbaty, a lasagne nauczyłam się robić sama. Czy wielkim nietaktem jest odmówić jedzenia w gościach? Co byście zrobili na moim miejscu?






