Rozmawiałam z kimś przez telefon, gdy moja współpracownica wtrąciła: – Czy rozmawia pani z hodowcą? – skinęłam tylko głową, ale głos na linii był tak zniekształcony, że prawie niemożliwe było zrozumienie, kto mówi, lub co on (lub ona) próbuje powiedzieć. Przez trzaski i szumy przebił się nagły, wyraźny dźwięk:
– …Sartaj jest sprzedawany… – Krzyknęłam, jakby próbując użyć mojego głosu do pokonania tysięcy mil – Wyjeżdżamy jutro! – i pędziłam po mieszkaniu. Boże, pilne zamówienie biletów, ostrzeżenie ludzi w pracy, że wyjeżdżamy z mężem, załatwienie sponsora na wyjazd służbowy i pieniędzy. Tak, pieniądze, ale jakie? Bilety – to łatwo sprawdzić, ale ile będą chcieli za psa? I najważniejsze – dlaczego w ogóle go sprzedają, bo nie chcieli tego zrobić jeszcze pół roku wcześniej.
Automatycznie wybrałam numer, negocjowałam z jednym, dawałam instrukcje drugiemu, przekonywałam trzeciego, a przede mną stał on – Sartaj.
Do tego czasu wielokrotnie odwiedziliśmy Azję Środkową, obejrzeliśmy kilkanaście, a nawet może sto psów. Były wśród nich zwykłe kundle, a także godni przedstawiciele rasy, wśród nich były doskonałe psy, ale Sartaj był tylko jeden.
Kiedy moja przyjaciółka zabrała nas do domu, w którym trzymali psy rasy owczarek środkowoazjatycki, szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że zobaczę coś ciekawego. Był to mały domek gdzieś na obrzeżach stolicy Uzbekistanu, maleńkie podwórko porośnięte winoroślą i jakieś fragmenty naczyń. Gospodarze, wyraźnie niezamożni, mieszkali tu i żyli jak na odległej wsi: brudno, niedbale.
Jakim cudem mógł tu być sensowny owczarek środkowoazjatycki? Nasz przewodnik, wyczuwając to niezadane pytanie, powiedział: – Spokojnie, pies jest rasowy (należy rozumieć, że bardzo dobry), właściciele żyją z walk. Widzę, jak żyją – chrząknąłem, ale brama się uchyliła i zobaczyłam go!
Pies zrobił dwa kroki i stanął na środku podwórka. Ale jak on to zrobił! Jakby lew wszedł – nie, jak monarcha, przyzwalający na wejście do środka! Stał bez ruchu i patrzył przez nas gdzieś w dal. Mógł stać na balkonie pałacu, na piedestale, na piedestale honoru, ale nie w kurzu, otoczony rojem much.
Jaki był piękny: nie za duży, z ciężkim, szlachetnym uformowaniem głowy, z potężnym ciałem zapaśnika, gdzie każdy mięsień był pełen siły i widać go było pod zadbaną skórą. A umaszczenie? Zgodnie z nomenklaturą należało powiedzieć „jasny blady”, ale czy takie określenie oddałoby ten niesamowity odcień różu, jaki posiadała sierść tego psa? Taki kolor można czasem zobaczyć na miąższu soczystej brzoskwini, ale u psów nigdy go nie widziałam.
Wpatrywaliśmy się w psa, dosłownie zaniemówiliśmy. Właściciel, wyraźnie zadowolony z wrażenia, poklepał go i gruchnął uroczo: „Sartaj, mój kochany, nasz mistrzu, przystojniaku, nikt cię nigdy nie pokonał, mój mądry piesek! Dopiero teraz zwróciłam uwagę na stare, już wybielone blizny, które pokrywały głowę i tułów psa.
Owszem, wyglądał na świetnego wojownika, ale jego pysk był już szary. – Ile on ma lat? – Właścicielka przeciągnęła się niepewnie: – No, jakieś osiem lat, chyba… – Ale wydawało się, że się grubo pomyliła. Gdy otworzyłam paszczę tej wspaniałej bestii, po raz kolejny doznałam szoku.
Ze wszystkich zębów pozostały tylko kły: cztery poszarpane, zahartowane w boju sztylety – po pozostałych zębach pozostały tylko kikuty, zapadnięte w dziąsła, jakby zatarte kostki starożytnego bruku. A do tego wszystkiego pies miał głęboki zgryz nożycowy. Jak, u licha, ugryzł, czym? Pytanie pozostało bez odpowiedzi.
Jakże błagaliśmy panią, by sprzedała nam psa: przecież był już stary i miał dość walk. Oferowaliśmy ogromne pieniądze – wszystko na próżno! – Kocham go, jak mogę rozstać się z takim psem? – mówił dalej właściciel. Cóż, może rzeczywiście go kocha, na pewno nie rozstałabym się z takim psem…
Minęło niewiele ponad pół roku, a Sartaj miał zostać sprzedany. Dlaczego? To było pierwsze pytanie, które zadałam mojej przyjaciółce, gdy się spotkaliśmy. – No co ja poradzę, przegrał walkę, kto go teraz potrzebuje? Przynajmniej teraz go sprzedają.
Nie było tanio, chcieli trzy tysiące dolarów – za tyle pieniędzy da się kupić dwa jednomiesięczne szczeniaki.
Po raz kolejny dotarliśmy na znajome podwórko, brama skrzypnęła i Sartaj wyszedł na zewnątrz. Mój Boże, ale gdzie jest ten cud brzoskwiniowy, gdzie jest lew, gdzie jest król? To raczej jak Król Lear w ostatnim akcie tragedii. Plugawe, kudłate, szare futro obwisło i nie jest już w stanie ukryć wystających przez nie kości. Wszystko było widoczne: żebra, kręgi, zapadnięte boki.
Mętne oczy zapadły się w jego oczodołach. Był chory? Czy tak dramatycznie się zestarzał? Właścicielka odwróciła wzrok i mruczała coś o tym, że nie podoba się, więc nie bierz. Daję jej pieniądze i wychodzę. Pędzę na lotnisko, póki celnik jest na służbie i mogę ominąć kolejki. Nie mogę póki co wywieźć mojego owczarka środkowoazjatyckiego z kraju, gdyż zgodnie z prawem wymagana jest ogromna ilość certyfikatów i zgód.
W drodze próbuję dowiedzieć się co jest nie tak z moim psem, skąd ta straszna chudość? Wypytuję znajomą: – Znasz tę kobietę, co oni zrobili z Sartajem? – W końcu nie może już tego znieść i opowiada mi: – Nie rozumiesz? Jak tylko przegrał, przestali go karmić. Rzucali mu coś tylko jak im się przypomniało Przez tę walkę stracili mnóstwo pieniędzy!
Tyle o miłości, tyle o Sartaju mądrym! Wolałabym zostać zabita, niż tak głodzona. Szkoda, że nie możemy szybciej polecieć do Warszawy, zaopatrzyć się w leki i żywność. Wyciągniemy stąd psa, jeśli nie utkniemy na lotnisku! Dzięki Bogu celnik jest na miejscu, rozmawiamy długo: Wschód to delikatna sprawa, ale udaje nam się wszystko załatwić. Biegniemy w stronę samolotu, wiatr wieje porywiście, a przy każdym podmuchu Sartaj prawie się przewraca, jego łapy ślizgają się na betonie, muszę go nieść.
W Warszawie natychmiast zabieramy umierającego psa do hodowli znajomego. Jest lekarzem weterynarii w szanowanej klinice i tam właśnie leczy się Sartai. I rzeczywiście, w ciągu miesiąca wraca do dawnej formy, jego mięśnie odzyskały siłę, a skóra blask. Sartai natychmiast stał się ulubieńcem wszystkich i dopiero teraz rozumiem, jak trudne było jego życie w ojczyźnie. Ten pies dopiero teraz dowiedział się, że człowiek może być życzliwy, że może go pieścić, a nie tylko rzucić kawałkiem jedzenia czy uderzyć.
Godzinami stał przy ladzie w przychodni weterynaryjnej z łapami opartymi o blat i obserwował ludzi załatwiających swoje sprawy. Gdy ktoś podbiega, by się przywitać, on rozciąga wargi w nikłym uśmiechu i macha lekko ogonem. Kiedy jakaś osoba odchodzi, pies po raz kolejny zastyga w oczekiwaniu.
Sartaj żył w mojej hodowli przez kolejne dwa lata. Nie potrafił dogadać się z innymi psami, nawet ciężarne suki były wprowadzane do niego ostrożnie – doświadczenie walki było wymowne: inny pies może być tylko wrogiem, trzeba z nim walczyć. Ale do ludzi Sartaj był niezmiennie, choć nie denerwująco, przyjazny.
Podczas jednego z kolejnych badań lekarskich okazało się, że staruszek jest śmiertelnie chory – nieoperacyjny guz jelita – i będzie żył jeszcze najwyżej pół roku. Wtedy właśnie los uśmiechnął się do dumnego psa po raz ostatni, jeśli nie jedyny. Rodzina rolników z radością zgodziła się zabrać Sartaja do siebie. Szczerze powiedziałam im wszystko: że to staruszek, że jest chory, że to pies bojowy i nic nie zmieni jego nawyków, ale oni okazali się uparci w swojej decyzji. Niech więc dożyje na wolności, bo miał takie straszne życie, przynajmniej przed śmiercią niech się cieszy!
I stał się cud. Sartaj nie tylko przeżył, ale odżył, a jego guz się wchłonął nie dając o sobie znać. Stary piesek bawił się teraz godzinami z dziećmi, pasł kozy, których mleko pił codziennie ze swojej miski, towarzyszył swojej pani w gospodarstwie. Ale co najważniejsze, stary Sartaj miał teraz swojego pana, którego kochał całym sercem. Rolnicy regularnie do mnie dzwonili, opowiadając, jak mądry i czuły był Sartaj. A pewnego dnia przyszli osobiście, wyraźnie przestraszeni.
Ich historia, jeśli pozbawić ją wszelkich emocji na temat Sartaja, sprowadzała się do tego: w nocy, kiedy cała rodzina spała, a Sartaj drzemał na progu stajni, jakiś mężczyzna przeszedł przez płot i podszedł do domu. Pies w milczeniu zamachnął się na niego i bezzębnymi szczękami szarpnął za udo tak mocno, że wyrwał mu tętnicę.
Rano właściciele znaleźli mężczyznę leżącego w kałuży własnej krwi na podwórku. Policjanci przyjechali, obejrzeli ciało i tylko westchnęli – Chyba wszyscy państwo urodzili się szczęściarzami. Szukamy tego zwyrodnialca od miesiąca, jest skazanym zbiegiem, ma na koncie nie jedno morderstwo.
Staruszek uratował więc swoich panów, choć nikt nigdy nie uczył go jak atakować człowieka, ale zdawał sobie sprawę, że ten, który wkradł się na podwórko, jest wrogiem. Zakończenie historii starego Sartaja też nie pozostaje bez emocji. Wkrótce zmarł jego ukochany pan, a kiedy Sartaj zorientował się, gdzie go zabrali z domu, pies miał w zwyczaju chodzić na cmentarz. Spędzał godziny przy grobie swojego pana, a wszyscy we wsi o tym wiedzieli i unikali go. Dopiero pewnego wieczoru na cmentarz przyszedł jakiś człowiek. Był dość postawny i raczej wrogo nastawiony – albo zgubił drogę, albo postanowił iść przez cmentarz, ale trafił prosto na grób właściciela psa. Sartaj warknął, strzegąc ostatniego domu jedynego człowieka, z którym związał się na zawsze. Mężczyzna wciąż posuwał się do przodu, wtedy pies szykował się do ataku i został zastrzelony z bliska.
To już wszystko o Sartaju, pozostały tylko wspomnienia, kilka zdjęć i znajome ukłucie w sercu, gdy jego rysy od czasu do czasu można dostrzec na pyskach jego dalekich potomków. Powodzenia na Polach Wiecznych Łowów, stary!






